Test "Na Listopad"

2017-11-10

Jak utrzymać pogodę ducha mimo jesiennej słoty

Test
Trwa sezon naturalnego opadania nie tylko liści ale i pozytywnych emocji. Nie jest wielką sztuką być radosnym i pełnym wigoru chrześcijaninem w maju. Wiosną, to nawet i natura wspomaga nas w utrzymaniu dobrego nastroju. Co innego w listopadzie. Jesienne szarugi, brak promieni słonecznych, coraz krótszy dzień i spadek temperatury – obniżają nam poziom hormonu szczęścia.
 
By przeciwdziałać wszechogarniającemu ponuractwu, sporo ludzi sięga po środki typu dobre wino, muzyka lub film. Kogo stać, robi wypady  w stronę słońca. Byleby tylko nie poddać się wpływom złej pogody i nie popaść w apatię. Mimo wszystko jednak wiele twarzy jesienią szarzeje.
 
A jak w tych dniach mają się ludzie z Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE? Czy jest w nas coś takiego, co wyróżnia nas w pejzażu listopadowej ulicy? Jesteśmy wprawdzie ulepieni z takiej samej gliny co wszyscy ludzie, lecz przecież nie jesteśmy już z tego świata. Owszem, wciąż podlegamy prawom naturalnym, ale napełnia nas Duch Święty, a Duch ożywia!
 
Chrześcijanin ma do dyspozycji środki stabilizujące go emocjonalnie i gwarantujące mu pogodę ducha, niezależnie od zmieniających się okoliczności. Usprawiedliwiony z wiary ma przecież przebaczone wszystkie grzechy i pokój z Bogiem. Wystarczy, że zadba o społeczność z Jezusem w rozważaniu Słowa Bożego i modlitwie. Dość, że podzieli się z kimś ewangelią. Gdy doda do tego szukanie przede wszystkim Królestwa Bożego, a więc regularne ćwiczenie się w pobożności, trwanie we wspólnocie świętych, pomaganie ludziom w potrzebie, wierność w oddawaniu dziesięciny itp. – to  już o jesiennym nastroju nie może być mowy. Takie bowiem czynniki rozradowują serce i rozświetlają życie słońcem błogosławieństwa Bożego.
 
Pogodę ducha człowieka wierzącego trafnie wyraził prorok Habakuk. Choćby nie zakwitły figowce, winorośl straciła swój plon, zabrakło na drzewach oliwek i nadziei na chleb z plonów pól; choć w zagrodach wybito by owce, obory opustoszałyby z krów, ja jednak będę radował się w PANU, cieszył Bogiem mojego zbawienia [Hb 3,17-18]. Czasem jakaś przykrość kładzie się cieniem na nasze życie. Spotyka nas niepomyślność lub cierpienie wyciska nam łzy. W głębi duszy jednak zachowujemy pokój i wewnętrzną równowagę. Okoliczności, owszem, potrafią nas na krótko zasmucić, ale nie są w stanie odebrać nam głębokiej radości w Panu.   
 
W tym miesiącu każdy z nas przechodzi test "Na Listopad". Jak sobie z nim radzisz? Zaliczysz go, czy przełożysz na wiosnę przyszłego roku? ;)

Potrzeby męża

2017-11-01 - Marian Biernacki

Ostatnia część rozważań o małżeństwie

Potrzeby męża

Żona wg oryginalnego zamysłu Bożego miała odpowiadać potrzebom męża. Z tym zamiarem została powołana do życia i dopasowana do potrzeb męża, a nie odwrotnie. PAN, Bóg, stwierdził też: Niedobrze jest być człowiekowi samemu. Uczynię mu pomoc pasującą do niego. […] I człowiek nadał nazwy wszelkiemu bydłu i ptactwu, i wszystkim zwierzętom pól, ale nie znalazł pomocy, która odpowiadałaby jemu. Wówczas… [1Mo 2,18-23]. Dlatego na zakończenie tej serii rozważań o małżeństwie trzeba nam porozmawiać o potrzebach męża.

Pozwólcie, że zacznę od uwagi poruszonej swego czasu w moim kazaniu ślubnym, wygłoszonym w Warszawie na okoliczność ślubu mojego syna. Otóż w przekładzie dosłownym Biblii Ewangelicznej czytamy: I powiedział JHWH, Bóg: Niedobrze jest być człowiekowi samemu. Uczynię mu pomoc jak [kogoś] naprzeciw niego. Inaczej: "jakby naprzeciw niego"  lub  "stosowną [do stania] naprzeciw niego". Z takiego odczytania świętego tekstu wynika, że nie chodziło o pomoc li tylko wg upodobań mężczyzny. Chodziło o kogoś, kto będzie się podobał człowiekowi, a zarazem będzie mógł stanąć naprzeciw niego. Adam po prostu potrzebował kobiety, która i będzie mu uległa, i - w pewnych okolicznościach - będzie w stanie mu się sprzeciwić.

Gdyby człowiek sam i po swojemu miał zaprojektować sobie pomoc, to stworzyłby kogoś ostatecznie dla siebie bardzo niebezpiecznego. Kogoś, kto by popierał go we wszystkim, co tylko przyjdzie mu do głowy. Kto mógłby się stać nawet kompanem w czynieniu zła, takiego jak lenistwo, alkoholizm, oszustwa itd. Bóg dał mężczyźnie kobietę, aby ona stała naprzeciw niego, by stanowić dla niego pozytywne wyzwania. By utrzymywał poziom moralny i etyczny, by się rozwijał, by był pracowity itp.

Jakie są więc potrzeby męża – chrześcijanina? Przedstawię je w punktach, po męsku, bez rozwodzenia się nad każdym z nich, żywiąc nadzieję, że każda żona potrafi je stosownie na swój użytek rozwinąć.

1. Potrzebuje żony, która szanuje go jako mężczyznę.

Żona może zniszczyć w mężu poczucie "męskości" poprzez:
·        Oczekiwanie, że sam będzie się domyślać, jakiej ochrony od niego ona potrzebuje.
·        Niezależność finansową.
·        Większą lojalność w stosunku do przywództwa zewnętrznego.
·        Duchowe opieranie się jego decyzjom.
·        Opieranie się jego zainteresowaniu nią pod względem fizycznym.
·        Ciągłe przejmowanie inicjatywy.
 
2. Potrzebuje żony, która akceptuje go jako przywódcę i wierzy w odpowiedzialność, jaką obdarzył go Bóg.

 

Chce widzieć w żonie:
·        Pewność, że jego autorytet pochodzi od Boga.
·        Lojalność w sytuacjach, kiedy popełnia błąd i znajduje się pod presją.
·        Przekonanie, że Bóg działa przez niego.
·        Uznanie jego cech przywódcy w ogólnym sensie [Ps 15]
·        Pochwałę za przejawianie męskich cech w zborze [1Tm 3,2-5]
·        Zachętę, aby nie porzucał celów nadanych mu przez Boga
·        Cierpliwość w jego trudnych momentach (nie zrzędzi, nie narzeka)
·        Entuzjazm z powodu jego osiągnięć
·        Uwagę, kiedy do niej mówi

 

3. Potrzebuje żony, która będzie stale rozwijała swoje wewnętrzne i zewnętrzne piękno.

 

Warto tu wziąć pod uwagę:
·        Dbałość o włosy, ubiór, wnętrze mieszkania i ogólną kondycję fizyczną.
·        Rozwijanie w sobie cichego, łagodnego ducha [1Pt 3,1-7].


4. Potrzebuje żony, która w kochający sposób potrafi odnieść się do niego, kiedy przekracza swoje ograniczenia.


Jakieś wskazówki?
·        Ucz się biblijnych zasad odnoszenia się do Boga.
·        Stosuj te same zasady w odnoszeniu się do męża.
·        Upewniaj się, że twoje nastawienie do męża cały czas jest właściwe.
·        Pomagaj innym zrozumieć sposób myślenia swojego męża.
·        Nie łagodź zaistniałych sytuacji dyskredytowaniem swojego męża.
·        Ucz się mądrości od pobożnych kobiet biblijnych


5. Potrzebuje odpowiedniego czasu sam z sobą i z Panem.


Pamiętaj, że:

·        Bóg najpierw stworzył Adama, aby mieć z nim osobistą społeczność.
·        Im bogatsza jest społeczność męża z Bogiem, tym słodsza będzie jego relacja z żoną.
·        Każdy mężczyzna potrzebuje swojego "Betelu".
·        Pragnienie bycia od czasu do czasu sam – nie oznacza odrzucenia żony.
·        Każdy mężczyzna musi ponieść własny ciężar [Ga 6,5]
·        Nie zakładaj, że ty jesteś jego ciężarem lub że jesteś odpowiedzialna za to, aby mu ulżyć.


6. Potrzebuje żony, która jest wdzięczna za wszystko co mąż dla niej zrobił i robi.


Oto, co pomaga w zachowaniu postawy wdzięczności i praktycznym jej okazywaniu:
·        Powierzenie wszystkich swoich oczekiwań Bogu  [Ps 62,6].
·        Wyrabianie w sobie zadowolenia, biorącego się z pobożności [1Tm 6,6].
·        Wyliczanie tego, co twój mąż robi dla ciebie i to w kolejności, która jest ważna dla niego.
·        Wyliczanie tego, czego twój mąż dzięki swej mądrości nie uczynił.
·        Dostrzeganie tego, jak wszystko współdziała ku dobremu.


7. Potrzebuje żony, która będzie chwalona przez innych za swój charakter i postępowanie.


·        Jej duchowi przywódcy powinni ją chwalić.
·        Jej dzieci powinni ją chwalić.
·        Przełożeni w pracy powinni ją chwalić.
·        Jej sąsiedzi powinni ją chwalić.
·        Zbór powinien ją chwalić.

Tak kończymy nasze rozważania o małżeństwie. Niechby okazały się komuś pomocne :)

Potrzeby żony

2017-10-03 - Marian Biernacki

Czwarta część wykładu o małżeństwie

Potrzeby żony

Jedno ze środowych spotkań w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku poświeciliśmy ostatnio na rozmowę o potrzebach żony. W luźnej rozmowie staraliśmy się ustalić, czego kobiety spodziewają się po swoich mężach i jakie pragnienia przechowują w swoich sercach. 

Zgodnie mówiły, że pragną, aby mąż był odpowiedzialny, wierzący, bogobojny, trzymał się Słowa Bożego i chodził z Bogiem. Wymieniały takie cechy jak troskliwość, wyrozumiałość, łagodność. Niektóre podkreślały, że bardziej od górnolotnej wielomówności wolą w swoich mężach praktyczne czyny. Chciałyby, aby mąż był taktowny, niekonfliktowy, znajdował czas na rozmowę z nimi, pomagał w wychowywaniu dzieci itd.
 
Uwzględniając zasłyszane postulaty, poniżej omawiam kilka podstawowych potrzeb naszych żon. Polecam je uwadze każdego wierzącego mężczyzny.
 
 
I. POTRZEBA STABILNOŚCI I PRZYWÓDZTWA DUCHOWEGO ZE STRONY MĘŻA
 
Każda kobieta ma pewne potrzeby, które mogą być zaspokojone tylko przez mocne kierownictwo duchowe. Potrzebuje takiego mężczyzny – męża, który stałby się jej duchowym przewodnikiem. Jest to jeden z podstawowych bodźców pociągających młodą kobietę do małżeństwa. Mężowie często popełniają błąd sądząc, że ich żony związały się z nimi przede wszystkim dlatego, że są przystojni, bogaci, utalentowani albo inteligentni. Niektórym nawet przychodzi do głowy prymitywna myśl, że żonie chodziło o partnera do zabaw seksualnych. Tymczasem zaś podstawowa potrzeba żony jest całkiem inna. Nie chodzi jej o pieniądze ani o to, aby mieć z nami wesołe, rozrywkowe życie. Nie potrzebuje nas do niczego tak bardzo, jak do tego, abyśmy byli jej duchowym przywódcą. Owszem, jeżeli jej podstawowa potrzeba nie jest przy nas zaspokojona i żona zorientuje się, że nie zanosi się na to w ogóle, to wówczas będzie zabiegać przynajmniej o to, co przy nas jest do osiągniecia i się tym zadowalać. Nie ma to jednak związku z jej szczęściem, a raczej świadczy o tym, że pogodziła się ze swoim losem.
 
Można wyróżnić przynajmniej cztery główne cechy duchowego przewodnictwa, których żona szuka w swoim mężu.  
 
1. Pragnienie szukania Boga.
Tak naprawdę to mąż jest głową żony tylko na tyle, na ile jego głową jest Chrystus. Żona ulega mężowi, chętnie poddaje się jego kierownictwu wtedy, gdy widzi, że lgnie on całą duszą do Chrystusa.
 
Tylko wtedy gdy mąż przejawia pragnienie szukania Boga uległość chrześcijańskiej żony wolna jest od zahamowani i wątpliwości. Inaczej żona – pod presją środowiska i ze względu na posłuszeństwo Słowu Bożemu – wprawdzie poddaje się mężowi, ale towarzyszą temu wewnętrzne napięcia i tarcia w małżeństwie. Dzieje się tak zwłaszcza wówczas, gdy mąż często cytuje jej Biblię i wymusza posłuszeństwo, a sam swoim zachowaniem nie pokazuje szczerego przywiązania do Chrystusa. W takiej sytuacji mąż przestaje być dla swoje żony wiarygodnym przewodnikiem duchowym.
Oczywiście, biblijna teoria porządku w małżeństwie wciąż i niezmiennie obowiązuje w każdych okolicznościach, lecz jej praktykowanie przestaje być błogosławieństwem, gdy nasza żona za każdym razem, zanim okaże uległość, musi stoczyć ciężki bój wewnętrzny. Jako mężowie winniśmy dbać o to, aby takich rozterek miała jak najmniej.
 
Żona chce widzieć w swoim mężu pragnienie szukania Boga, aby móc bez zastrzeżeń poddać się jego prowadzeniu. Chce widzieć, że mąż bierze to kierownictwo od Niego, że przed podjęciem każdej poważniejszej decyzji szuka światła Bożego. Gdy widzi męża regularnie czytającego Biblię, trwającego w systematycznej modlitwie, przyjaźniącego się ze szczerymi chrześcijanami, chętnie dyskutującego o sprawach duchowych itp. – wówczas nabiera przekonania, że mąż miłuje Boga, uspokaja się wewnętrznie i z radością poddaje się jego kierownictwu.
Mężowie! Zechciejmy się zastanowić, co w naszym postępowaniu najskuteczniej przekonuje żonę, że mamy w sercu pragnienie szukania Boga i naprawdę to robimy. Ona musi być tego pewna jeżeli chcemy, aby traktowała nas jako swego przywódcę duchowego.                                                                                                                                                                                             
 
2. Przekonania oparte na Słowie Bożym.
Każda chrześcijanka pragnie, aby poglądy i przekonania jej męża były zgodne z Biblią. Kiedy zobaczy, że w domu ustanawiamy biblijne prawa i zasady – to z chęcią będzie się im podporządkowywać.
 
Przykładem może być wychowywanie dzieci. Proponowane dzisiaj rodzicom metody wychowawcze budzą w środowisku chrześcijańskim szereg obaw i kontrowersji. Nic dziwnego, że i między małżonkami może dochodzić do rozbieżności poglądów w tym zakresie. Nie przekonamy żony argumentami pochodzącymi z poradników psychologicznych, a tym bardziej z doświadczenia naszej ciotki lub matki. Cechą dobrego przewodnika duchowego są poglądy wypływające ze Słowa Bożego. Powinniśmy więc dokładnie poznać naukę biblijną na ten temat, omówić ją ze swoją żoną, wspólnie wyciągnąć z niej wnioski i tak skonkretyzować metody wychowawcze, które postanowiliśmy stosować w naszej rodzinie.
 
Gdy żona nabierze pewności, że nasze przekonania dotyczące wychowywania dzieci zostały ukształtowane przez Słowo Boże, a nie przez wpływa jakiegoś człowieka, wówczas będzie z nami jednomyślna i tak będziemy zgodnie realizować jedno z najważniejszych zadań małżeńskich.
Jak praktycznie przejawiać przekonania oparte na Piśmie Świętym? Mam kilka sugestii. Bądźmy naśladowcami Jezusa w każdej sytuacji. Za wszelką cenę unikajmy hipokryzji. Gdy żona zauważy, że jednakowo dobrze wychodzi nam bycie "świętoszkiem" jak i "rozpustnikiem" – to przestaniemy być dla niej odpowiednim oparciem. Skończymy się w jej oczach, jako jej duchowy przywódca. Uczyńmy swój dom ośrodkiem nauki i życia chrześcijańskiego. Tak odnośnie swego domu postanowił swego czasu król Dawid. Nauczę się drogi doskonałej, abyś mógł przyjść do mnie. W domu swoim będę chodził w niewinności serca. Nie stawiam przed oczy swoje niegodziwej rzeczy; Nienawidzę zachowania się odstępców, nie przylgnie ono do mnie. Przewrotność serca niech obca mi będzie, nie chcę znać złego człowieka. Kto skrycie oczernia bliźniego swego, tego zniszczę; Nie ścierpię oczu wyniosłych i serca nadętego. Oczy moje zwrócone są na wiernych w kraju, aby mieszkali ze mną. Kto chodzi drogą prawa, ten mi służyć będzie. Oszust nie zamieszka w domu moim, kłamca nie ostoi się w oczach moich [Ps 101,2-7].
 
Unikajmy czynów, które mogłyby zgorszyć i zachwiać w wierze naszą żonę i dzieci. Sprawdzajmy swoje przekonania. Poprawność przekonań w jednej sprawie nie gwarantuje tego samego w każdej innej dziedzinie. Miejmy odwagę przyznać się do błędu, gdy odkryjemy w Biblii, że nasze dotychczasowe stanowisko było niewłaściwe. Słowo Boże radzi: Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie [2Ko 13,5].
                                                                
3. Konsekwentne przestrzeganie zasad biblijnych
Jednym z naszych poważniejszych problemów jest rozbieżność między teorią, a praktyką. Wiemy co i jak należy robić. Mamy prawidłowo ukształtowane, biblijne przekonania ale brakuje nam konsekwencji w praktycznym ich zastosowaniu. Nie można być dobrym przewodnikiem dla innych, jeżeli samemu nie idzie się wskazywaną drogą. W krótkim czasie ludzie stracą do nas zaufanie.
Nasza żona chce nie tylko widzieć, że mamy biblijne poglądy, ale chce również, abyśmy je konsekwentnie stosowali na co dzień. Gdy zauważy, że jej mąż swoje poglądy dopasowuje do okoliczności, gdy zauważy, że na różne okazje ma różne zestawy przekonań, to z pewnością straci poczucie bezpieczeństwa. Po prostu przestanie mu ufać i to nie ze względu na złą wolę, ale dlatego, że jej mąż nie ma jednej z podstawowych cech przywódcy duchowego.
 
Jakiś przykład? Załóżmy, że postanowiłeś aby w twoim domu nie pić alkoholu. Na podstawie Słowa Bożego wyjaśniłeś żonie i dzieciom zasadność takiego stanowiska i oni chętnie na to przystali. Lecz oto sprowadziłeś fachowca do wykonania bardzo pilnej pracy po godzinach i dowiadujesz się, że zrobi to od ręki, jeżeli przyniesiesz mu butelkę piwa, bo lubi sobie popijać przy pracy. Dla dobra rodziny gotowi jesteśmy w takich chwilach odstąpić od wcześniejszego postanowienia. Jednakże, ktoś, kto chce być duchowym przywódcą nie może pozwolić sobie na brak konsekwencji w przestrzeganiu przyjętych zasad wynikających ze Słowa Bożego. Nie chodzi tu o to, że żona zgani nas za taką postawę. Może nawet być wprost przeciwnie. Może będzie  w takim momencie zadowolona, że jej mąż okazał się "elastyczny" i zachował się tak normalnie. Lecz jej chwilowe zadowolenie niekoniecznie będzie równoznaczne z zaufaniem do nas, jako jej duchowego przewodnika.
 
Dlatego lepiej jest w takich sytuacjach ponieść szkodę materialną, znieść narzekanie żony i kpiny ze strony znajomych, a zachować godność i świadectwo dobrego przywódcy. Nasza żona może dojść przy nas do wniosku, że nie  zrobimy w tym świecie kariery ani wielkich pieniędzy. Może stracić nadzieję na wiele rzeczy, ale nie może stracić przekonania, że pod naszym przywództwem osiągnie wiekuistą chwałę Królestwa Bożego.
 
4. Kierowanie się miłością w każdym uczynku.
Jest to dla naszej żony najbardziej przekonująca cecha duchowego przywódcy, a zarazem cecha, którą najtrudniej przejawiać stale i niezmiennie. Żyjemy przecież w rozmaitych, najczęściej trudnych warunkach, mieszkamy w ciasnych mieszkaniach, ciągle gdzieś się śpieszymy i mamy do czynienia ze złymi ludźmi. Bardzo łatwo więc o irytację, zniechęcenie i choćby odrobinę egoizmu.
Jeżeli żona zauważy, że w niektórych sytuacjach kierujemy się miłością, a w innych niechęcią, czy wręcz wrogością, to nasza pozycja jej przewodnika duchowego staje pod znakiem zapytania. Przecież dowodem kierownictwa Ducha Świętego w naszym życiu jest owoc Ducha, a jego pierwszym prawem jest miłość [Ga 5,22].
 
Tak więc bądźmy czujni. Gdy zauważymy, że narasta w nas negatywne uczucie w stosunku do naszej żony, raczej w ogóle powstrzymajmy się od działania, niż działajmy pod jego wpływem. Szybko skierujmy nasze myśli na naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jeżeli jest to możliwe i nie zostanie źle odczytane przez naszą żonę, wyjdźmy na chwilę, np. do łazienki, aby się pomodlić. Z pewnością będzie to miało zbawienny dla nas skutek. Później, w pogodnym nastroju, dobrze jest wyjawić żonie to, co dzieje się w naszej duszy. Pomoże to jej w przyszłości unikać sytuacji, które wystawiają nas na tak wielką próbę.

Oczywiście, kierowanie się miłością w każdym uczynku nie polega na ustępowaniu żonie we wszystkim i sprawianiu jej samych przyjemności. Prawdziwa miłość jest wymagająca i czasem zmusza nawet do przekazania gorzkiej prawdy. Miłość nigdy jednak nie traci swej tożsamości i nie zamienia się w niechęć czy gniew.

Dobrze jest pamiętać, że jeżeli nawet udaje się nam przekonać kogoś z zewnątrz, że nasze zachowanie było wyrazem miłości, to nasza żona dobrze wie, jak było naprawdę. Jej wielką potrzebą jest wyraźne przekonanie, że każdy nasz czyn jest motywowany miłością. Tylko wtedy chętnie podda się naszemu kierownictwu duchowemu i tylko wtedy będzie przy nas naprawdę szczęśliwa.
Pomyślmy o tym, bracia! Czy w odniesieniu do żony wypracowaliśmy już w sobie zasadę kierowania się miłością we wszystkim?  Wstydzę się, że czasem miłość we mnie miesza się z egoizmem, irytacją, lenistwem i moja żona jest adresatem takiej
 
I jeszcze jedno. Czy staramy się, aby nasze wyrazy miłości były zrozumiałe dla naszej żony i dopasowane do jej oczekiwań? Ileż tu może być nieporozumień! Czasem tak bywa, że to co my nazywamy miłością, w rzeczywistości głęboko rani naszą żonę.
 
Podsumujmy. Nasza żona potrzebuje stabilności i przywództwa duchowego. Chce, aby tę życiową potrzebę zaspokajał jej własny mąż. Bracia! Jako mężowie jesteśmy powołani do tego, aby być dla swojej żony duchowym przewodnikiem. Kimś, kto nosi w sercu pragnienie szukania Boga, ma przekonania oparte na Słowie Bożym, konsekwentnie przestrzega zasad biblijnych i kieruje się miłością w każdym uczynku.
 
 
II. POTRZEBA POCZUCIA UŻYTECZNOŚCI W ŻYCIU I PRACY SWOJEGO MĘŻA
 
W świetle drugiego rozdziału Księgi Genesis jest oczywiste, że Bóg dał mężczyźnie kobietę, aby uzupełniała jego braki. Zgodnie z zamiarem Stwórcy, "mężatka" to odpowiednia pomocnica dana mężowi.
 
W każdej chrześcijance ta potrzeba bycia rzeczywistą pomocą dla męża jest głęboko wpisana. Nie jest to zauważalne w postawach kobiet nieodrodzonych duchowo. Grzech tak dalece wypaczył ludzką psychikę, że bardzo często obserwujemy zachowanie wręcz przeciwne kobiecej naturze. Wiele współczesnych kobiet neguje i opuszcza pozycję pomocnicy. Niemniej jednak w każdej kobiecie drzemie gdzieś ta potrzeba psychologiczna, głęboko ukryta i zagłuszana przez hałaśliwą, pozornie uszczęśliwiającą emancypację. Dopiero wówczas, gdy kobieta zostanie odrodzona z Ducha Świętego, kiedy nawróci się do Boga, odkrywa błogosławieństwo życia zgodnego z zamiarami Stwórcy i chętnie zajmuje wyznaczoną przez Niego pozycję. Budzi się w niej potrzeba związana z głównym celem powołania mężatki.
 
W związku z tym nasza żona powinna otrzymywać z naszej strony czytelne sygnały, że jest kimś szczególnym i bardzo potrzebnym. Trzeba, żeby nie tylko to wiedziała ale również odczuwała. Nie wystarczy jej o tym powiedzieć. Jako mężowie powinniśmy na co dzień okazywać, jak wiele dla nas znaczy jej obecność w naszym życiu i pracy. Postarajmy się o to, aby została i stale była o tym przekonana. Pamiętajmy przy tym, że nasza żona wyczuje, jeśli będziemy mówić jej takie rzeczy bez głębokiego osobistego przekonania. Powierzchowne gesty i słowa tu nie wystarczą.
 
Poczucie użyteczności żony w naszym życiu i pracy powinniśmy budować w oparciu o jej autentyczne walory i zdolności. Każda żona potrafi pewne rzeczy zrobić lepiej od innych kobiet. Może nie umieć wszystkiego ale wystarczy choćby coś pojedynczego, na czym się zna, aby można było zbudować w niej przekonanie, jak wiele dla nas znaczy.
 
Należy uważać, aby w trosce o zaspokojenie tej potrzeby żony nie posługiwać się banałami, a także by nie opierać się na wydumanych zaletach. Potrzeby, które żona zaspokaja w naszym życiu muszą być dla nas ważne, jeśli nimi chcemy argumentować jej wartość. Mówienie żonie, że żadna inna kobieta tak dobrze nie wyprałaby nam koszuli jest żałosną forma pochwały i wątpliwym sposobem na wzbudzenie w niej poczucia użyteczności. Podobnie, jeśli żona jest przy sobie, raczej nie należy opiewać jej zgrabnej i zwiewnej sylwetki.
 
Przy zaspokajaniu omawianej tu potrzeby żony grozi nam niebezpieczeństwo braku wyczucia, w czym żona jest naprawdę dobra, w czym zaledwie przeciętna, a w czym całkiem słaba. Mówi się, że miłość zaślepia. Gdy zaczniemy ja chwalić i przekonywać, że była w czymś rewelacyjna, a tak nie było, to stanie się dla niej jasne, że nie poświęcamy jej samej ani jej zajęciom dostatecznej uwagi. Może to dotyczyć jej udziału w prowadzonym przez nas biznesie, sposobu przyjmowania gości, ewangelizowania wspólnych znajomych, wychowywania dzieci, czy nawet utrzymywania czystości w naszym mieszkaniu. Żona szybko odkryje, że nie mamy właściwej orientacji w czym jest dobra i przestanie ufać naszym zapewnieniom. Trzeba nam więc odkrywać prawdziwe zalety żony i uświadamiać jej, jak wiele one dla nas znaczą. Im poważniejsze potrzeby zaspokoiła, tym wyraźniej wyrażajmy pochwałę i zadowolenie.
 
Niszczycielską postawa męża w sferze tej potrzeby jest powierzanie zadań żony innej kobiecie, a potem chwalenie tej kobiety w obecności żony. Bądźmy mądrzy, bracia! W ten sposób możemy zranić najbliższą nam osobę. Wielu z nas robi to nieświadomie zlecając pewne sprawy swojej matce lub koleżance, chociaż nasza żona bardzo chętnie zrobiłaby to dla nas. Nawet jeśli – obiektywnie rzecz biorąc – robi to trochę gorzej, koniecznie w pierwszej kolejności korzystajmy z jej pomocy. To jest jej prawo i zadanie.
 
W rezultacie powyższych błędów męża w duszy żony może zrodzić się uczucie zazdrości. Zazdrość to obawa przed utrata pozycji, a właśnie pozycja żony, jako "odpowiedniej pomocy" zostaje w takich sytuacjach zakwestionowana w jej świadomości. Unikajmy tego. Prośmy żonę o pomoc i jej wyrażajmy potem wdzięczność, budując w ten sposób jej poczucie wartości jako naszej "pomocnicy".
 
Trzeba w tym miejscu wspomnieć o potrzebie otwartości męża w artykułowaniu jego potrzeb. Wielu
młodych mężczyzn, zwłaszcza przed ożenkiem, stara się zaimponować kobietom uprawiając swego rodzaju szpan, skrzętnie za to ukrywając swoje słabości i rzeczywiste potrzeby. Później przenoszę ten nawyk na grunt małżeński i nigdy nie dzielą się z żoną swoimi słabościami i problemami. Chcą aby żona znała ich i podziwiała jako mężczyznę, który ze wszystkim potrafi sobie poradzić.
 
Prawdziwy mężczyzna – nawet jeśli nie zawsze i przed każdym należy przyznawać się do swoich ułomności – absolutnie wystrzega się takiej gry w obecności swojej żony. Przed żoną nie trzeba i nie wypada się popisywać. Ona przecież nas zna i wyczuwa, gdy mamy trudności. Jest dużo korzystniej, gdy nasze ambicje i męskie honory poprzedza pokora. Zwłaszcza, że miłość żony pozyskujemy bardziej przez dzielenie się swoimi niepowodzeniami, niż przez chwalenie się sukcesami.
 
Oczywiście, należy współczuć żonie, której mąż nieustannie użala się nad sobą i wypłakuje się na jej ramieniu. Z pewnością żal nam takiej żony, która na co dzień musi patrzeć na niezaradność męża, ale czyż nie należy tak samo współczuć żonie, której mąż udaje kogoś innego, niż jest w rzeczywistości? Czyż nie żal nam takiej żony, która pragnie być pomocna swojemu mężowi, ale nie wie jak, bo jej mąż odgrywa rolę doskonałego i samowystarczalnego?
 
Myślę, że żony takich "idealnych" mężów mają o wiele trudniejsze życie, ponieważ ich potrzeba bycia użyteczną w życiu i pracy męża bardzo często pozostaje zupełnie nie zaspokojona. Zdarza się nawet, że taka żona przeżywa obawy, czy przypadkiem nie przeszkadza mężowi w jego "doskonałym" życiu. Oczywiście, pozornie doskonałym, bo doskonałych mężów na ziemi nie ma.
Nie mniejsze trudności trapią żonę pragnącą poczucia użyteczności, gdy jej mąż – wprawdzie nie ukrywa szeregu swoich słabości – ale nie wyjawia żonie, w jaki sposób mogłaby okazać mu pomoc. Liczenie w tym na tzw. domysł, wystawia żonę na wielki dyskomfort nieutrafionych pomysłów.
 
Bywa, że żona naprawdę nie ma pojęcia, jakie są oczekiwania jej męża. Nie każda żona dysponuje tak błyskotliwym umysłem, aby od razu utrafić w sedno jego potrzeb i pragnień. Najczęściej zachodzi konieczność wyjaśnienia jej co i w jaki sposób może zrobić. Wiele żon bardzo chce pomóc swojemu mężowi ale obawia się, że ich koncepcja pomocy może spotkać się z brakiem zrozumienia albo z całkowitym odrzuceniem i wyśmianiem. W rezultacie, mąż denerwuje się, że żona jest tak niedomyślna, a żona cierpi psychicznie, bo czuje, że powinna coś rozbić, aby wesprzeć swojego męża, lecz tkwi w miejscu, w obawie przed fałszywym krokiem.
 
Bracia, mąż powinien nie tylko wyjaśnić żonie swoje potrzeby ale również pouczać ją dokładnie, co mogłaby zrobić, aby mu pomóc w ich zaspokojeniu. Gdyby któremuś z nas potrzebne były przykłady, w jakich dziedzinach pomoc naszej żony jest nam nieodzowna i jak bardzo może być ona dla nas korzystna, to podaję kilka pierwszych lepszych z brzegu:
• Żona jest naszą podporą w pełnieniu najważniejszego zadania chrześcijańskiego, czyli w pozyskiwaniu dusz dla Chrystusa. Jest u twojego boku naocznym przykładem tego, jak Chrystus umiłował Kościół.
• Żona wspomaga cię w modlitwie [1Pt 3,7].
• Jest systemem alarmowym przeciwko obcym kobietom mającym w stosunku do ciebie niewłaściwe zamiary.
• Żona jest odzwierciedleniem twojego stanu duchowego. Gdy słabniesz duchowo, zobaczysz to w oczach twojej żony.
• Żona może dać ci radość wypływającą ze stosunków fizycznych [Prz 5,18-20].
• Żona ochrania cię przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Wypływa to z jej potrzeby poczucia bezpieczeństwa.
• Żona buduje osobowość waszych dzieci. Potrafi zauważyć ich prawdziwe potrzeby, bo spędza z nimi najwięcej czasu i wnikliwie obserwuje ich reakcje.
 
 
III. POTRZEBA BYCIA OBIEKTEM MIŁOŚCI I ADORACJI MĘŻA
 
Dając odczuć naszej żonie, że jest bardzo użyteczna w naszym życiu, nie zaspokaja jeszcze wszystkich jej potrzeb. To za mało dla niej, zwłaszcza, że są takie dziedziny w życiu mężczyzny, jak np. praca, które zajmują lwią część jego życia, a które niekoniecznie lubi i czerpie z nich przyjemność. Są rzeczy bardzo użyteczne w jego życiu, jak np. samochód, a które traktuje bardzo przedmiotowo i zwyczajnie używa ich dla swoich celów. Do takiej kategorii spraw i rzeczy żona nigdy nie chciałaby być zaliczana. Zawsze chce czuć się ważna i potrzebna, ale nigdy nie powinna być przez nas traktowana instrumentalnie. Z przykrością trzeba jednak stwierdzić, że wciąż jeszcze są mężowie, dla których żony są przede wszystkim super robotami,  zaprogramowanymi na sprzątanie, pranie, gotowanie itd.
 
Oczywiście, żona może czerpać satysfakcję i z takich rzeczy, widząc, że w ten sposób zaspokaja ważne potrzeby męża, ale przy tym pragnie czegoś więcej. Pragnie wyraźnego poczucia, że jest także ukochaną osobą, że rozkoszujemy się jej obecnością w naszym życiu. Chce być obiektem naszej miłości i adoracji.
 
Ważne jest, aby nie tylko o tym wiedziała, ale też często i wciąż na nowo słyszała to z ust męża. Znana jest anegdota o szkockim małżeństwie, w którym mąż – z racji swej narodowej cechy – był oszczędny także w słowach. Po wielu latach małżeństwa żona nie wytrzymała już tego i z płaczem wyrzuciła z siebie: John, powiedz mi dlaczego przez te wszystkie lata nie mówisz mi, że mnie kochasz? Na to John wyraźnie zdziwiony zachowaniem żony: - Posłuchaj Mary. Wyznałem ci miłość na początku, w kościele i jeżeli się coś zmieni, to wtedy ci powiem.
 
Bracia, nasze żony chcą, aby im mówić, że je kochamy. Chcą być przez nas adorowane i słowa odgrywają w tym niepoślednią rolę. Swego czasu na wczasach małżeńskich zapytałem młode mężatki czy i jak często pragną, aby mężowie wyznawali im miłość? Wszystkie były zgodne. Chciały to słyszeć codziennie. Oczywiście, każdy mąż powinien pamiętać, że wraz z adoracją słowną, z wyznawaniem miłości, muszą iść w parze jego czyny, pomoc i troska.
 
Jeżeli tak się nie dzieje, małżeństwo popada w przykry stan błędnego koła. Polega to na tym, że mężczyźni chcą adorować żonę uśmiechniętą i zadbaną, jednym słowem – atrakcyjną. Gdy zaś żona z powodu przeciążenia obowiązkami jest niewyspana, zmęczona fizycznie i poirytowana, odchodzi im ochota do adoracji. W konsekwencji między żoną i mężem pojawia się pewien rodzaj napięcia. Żona chciałaby być atrakcyjną dla męża, ale zwyczajnie brakuje jej na to sił. Mąż chciałby adorować i podziwiać żonę, ale trudno mu to przychodzi, gdy ona całymi wieczorami do upadłego sprząta, pierze i gotuje, a na dodatek mówi, że jeszcze chce poczytać Biblię.
 
Najprostszym sposobem wyrwania się z tego błędnego koła jest zaangażowanie męża w część obowiązków domowych, tak aby żona nie musiała wszystkiego robić w domu sama. Być może w różnym stopniu, ale w każdym małżeństwie jest to możliwe. Inną, wcale nie mniej możliwą opcją jest odłożenie przez żonę części obowiązków na potem, gdy widzi, że mąż wrócił do domu i chciałby z nią spędzić trochę czasu. Przecież nieumyte naczynia, nawet jeśli poleżą do jutra nie grożą inwazją bakterii i nie umiera się z powodu niewytartego kurzu. Chwila uwagi poświęcona mężowi mimo licznych obowiązków może natomiast wspaniale zaowocować miłymi słowami z jego strony i przerodzić się w chęć praktycznej pomocy.
 
Żona nigdy nie będzie dostatecznie promienna i szczęśliwa, jeżeli nie będzie przekonana, że mąż rozkoszuje się jej osobą. Nigdy w pełni nie rozkwitnie, jeżeli mąż nie będzie w przekonujący sposób jej adorować i wyznawać jej miłości. Taka po prostu jest jej potrzeba.
 
Spróbujmy teraz być bardzo praktyczni. W jaki sposób mąż może w satysfakcjonujący sposób zaspokoić potrzebę żony w omawianym tu zakresie? Oto kilka wskazówek:
• Przypomnij sobie i na nowo przeanalizuj cechy charakteru i osobowości twojej żony, które przybliżyły cię do niej. Chodzi o te walory, które na początku przykuły twoją uwagę do niej i miały związek z zakochaniem.
• Zadbaj o to, aby twoja żona – od czasu do czasu – usłyszała, jak mówisz o tych jej cnotach i cechach, które miały wpływ na to, że zwróciłeś na nią uwagę i zapragnąłeś się z nią ożenić.
• Ponieważ żona chce być pewna, że te cechy są nadal ważne dla ciebie, staraj się wskazywać jej na to, umiejętnie wykorzystując nadarzające się okazje. Może to być nie zmieniający się przez lata uśmiech, wrodzona gościnność lub życzliwe zainteresowanie losem napotykanych ludzi.
• Żona powinna też słyszeć, jak czasem przypominasz dowody Bożego kierownictwa, które was połączyły.
• Bądź stale gotowy do wykorzystywania przeszłych doświadczeń i przykrych spraw, przez które przeszła twoja żona, w celu uwypuklania w tym jej pozytywnych cech i postaw. Ucz ją także patrzeć na doświadczenia życiowe w świetle Słowa Bożego. Gdy tego się nauczy – to nie tylko wyjdzie z ewentualnych kompleksów i zahamowani, ale będzie promienna i otwarta na nowe doświadczenia.

Mógłbym dalej ciągnąć listę podobnych rad, ale ni to tu chodzi. Bardziej zależy mi na tym, aby każdy mąż, uwzględniając powyższe, postarał się ustalić, w jaki sposób i na ile wzmacnia to lub na nowo wytwarza w jego żonie takie cechy i postawy, które z rozkoszą zawsze chciałby w niej podziwiać.
 
Podsumowując ten punkt należałoby zaapelować: Rozkoszuj się swoją żoną. Spełnisz w ten sposób jej oczekiwania, zaspokoisz jej ważną potrzebę, a do tego sam będziesz miał z tego wiele pożytku, to znaczy – szczęśliwą, promienną i atrakcyjną towarzyszkę życia.
 
 
IV. POTRZEBA ZROZUMIENIA I OCHRONY W SPRAWACH GROŻĄCYCH NIEPOWODZENIEM
 
Każda żona odczuwa silną potrzebę bycia rozumianą. Staje się to szczególnie istotne w tych dziedzinach jej życia, w których nie czuje się pewnie i w związku z tym jest narażona na szereg zranień i niepowodzeń. Aby skutecznie ochronić ją przed nimi, trzeba zatroszczyć się o upewnienie żony, że naprawdę ją rozumiemy. Obowiązkowo więc powinniśmy być przy naszych żonach, gdy znajdują się w jakimś krytycznym okresie życia, gdy coś im w życiu nie wyszło, gdy poniosły jakąś porażkę. Musimy wtedy znaleźć się szczególnie blisko nich, aby im pomóc zrozumieć powody niepowodzenia, wyciągnąć stosowne wnioski, a zwłaszcza, aby je pocieszyć, wskazać drogę wyjścia i praktycznie im współczuć, zapewniając o niezmienności naszej miłości.
 
Taka postawa męża daje żonie schronienie i uspokaja ją wewnętrznie. Przekonuje ją także o tym, że mąż ją rozumie, bo jest blisko i uczestniczy w jej bólu i rozterkach. Trudno być ochroną i oparciem dla żony, będąc od niej daleko. Nie można zbudować w niej przekonania, że ją rozumiemy, zaniedbując ją z powodu wielu, skądinąd nawet bardzo ważnych obowiązków.
 
Nie stanowi wystarczającej ochrony dla żony samo zabezpieczenie jej od strony finansowej i materialnej. Faktycznie w tej sferze jej potrzeb, nie ma to dla niej większego znaczenia. Zauważmy, że nawet świeckie kobiety porzucają fortunę, bogatych mężczyzn, aby związać się nawet z biedakiem, ale takim, który ma dla nich czas i dlatego może je zrozumieć.
 
Dalszym krokiem w zaspokajaniu tej potrzeby jest uświadamianie naszym żonom ich duchowych, intelektualnych i fizycznych wartości oraz wad. Każda żona chce je znać i najlepiej, gdy pomaga jej w tym jej własny mąż. Żadna mądra kobieta nie chce, aby mąż przekonywał ją, że robi coś dobrze, jeśli obiektywnie rzecz biorąc tak nie jest. Raczej oczekuje od niego, aby – jako jej najbliższy przyjaciel – był  szczerym krytykiem jej czynów i możliwości.
 
Mamy więc, jako mężowie, nie lada zadanie. Musimy troszczyć się o to, aby dobrze znać nasze żony, by móc zapewnić im właściwą ochronę i kierownictwo w tym względzie. Z jednej strony, to kierownictwo powinno być czułe, a z drugiej, musi być stanowcze, jeżeli chcemy ochronić żonę przed niepowodzeniem, gdy widzimy, że zaczyna podejmować się zadanie, które przerasta jej możliwości.
 
Potrzebny jakiś przykład? Wiesz, że twoja żona – chociaż z powodzeniem śpiewa w grupie – nie ma szczególnych uzdolnień wokalnych i nie powinna podejmować się samodzielnych występów. Dowiadujesz się jednak, że kilku znajomych ze zboru namówiło ją do występu solowego na dużej imprezie. Modlą się już o to i są pewni, że śpiew twojej żony wszystkim przyniesie zbudowanie. W takiej sytuacji, chociaż podoba ci to, że twoja żona jest tak doceniona – mimo wszystko – powinieneś czule ale stanowczo odwieść ją od realizacji tego pomysłu. W przeciwnym razie spotka ją niepowodzenie, a powstały uraz może na zawsze zgasić w niej ochotę do jakichkolwiek występów przed publicznością. Ludzie w swoich komentarzach potrafią być bardzo okrutni.
 
Bracia, poruszamy tu poważną sprawę. Powinniśmy się modlić o mądrość i odwagę, abyśmy zawsze umieli zapewnić naszej żonie właściwe kierownictwo. W jej życiu pełnimy rolę osobistego agenta i na nas spoczywa odpowiedzialność, aby ochronić ją od niepotrzebnych porażek. Z drugiej zaś strony, koniecznie winniśmy swoją żonę zachęcić i wyprowadzić na szerokie wody w dziedzinach, w których jest uzdolniona. Zawsze jednak musimy się troszczyć o to, aby żona mogła czuć się przy nas bezpieczna. Czasem wymaga to z naszej strony bardzo kategorycznej i zdecydowanej postawy.
 
Czasem może się zdarzyć i tak, że żona poprosi nas o coś, czego właściwie nie chce i nie potrzebuje. Zrobi tak, aby sprawdzić, czy znamy jej faktyczne potrzeby i upodobania. Jeżeli w takich sytuacjach będziemy bezmyślnie spełniać jej prośby – to straci przy nas poczucie pewności. Przestanie ufać, że jesteśmy całym sercem i umysłem zaangażowani w tworzenie jej szczęśliwej przyszłości. Aby więc dobrze zaspokoić w jej życiu potrzebę zrozumienia i ochrony, potrzeba nam mądrości nie spełniania każdej jej zachcianki. A jeśli jakąś zdecydujemy się spełnić – bo przecież jest to miłe – to przynajmniej dajmy jej do zrozumienia, że orientujemy się w sytuacji i nie robimy tego z czystej naiwności ani braku ochoty na wnikanie w szczegóły. Nie ma nic gorszego od lekceważenia własnej żony.
 
Jeszcze jedna, ważna uwaga. Powinniśmy brać pod uwagę fakt, że nasza żona jest wrażliwa na takiego mężczyznę, który potrafi ją zrozumieć. Jednocześnie, jest zrażona do takiego, który mówi, że rozumie, a postępuje całkiem inaczej. Biada nam, gdy w oczach żony jesteśmy tym drugim. Z przykrością stwierdzam, że wiele żon, nawet u wierzących mężów, nie znajduje dostatecznego zrozumienia. W sprawach, w których nie czują się mocne i samodzielne, rozpaczliwie rozglądają się więc za pomocą u jakiegoś innego mężczyzny. Dobrze, jeśli trafią na kogoś czystego moralnie, kto nie nadużyje ich zaufania i nie wystawi na szwank ich reputacji. Ale czasem dochodzi w takich sytuacjach do moralnej komplikacji. Kobieta, która wreszcie czuje się zrozumiana, traci konieczną w tej sferze ostrożność i – jeżeli ma do czynienia z niedoświadczonym duchowo mężczyzną – może zaangażować się uczuciowo i wpaść z deszczu pod rynnę.
 
Dlatego chrześcijańscy mężowie mają troszczyć się o to, aby samemu być tym mężczyzną, na którego nasza żona jest najbardziej wrażliwa. Nie jest trudno zrozumieć żonę, jeśli naprawdę się ją kocha i przebywa z nią, interesując się jej wewnętrznym życiem.
 
Na zakończenie tej części rozważań kilka praktycznych wskazówek:
• Spróbuj na swój prywatny użytek ustalić strategię działania wobec swojej żony. Które jej działania należy promować, a które raczej hamować i odwracać od nich jej uwagę.
• Przemyśl najlepsze sposoby i okoliczność sygnalizowania jej w czym jest dobra, a co wychodzi jej słabo, żeby nie powiedzieć, fatalnie.
• Zastanów się, czy to, że żona w rozmowie z tobą nie porusza niektórych spraw, oznacza, że nie ma z tym żadnych problemów, czy też z braku pewności, że ty możesz ją naprawdę zrozumieć.
• Zastanów się, w jaki sposób mógłbyś ochronić swoją żonę przed bardzo żywotnymi dla niej problemami, takimi jak: tycie, choroba, starzenie się, samotność czy niepowodzenia zawodowe.
 
 
V. POTRZEBA INTYMNEJ ROZMOWY Z MĘŻEM
 
Podstawowym warunkiem intymnego porozumienia między małżonkami jest ich jedność duchowa. Gdy w małżeństwie brakuje tego elementu, partnerzy są poważnie ograniczeni we wzajemnych kontaktach. Mogą oczywiście całkiem nieźle się porozumiewać w niektórych sprawach, ale nigdy nie będzie to naprawdę intymne porozumienie. Bez jedności duchowej jest to po prostu niemożliwe. To właśnie dlatego Biblia tak jednoznacznie przestrzega przed zawieraniem związku małżeńskiego z partnerem, który nie należy do Chrystusa. Tego przykazania nie należy rozumieć jako ograniczania wolności wyboru partnera, lecz jako wyraz troski Boga o nasze szczęście w małżeństwie.
 
Jedność duchowa, jedność wiary i wyznania – to podstawa, to baza wyjściowa dla intymnych, swobodnych relacji małżeńskich. Chcę jednak wyraźnie zaznaczyć, że spełnienie tego podstawowego warunku nie rodzi intymnego porozumienia w sposób automatyczny. Potrzebne tu jest świadome dążenie małżonków do tej intymności.  mężczyźnie wystarczają kontakty o bardziej powierzchownym  charakterze. Wymiana zdań na temat spraw domowych. Zdawkowa relacja z pracy lub podróży. Kilka uwag na temat znajomych. Tempo życia i natłok spraw zawodowych sprawiają, że mężowie nie bardzo troszczą się o dłuższą rozmowę z żoną. Nie dbają o to, aby wsłuchać się w to, co stara się im powiedzieć. A dla niej jest to niezwykle istotne. Ona bardzo potrzebuje dłuższej i spokojnej rozmowy z mężem. Rozmowy innej niż rozmowa z sąsiadką, dziećmi czy koleżankami z pracy. Pragnie intymnej rozmowy ze swoim mężem.
 
Bracia, weźmy to pod uwagę i stale uwzględniajmy w naszych małżeństwach. Zatroszczmy się o nasze żony również pod tym względem. Oto kilka uwag, które mogą okazać się w tym przydatne:
 
1. Kluczem do intymnej rozmowy jest wyznaczenie i zaplanowanie odpowiedniego czasu. Z uwagi na różnorodność i zmienność życiowych obowiązków lepiej nie wyznaczać na to "żelaznej" godziny. Bardziej chodzi o uzgodnienie najdogodniejszej dla obydwojga małżonków pory i potem właśnie w tym przedziale czasowym takie rozmowy aranżować. Wkrótce odkryjemy, że żona polubiła ten czas. Należy podkreślić, że nie może to być pora, w której często będziemy się gdzieś śpieszyć i nerwowo spoglądać na zegarek. Takie napięcie sprawi, że będziemy rozmawiać tylko o niektórych, mniej poważnych sprawach. Problemy zalegające na głębszych pokładach jej serca będą pozostawać nietknięte, co może doprowadzić do zniechęcenia i utraty nadziei na głębokie, intymne porozumienie.
 
2. Warto pomyśleć także o miejscu intymnych rozmów z żoną. Z pewnością są takie miejsca, które żona lubi bardziej od innych. Miejsca, które pomagają intymności są przytulne, spokojne i – broń Boże - nie kojarzące się żonie z niczym przykrym. Jeżeli nie znamy takiego miejsca, to warto spróbować je w życiu żony odkryć,  względnie takie miejsce dopiero stworzyć. Bez wątpienia okaże się to bardzo pomocne w osiągnięciu naszego celu. Zlekceważenie tej sprawy i próba intymnej rozmowy w miejscach przypadkowych, a zwłaszcza dla żony niemiłych, może bardzo utrudniać kontakt. Jeżeli natomiast rozmowę zaplanujemy w stosownym czasie i stworzymy dla niej odpowiednią oprawę, to nasza żona wkrótce polubi ten czas i to miejsce. Już samo wyczekiwanie na porę takiej rozmowy z mężem będzie sprawiało jej radość.
 
3. Należy także zadbać o tematy intymnych rozmów z żoną. Oczywiste, że jakąś część wspólnego czasu zajmą wydarzenia dnia. Byłoby błędem unikać przekazania nowin i omówienia zasłyszanych sensacji. Jest to przecież bardzo dobra okazja do wspólnego spojrzenia na takie nowe sprawy od strony Biblii i wiary w Boga. Okazja do wypracowywania chrześcijańskiego stanowiska w bardzo różnych kwestiach. Jednakże w intymnych rozmowach powinniśmy poruszać także sprawy nienowe. Czasem warto dyskretnie wprowadzić temat dotyczący jakiegoś przeżycia sprzed lat, które nie zostało przez nas dostatecznie docenione lub zinterpretowane. Warto wrócić i omówić je już z perspektywy czasu. Wdzięcznym tematem intymnych rozmów małżonków mogą być ich nowe pomysły i marzenia na przyszłość. Właściwie, każdy temat jest dobry, jeżeli nie został sztucznie do tej rozmowy wprowadzony.
 
4. Wykorzystanie takich chwil na rozprawienie się z obawami żony. Nie każdy mąż jednakowo zdaje sobie sprawę z tego, że myśli jego żony są niepokojone różnego rodzaju obawami. Może to być obawa, że przestaje podobać się mężowi. Trapić ją może słabnące zdrowie, lęk przed bezradnością na wypadek, gdyby męża nagle przy niej zabrakło, obawa przed starzeniem się, kompleksy z tytułu słabego wykształcenia itd.  Jeżeli żona w jakiś dyskretny sposób sygnalizuje takie obawy, otwiera się przed nami w tak ważnych dla niej kwestiach, to nie wolno nam bagatelizować jej obaw, a tym bardziej z nich żartować. Żadnej z obaw nie usuniemy z serca żony poprzez mówienie jej, że są one nieważne.
 
Rzeczywiste rozprawienie się z tym, co niepokoi naszą żonę, musi odbywać się na płaszczyźnie duchowej. Koniecznie trzeba to robić w świetle Słowa Bożego. To jest jedyne kryterium, jedyny autorytet, któremu chrześcijanka podda się bez zastrzeżeń. Należy więc wziąć każdą z obaw żony i modląc się do Boga o jej rozwiązanie, szukać argumentów biblijnych, które stanowiły oparcie dla naszych zapewnień.
 
Czasem może się zdarzyć, że żona przedstawi nam problemy jakiejś innej kobiety, aby sprawdzić, jak na nie zareagujemy. Chce w ten sposób upewnić się, czy może nam zaufać i przedstawić nam swoje osobiste sprawy. Jeżeli zauważy, że się wyśmiewamy, albo że w ogóle nie zainteresowaliśmy się tym, co nam powiedziała, wówczas wycofa się nieufnie z zamiaru zwierzenia się przed nami ze swoich obaw. Pamiętajmy, że to, czy mamy współczucie dla innych, czy potrafimy praktycznie pomóc innym osobom, stanowi dla naszej żony kryterium oceny naszego podejścia do jej spraw. Obserwując nasz stosunek do innych, albo otworzy się przed nami, albo też zamknie się jeszcze bardziej.
 
Ostateczny cel intymnych rozmów osiąga się wówczas, gdy żona zaczyna nam zwierzać tajniki swych głębokich uczuć. Niestety, nie jest to łatwe do osiągnięcia. Ciągle jeszcze bardzo wiele żon przeżywa obawy i różne stany emocjonalne, którymi nigdy nie dzielą się ze swoimi mężami. Owszem, w chrześcijańskich małżeństwach relacje między małżonkami są podtrzymywane i stymulowane przez fakt jedności duchowej. Lecz uwaga! To, że żona modli się z nami, rozmawia, chodzi na nabożeństwa, odwiedza z nami znajomych i uśmiecha się do nas, nie oznacza, że nie ma w stosunku do nas żadnego zahamowania, że jest w naszej obecności całkowicie swobodna i otwarta. Ona pragnie intymnego kontaktu z nami, bo tylko wtedy może zrzucić z siebie ciężar dokuczających jej tajemnic. Dopóki w jej sercu pozostaje coś, z czego nam się nie zwierzyła, dopóty jej ważna potrzeba emocjonalna pozostaje nie zaspokojona.
 
I jeszcze jedna uwaga. Nasza żona pragnie widzieć, że intymna rozmowa z nią sprawia nam przyjemność. Że nie jest to dla nas chłodny obowiązek wobec niej. Zadbajmy więc także i o to, aby w naturalny sposób widziała, że cieszymy się, gdy możemy poświęcić czas na wspólną rozmowę, że takie chwile są dla nas  prawdziwą przyjemnością. To w jaki sposób żonie okazać, że tak jest naprawdę, pozostawiam już osobistej inwencji każdego z nas.
 
 
VI. POTRZEBA DOSTRZEGANIA U MĘŻA WRAŻLIWOŚCI NA JEJ OBECNOŚĆ
 
Jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że uwaga mężczyzny bywa nieraz pochłonięta sprawami, których żona nie rozumie, albo które zupełnie ją nie obchodzą. Może to być np. oglądanie meczu albo jakieś eksperymenty elektroniczne. W związku z tym dochodzi czasem do następującej sytuacji: Mąż z pasją oddaje się jakiemuś zajęciu. Wchodzi żona pragnąca kontaktu z mężem i – nie przerywając mu - siada obok niego. Oczekuje, że mąż zauważy jej obecność i poświęci jej chociaż chwilkę uwagi. Niestety, czasem zostaje potraktowana zupełnie tak, jakby była powietrzem. Więc, po chwili oczekiwania, powraca rozczarowana do swoich zajęć.
 
Najczęściej w takich sytuacjach żonie wcale nie chodzi o to, aby mąż natychmiast porzucał to, co robi. Nie chce odrywać go od tego, co jest dla niego ważne. Pragnie jednak, aby – gdy pojawia się w jego pobliżu – reagował na to w jakiś sposób. Chce dostrzec w nim wrażliwość na jej obecność. Chce widzieć, że mąż jest świadomy jej obecności nawet wtedy, gdy jego uwaga jest skoncentrowana na innych sprawach.
 
Zaspokojenie tej potrzeby żony nie jest wcale trudne. Wymaga jedynie uświadomienia sobie tego, jak ważne dla jej dobrego samopoczucia są nasze gesty wrażliwości na jej obecność. Z drugiej strony, żona powinna zdawać sobie sprawę z tego, że brak takich gestów u męża nie wypływa z braku miłości do niej, a jedynie z faktu odmiennej psychiki męża. Po prostu, nie zawsze jesteśmy jednakowo świadomi różnicy, jaka występuje pomiędzy naszymi oczekiwaniami, a oczekiwaniami partnera.
 
By zaspokoić tę potrzebę żony wystarczy więc czasem zwykły gest zainteresowania. Ciepłe słówko, nawet bez odrywania wzroku od swojego zajęcia, które przekona ją, że ucieszyliśmy się z jej obecności, że zwróciliśmy na nią uwagę.
 
Omawiana potrzeba żony odzwierciedla pragnienie, które kryje dusza każdej kobiety. Normalna, zdrowa psychicznie kobieta lubi, gdy zwraca się na nią uwagę, a nawet tego pragnie. Gdy tego nie doznaje ze strony męża, jest emocjonalnie niezaspokojona.
 
Wrażliwość męża na obecność żony mówi jej, w jakim stopniu jest ona częścią jego życia. Gdy zajmuje ważne miejsce – to bez względu na stopień zaabsorbowania swoimi sprawami – mąż zawsze zareaguje, gdy żona pojawi się w pobliżu, gdy usłyszy jej głos albo poczuje zapach jej kosmetyków.
Wrażliwość męża na obecność żony wyraża się także w dobrych manierach. Miłość ma dobre maniery. Z jakąż przyjemnością obserwuje się zakochanego po uszy młodzieńca, troszczącego się o dziewczynę w tramwaju, przy stole, czy podczas górskiej wędrówki. A jakże smuci obraz małżeństwa, w którym mąż traktuje żonę jak uciążliwy balast. Oto przykłady dobrych manier, które świadczą o wrażliwości męża na obecność żony: Pomaganie żonie przy zakładaniu i zdejmowaniu płaszcza. Siadanie obok niej przy stole. Otwieranie przed nią drzwi. Punktualność. Właściwe przedstawianie jej w towarzystwie. Całkowite powstrzymanie się od krytykowania jej wśród znajomych. Informowanie jej o swoich zajęciach. Używanie właściwego języka w rozmowie z nią. Utrzymywanie schludnego wyglądu i higieny osobistej.
 
Każdy mąż powinien zatroszczyć się o wypracowanie w sobie takich manier. Dobre jest – zwłaszcza, gdy nie mieliśmy sposobności nauczenia się ich w rodzinnym domu – powiedzieć o tym zonie i poprosić ją, by zechciała nam w tym pomóc. Jej wskazówki i dyskretne sygnały ułatwią nam wyrobienie w sobie dobrych nawyków, które obojgu przyniosą satysfakcję.
 
Podsumowując można powiedzieć, że żona pragnie być w sercu męża, podobnie jak człowiek wierzący jest w sercu Boga. Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję, rozumiesz myśl moją z daleka [Ps 139,2]. Czy korzystasz z tego wzorca w kontaktach ze swoją żoną? Bądź wrażliwy na jej obecność. Okazuj zainteresowanie jej osobą, tak jak Bóg okazuje zainteresowanie tobie.
 
 
VII. POTRZEBA WZBOGACENIA ŚWIATA ŻONY PRZY APROBACIE I DZIĘKI STARANIOM MĘŻA
 
Kiedy mężczyzna coś zrobi, to z reguły jest to widoczne i pozostaje po tym jakiś trwały ślad. Inaczej mają się sprawy z codzienną pracą żony. Na przykład posprząta ładnie mieszkanie z myślą zrobienia tym przyjemności mężowi, który jest w pracy. Jednakże zanim mąż powróci, dzieci ponownie wszystko porozrzucają. W ten sposób jej praca nie została nawet zauważona. Żona najczęściej sprząta, aby znowu sprzątać. Myje naczynia, aby je pobrudzić i znowu je myć. Takich czynności każdego dnia wykonuje bardzo wiele.
 
Czy można sądzić, że nie zależy jej na zrobieniu czegoś, co byłoby zauważalne i trwałe? Z całą pewnością każda żona głęboko pragnie, aby jej świat został wzbogacony o takie rzeczy. Mąż powinien wiedzieć, że właśnie z powodu totalnego niezaspokojenia tej potrzeby zrodziła się emancypacja kobiet.
 
Wzbogacanie świata żony bez udziału męża i wbrew jego woli – a z tym wiąże się emancypacja – wpędza kobietę w inne, często gorsze jeszcze napięcie i niezaspokojenie. Wiele nieświadomych tego kobiet zabrnęło w ślepy zaułek i nie wie, jak się z niego wycofać. Jednakże z drugiej strony, każda kobieta pragnie wzbogacenia swojego życia i będzie do tego dążyć, decydując się na płacenie za to czasem bardzo wysokiej ceny.
 
Jedynym właściwym sposobem zaspokajania tej potrzeby żony jest wzbogacanie jej świata poprzez troskę i za aprobatą męża. Chrześcijanin wie z Biblii, że mąż jest głową żony. Podstawową funkcją głowy jest prawidłowe kierowanie ciałem i troska o jego rozwój. To głowa jest odpowiedzialna za to, aby cała osoba była w stanie osiągnąć najwyższe cele. Podejmuje więc decyzje mające na celu kształcenie umysłu, zwiększanie sprawności ciała czy też wyrabiania silnej woli. Podobnie mąż – głowa żony – powinien zatroszczyć się o jej rozwój, o poszerzanie jej horyzontów, o wzbogacanie jej świata.
 
Zaspokojenie tej potrzeby żony wymaga od męża rozpoznania jej talentów, jej duchowych i naturalnych darów i stałe obserwowanie ich rozwoju. Czasem potrzebna jest stymulacja, a czasem uspokojenie jej aktywności. Zawsze potrzebne jest dodanie otuchy i mądre, dyskretne wspieranie żony w osiąganiu przez nią trwałych celów. Nierzadko w związku z tym potrzebne jest wsparcie lub czasowe zastąpienie żony w jej obowiązkach domowych, tak aby wzbogacanie jej świata stało się praktycznie możliwe.
 
Gdy żona zauważy, że towarzyszymy jej w jej dążeniach, że popieramy ją w tym, do czego zmierza, wówczas poczuje się na tej drodze bezpieczna i błogosławiona. Przecież między innymi dlatego zdecydowała się wyjść za mąż.
 
Uświadomiliśmy sobie, że nasze żony potrzebują: (1) Stabilności i przywództwa duchowego. (2) Poczucia użyteczności w życiu i pracy swojego męża. (3) Bycia obiektem miłości i adoracji męża. (4) Zrozumienia i ochrony w sprawach grożących niepowodzeniem. (5) Intymnej rozmowy z mężem. (6) Dostrzegania w mężu wrażliwości na ich obecność. (7) Wzbogacenie ich świata przy aprobacie i dzięki staraniom męża.
 
Pamiętajmy, że w zaspokajaniu tych potrzeb występuje ścisła zależność. Nie da się dobrze zaspokoić jednej potrzeby pomijając drugą. Wszystkim znanym mi mężom życzę powodzenia w zdobywaniu opinii męża, który dobrze zaspokaja potrzeby swojej żony.
 
Marian Biernacki

Trojaki tryb stanu małżeńskiego

2017-09-22 - Marian Biernacki

Trzecia część wykładu o małżeństwie

Trojaki tryb stanu małżeńskiego

Mąż i żona – to jeden człowiek, jedno ciało! Cudowny organizm wspaniale funkcjonujący, gdy obydwie jego połowy, on i ona, skupiają się na pełnieniu wyznaczonej im przez Boga roli. Mąż ma miłować żonę tak, jak Chrystus Kościół. Żona ma ulegać mężowi tak, jak Kościół Chrystusowi. Omówiliśmy to w poprzednim wykładzie.

Dlaczego tak łatwo przestajemy się troszczyć o małżeństwo? Często bardziej zabiegamy o swoją firmę biznesową, o przyjaciół, czy nawet o działalność kościelną, aniżeli o swoje małżeństwo. Lecz uwaga! Nikt nie "dostaje" partnera na zawsze. Dozgonna to ma być nasza odpowiedzialność za utrzymanie i pielęgnowanie małżeństwa. A małżeństwo może przechodzić rozmaite fazy współżycia. Czasem niespodziewanie znajdzie się na niebezpiecznym zakręcie. Czasem przychodzi na związek dwojaga ludzi jakaś próba i ciężkie doświadczenie. Dlatego teraz, na użytek tego rozważania posiłkując się obrazem komputera, porozmawiamy o trzech trybach stanu małżeńskiego. Małżeństwo może działać w trybie normalnym, w trybie awaryjnym (kryzysowym) bądź w trybie serwisowym (naprawczym).

I. STAN MAŁŻEŃSKI W TRYBIE NORMALNYM

Standardem chrześcijańskiego małżeństwa jest obopólne staranie o to, by podobać się współmałżonkowi. Wprawdzie w nauce apostolskiej wzajemne dogadzanie sobie zaliczone zostało do spraw tego świata, lecz zarówno mąż, jak i żona, mają względem siebie wręcz taki obowiązek. A ten, kto ma żonę, troszczy się o sprawy świata, jak dogodzić żonie. […] Mężatka natomiast troszczy się o sprawy świata, chce dogodzić mężowi [1Ko 7,33-34]. Kto chciałby skupiać się w życiu na wyższych, wyłącznie duchowych celach, ten nie powinien wstępować w związek małżeński. Kto zaś już jest w stanie małżeńskim ma ważne i jak najbardziej biblijne zadanie, aby zyskiwać upodobanie w oczach partnera.

Tryb normalny małżeństwa charakteryzuje się także ustawicznym pielęgnowaniem więzi małżeńskiej. Spójrzmy na to w świetle drugiego rozdziału Pieśni na Pieśniami. Po pierwsze, wyraża się to w dobrym mówieniu o współmałżonku. Jak lilia między cierniami, tak moja przyjaciółka między dziewczętami. Jak jabłoń wśród drzew leśnych, tak mój miły między młodzieńcami. W jego cieniu pragnę odpocząć, gdyż jego owoc jest słodki dla mego podniebienia... [PnP 2,2-3]. Chrześcijanka mówi o swoim mężu same dobre rzeczy. Mąż chwali swoją żonę, jak tylko może. To buduje dobrą atmosferę między nimi samymi ale i wokoło nich.

Po drugie, zarówno mąż jak żona w prawidłowo funkcjonującym małżeństwie mają wyraźne poczucie zaspokajania ich potrzeb życiowych przez współmałżonka. Wprowadził mnie do winiarni, której godłem dla mnie jest miłość. Pokrzepił mnie plackami z rodzynków, posilił mnie jabłkami, bo jestem chora z miłości [PnP 2,4-5]. Nie wystarczy tu samoświadomość małżonka, że dobrze zaspokaja potrzeby partnerki. Rzecz w tym, żeby ona takie odczucie nosiła w sercu i takie twierdzenie miała na ustach. Nie wystarczy, że żona będzie karmić samą siebie przekonaniem, że dobrze zaskopkaja potrzeby męża. Ważne, co on ma na ten temat do powiedzenia.

Po trzecie, małżonkowie mają ze sobą dobry kontakt fizyczny i chętnie przytulają się do siebie. Jego lewica jest pod moją głową, a jego prawica obejmuje mnie [PnP 2,6]. Człowiek potrzebuje dotyku. Zwłaszcza w czasach gdy często jest on krokiem ryzykownym, gdy tak łatwo można stanąć pod zarzutem naruszania czyjejś intymności, gdy społeczeństwo ogarnia obsesja złego dotyku, dotyk między mężem i żoną staje się wartością nie do przecenienia. Mówiąc wiosną bieżącego roku na ten temat, apelowałem: Przytulaj dwanaście razy dziennie - by prawidłowo się rozwijać. Osiem razy dziennie  – by zachować zdrowie. Cztery razy dziennie – by przeżyć!

Czwartą oznaką normalności związku małżeńskiego jest wzajemna rozmowa. Mój miły odzywa się i mówi do mnie: Wstań, moja przyjaciółko, moja piękna! Chodź! Bo oto minęła zima, skończyły się deszcze, ustały. Kwiatki ukazują się na ziemi, czas śpiewu nastał i gruchanie synogarlicy słychać w naszej ziemi. Figowiec zarumienia już swoje owoce, a winna latorośl zakwita i wydaje woń. Wstańże, moja przyjaciółko, moja piękna, chodź! Gołąbko moja w rozpadlinach skalnych, w ukryciu szczelin! Daj mi oglądać swoje oblicze, daj mi usłyszeć swój głos, gdyż słodki jest twój głos i pełna wdzięku twoja postać [PnP 2,10-14]. Jak widać, była to bardzo miła rozmowa.

Wielu mężów ogranicza rozmowę ze swoimi żonami do przekazywania krótkich komunikatów zawierających niezbędne ich zdaniem informacje. Tymczasem żony pragną czegoś więcej. Chciałyby, aby słowa ich mężów choć trochę i przynajmniej od czasu do czasu były mniej techniczne, a bardziej poetyckie, podobnie jak słowa Oblubieńca z Pieśni nad Pieśniami. Nic w pielęgnowaniu relacji małżeńskich nie zastąpi dobrej rozmowy. W każdych okolicznościach powinna ona być serdeczna, szczera i naturalna.

Mówiąc o prawidłowym związku małżeńskim nie sposób pominąć kwestii współżycia seksualnego. Nie odmawiajcie sobie nawzajem współżycia, chyba że za obopólną zgodą, na pewien okres, by skupić się na modlitwie. Potem jednak znów podejmujcie współżycie, aby was szatan nie wystawiał na próbę, wykorzystując wasz brak powściągliwości [1Ko 7,5]. Seks w małżeństwie ma być jego chlebem powszednim. Z jaką częstotliwością?

Biblia ustanawia ważną zasadę w podejściu do kwestii współżycia małżonków. Mąż niech zaspokaja potrzeby żony, a żona – męża. Nie żona rozporządza własnym ciałem, lecz mąż. I, podobnie, nie mąż rozporządza własnym ciałem, lecz żona [1Ko 7,3-4]. Innymi słowy, o fizycznym zbliżeniu decydują potrzeby i pragnienia nie własne, a współmałżonka. Żona, która nie ma chęci na seks, nie unika męża. Jest gotowa na to, aby mąż rozporządził jej ciałem. Płonący pragnieniem współżycia mąż nie daje się ponieść własnej pożądliwości. Dopytuje się o rozporządzenie żony w tym zakresie. Oczywiście, rozporządzanie sobą nawzajem wymaga dobrej, chociażby niewerbalnej komunikacji między małżonkami. Pielęgnując wzajemne relacje bardzo szybko uczą się odczytywania specyficznych sygnałów wysyłanych przez partnera, które przesądzają o takiej ich aktywności seksualnej, która nie nosi znamion egoizmu.

Gdy małżeństwo działa w trybie normalnym, to obydwoje  współmałżonkowie są jednakowo obciążeni i jednakowo szczęśliwi. Dbają o to, by podobać się współmałżonkowi. Rozmawiają. Troszczą się o siebie i wzajemnie się wspomagają. Ufają sobie. Dają sobie nawzajem spory margines błędu. Łatwo przebaczają.

II. STAN MAŁŻEŃSKI W TRYBIE AWARYJNYM (JAKIŚ BŁĄD, KRYZYS)

Z taką sytuacją mamy do czynienia wówczas, gdy niektóre normalne funkcje małżeńskie albo w ogóle przestają działać, albo te działające nie działają w pełnym zakresie. Tak jest na przykład w przypadku poważnej choroby współmałżonka. Zwłaszcza w przypadkach zaburzeń osobowości, problemów psychicznych lub niepełnosprawności jednego ze współmałżonków, trwałość związku małżeńskiego leży w rękach partnera zdrowego. Bardzo namawiam osoby dotknięte tym problemem do obejrzenia filmu pt. "Miłość, która trwa", którego polskojęzyczną wersję wyprodukowali ludzie z Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku. Świadectwo czterech związków małżeńskich, które się z tym problemem zmierzyły, może niejednemu z nas okazać się bardzo pomocne.

W tryb kryzysowy małżeństwo popada także w wyniku upadku moralnego współmałżonka. Zdrada, chociażby jednorazowa i nie wiem jak bardzo zroszona łzami pokuty, mocno zaburza funkcjonowanie związku. Czy może kto chodzić po rozżarzonych węglach, a jego stopy się nie poparzą? Tak jest z tym, kto chodzi do żony swojego bliźniego; nie ujdzie bezkarnie ten, kto się jej dotyka. Czy nie pogardza się złodziejem za to, że kradnie, nawet, aby zaspokoić głód? A gdy go złapią, musi oddać siedmiokrotnie, musi oddać całe mienie swojego domu. Lecz kto cudzołoży z zamężną, jest pozbawiony rozumu, a kto chce samego siebie zgubić, niech tak robi. Ciosów i wstydu się doszuka, nie zmaże swej hańby. Gdyż zazdrość wywołuje gniew męża, który w dniu zemsty nie zna pobłażania; nie przyjmie żadnego okupu i nie zgodzi się nań, choćbyś dawał dużo darów [Prz 6,28-35]. Taki kryzys w małżeństwie może skończyć się rozwodem i Biblia dopuszcza taką ewentualność. Jednakże nie zawsze tak być musi. Zdradzony partner, chociaż ma prawo rozejść się z niewiernym współmałżonkiem, niekoniecznie musi tak robić.

Przede wszystkim, dzięki Bogu mamy do dyspozycji cudowny instrument przebaczenia. Wierzącego męża i żonę stać na to. Nawet bez stawiania warunków wstępnych można winowajcy odpuścić jego grzechy. Tym bardziej, gdy widać jego skruchę. Odpuszczajcie, a dostąpicie odpuszczenia [Łk 6,37]. Trzeba tu także pamiętać o tym, że zapętlony upadkiem współmałżonek potrzebuje pomocy. Przecież chodzi o jego zbawienie, o to, gdzie będzie spędzać wieczność. Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy macie Ducha, poprawiajcie takiego w duchu łagodności, bacząc każdy na siebie samego, abyś i ty nie był kuszony [Ga 6,1-2]. Niechby przyłapani na grzechu, mąż lub żona, ze strony swego współmałżonka mogli spodziewać się, nie rozgłoszenia jego grzechu, a bardziej poprawiania go w Chrystusowym duchu przebaczenia i miłosierdzia.

Kolejną sytuacją, gdy w małżeństwie włącza się tryb awaryjny jest rozłąka. Małżeństwo zawiązuje się po to, aby żyć razem, blisko siebie. Lepiej dwóm niż jednemu. Bo łatwiej im w trudzie. Jeśli jeden upadnie, drugi go podniesie. Nad samotnym natomiast nikt się nie pochyli! Gdy leżą dwie osoby, jedna drugą grzeje. A człowiek samotny? Musi liczyć na siebie. Ponadto jeśli jednego może ktoś pokonać, dwóm łatwiej się ostać [Kzn 4,9-12]. Emigracja ekonomiczna, wyjazdy służbowe, robienie przez małżonków odrębnych karier zawodowych – to poważnie zakłóca normalność pożycia małżeńskiego. Mąż i żona, oddzieleni tysiącami kilometrów, zmagają się w pojedynkę z pokusami i przeciwnościami losu. Może i do siebie dzwonią, może i patrzą na siebie rozmawiając przez Skype, ale funkcjonalność ich związku jest przez rozłąkę bardzo ograniczona. Przedłużanie takich stanów awaryjnych łatwo może skończyć się rozpadem małżeństwa.

Stany kryzysowe pomiędzy mężem i żoną występują także na okoliczność rozmaitych problemów. Trudności z dziećmi. Tarapaty finansowe. Rozchwianie emocjonalne w okresie menopauzy lub andropauzy. Zaburzenia osobowości. Zły wpływ otoczenia na jednego ze współmałżonków. Małżeństwo nie działa wówczas normalnie. Liczne nieporozumienia, przekora, złe słowa, gniew lub obojętność, sprawiają, że radość ze współmałżonka i poczucie sensowności życia razem niebezpiecznie się redukuje. Trzeba bardzo starać się o to, aby maksymalnie skracać takie stany awaryjne w małżeństwie.  Niechby żona o mężu, jak Dawid o PANU, mogła mówić: Bo tylko chwilę trwa gniew jego, ale życzliwość jego całe życie [Ps 30,6].

Bardzo poważnym przypadkiem trybu awaryjnego w małżeństwie jest brak lub utrata więzi duchowej między mężem i żoną. Gdy jedno ze współmałżonków nie należy do Chrystusa lub traci wiarę – a nadal chce żyć razem – wierzący partner takiego związku siłą rzeczy musi liczyć się z szeregiem ograniczeń w funkcjonalności swego małżeństwa. Jeżeli nawrócenie jednego z partnerów nastąpiło już w trakcie trwania związku i to wywołało stan kryzysowy, to wierząca strona może modlić się o rychłe nawrócenie swego męża lub żony i ma moralne prawo spodziewać się, że kryzys braku jedności duchowej szybko minie.

W trudniejszej sytuacji jest wierząca osoba, która świadomie związała się z niewierzącym partnerem, bagatelizując apostolskie pouczenie, że należy pobierać się w Panu [1Ko 7,39]. W takim przypadku tryb awaryjny związku małżeńskiego może trwać długo. Bóg bowiem może wyznaczyć konkretne lata ponoszenia konsekwencji z tytułu okazanego Mu nieposłuszeństwa. Tak było na przykład z Izraelitami. Według liczby dni, w ciągu których badaliście tę ziemię, a było ich czterdzieści, dzień licząc za rok, będziecie ponosić karę za wasze winy przez czterdzieści lat i doznacie mojej niechęci [4Mo 14,34]. Na szczęście Bóg jest wspaniałomyślny i widząc szczerą pokutę może skrócić ten trudny okres do niezbędnego minimum.

W sytuacji braku jedności duchowej ze współmałżonkiem, osoba wierząca powinna wiernie wykonywać wszystkie funkcje przypisane jej przez Słowo Boże, bo taka jej postawa dobrze rokuje na przyszłość. Podobnie wy, żony, bądźcie uległe mężom swoim, aby, jeśli nawet niektórzy nie są posłuszni Słowu, dzięki postępowaniu kobiet, bez słowa zostali pozyskani, ujrzawszy wasze czyste, bogobojne życie [1Pt 3,1-2].

Mówiąc o awaryjnym trybie związku małżeńskiego nie mogę nie wspomnieć o jego toksyczności, gdy obydwoje partnerzy przestają postępować właściwie i wspólnie schodzą z drogi posłuszeństwa Słowu Bożemu. Jedno staje się wówczas warte drugiego. Nakręcają się wzajemnie w złym nastawieniu do zboru. Razem zaczynają nadużywać alkoholu, kłamać, obmawiać lub kraść. Biblijnym przykładem takiego małżeństwa są Ananiasz i Safira, opisani w piątym rozdziale Dziejów Apostolskich. Jako mąż i żona działali zgodnie i razem, ale ich związek – pomimo przynależności do Kościoła - stał się na tyle toksyczny, że zakończył się nagłą śmiercią obojga.

Mężu i żono! Gdy zaczynasz ulegać jakiemuś grzechowi – masz szczęście, że obok ciebie jest wierzący partner, który dostrzeże twój upadek duchowy i zacznie mu przeciwdziałać. Doceń taką postawę współmałżonka! Bo jeśli – nie daj Boże – zacznie dzielić z tobą twój grzech i razem będziecie się w nim zanurzać, to wasze małżeństwo długo nie pociągnie. Wspólnie popełniany grzech jest awarią w najwyższym stopniu niebezpieczną.

Gdy pewnego razu silnik mojego samochodu na autostradzie w Niemczech przełączył się w stan awaryjny, powiedziano mi, ażebym czym prędzej pojechał do serwisu. Wprawdzie nadal w ograniczonym stopniu mogłem kontynuować jazdę, ale groziło to dalszymi uszkodzeniami i znacznie większymi kosztami naprawy. Tak właśnie jest z małżeństwem w trybie awaryjnym. Nie wolno nam go bagatelizować. Trzeba możliwie najszybciej przejść w tryb naprawczy.

III. STAN MAŁŻEŃSKI W TRYBIE SERWISOWYM (NAPRAWCZYM)

Małżeństwo, które źle funkcjonuje, potrzebuje opamiętania. Trzeba, aby obydwoje, mąż i żona, uznali, że ich związek wymaga naprawy. Być może niektóre błędy będą mogli wówczas usunąć samodzielnie. Wspólna narada, studium Słowa Bożego, decyzja i podjęcie z modlitwą kroków naprawczych zaowocuje powrotem ich małżeństwa do trybu normalności. Ważne, żeby zrobili to w kontakcie z Bogiem, który stworzył instytucję małżeństwa. Konfigurowanie związku mężczyzny i kobiety po swojemu może skończyć się pogorszeniem sytuacji, a nawet całkowitym rozpadem związku. Trzeba im wezwać na pomoc Najwyższego. Każdy bowiem, kto wzywa imienia Pańskiego, zbawiony będzie [Rz 10,13]. Dodajmy, że czasem pomocny może okazać się w tym dobry duszpasterz, ale nie przeceniałbym jego znaczenia. Kilkudziesięcioletnie doświadczenia i obserwacje uczą, że jeżeli małżonkowie nie pokutują i ze swoim problemem nie zwracają się szczerze do Boga, to rozmaite terapie i spotkania duszpasterskie są niczym więcej jak tylko zabawą w kotka i myszkę. Mało tego. Niejeden "duśpasterz" może bardziej zaszkodzić aniżeli pomóc ich małżeństwu.

Gdy jakiś system komputerowy przez jakiś czas pracował w trybie awaryjnym, to zazwyczaj potrzebny mu jest reset do ustawień fabrycznych. Wezwany specjalista serwisu często resetuje urządzenie i niezbędne dla użytkownika parametry ustawia od nowa. Właśnie takiego podejścia do sprawy potrzebują współmałżonkowie, którzy przez jakiś czas męczyli się ze sobą żyjąc w trybie awaryjnym. Trzeba im powrócić do oryginalnych zasad pożycia małżeńskiego, nakreślonych w Słowie Bożym. Po resecie skruchy przed Bogiem i wzajemnego przebaczenia zaczynają na nowo określać i układać wzajemne relacje. Powinni przy tym uważać, bo łatwo mogą wpaść w koleiny wcześniejszych przyzwyczajeń. Jeżeli będą chcieli żyć na nowo, ale po staremu, to tryb awaryjny znowu szybko się im włączy.

Małżeństwo znające przykrość życia w trybie awaryjnym, dużo bardziej uważa, żeby należycie zabezpieczyć się przed ponowną awarią. Każdy bowiem jej powrót gorszy jest od poprzedniej, również i dlatego, że zaczyna zatwardzać serce i nasuwać myśli o wymianie złej połowy na nową. A wtedy wrócilibyśmy do sytuacji opisanej w ewangelii Marka 10,1-12, od której rozpoczęliśmy pierwszą część naszych rozważań o małżeństwie.

Pierwszy z tego cyklu wykład o małżeństwie: Związek jednego ciała
Drugi wykład: Wierność idei jednego ciała

Wierność idei jednego ciała

2017-09-17 - Marian Biernacki

Drugi wykład o małżeństwie

Wierność idei jednego ciała

W poprzednim wykładzie zatytułowanym "Związek jednego ciała" podkreśliliśmy prawdę, że mąż i żona – to jeden człowiek! Lecz na początku stworzenia (Bóg) "uczynił ich mężczyzną i kobietą. Dlatego opuści człowiek swojego ojca i swoją matkę, a połączy się z żoną i będą oboje jednym ciałem" tak że już nie są więcej dwojgiem (ludzi), lecz jednym człowiekiem. Co więc Bóg połączył, niech człowiek nie rozdziela [Mk 10,6-9 w przekładzie Biblii Poznańskiej]. Jak ciało człowieka ma charakter nienaruszalny tak i związek małżeński  jest jednym ciałem. Rozdzielanie tego ciała na połowę jest makabrycznym jego okaleczaniem i uśmiercaniem. Kto się tego dopuszcza grzeszy przeciwko własnemu ciału, żeby nie powiedzieć, że jest samobójcą.

Bardzo potrzebujemy takiego rozumienia jedności w małżeństwie, bowiem zbyt często zdarza nam się podział między małżonkami na "ty – ja" i  "moje – twoje". A przecież jedno ciało nie nosi dwóch portfeli, nie śpi jednocześnie w dwóch różnych łóżkach i nie rozjeżdża się na urlop w dwie różne strony świata. Idea małżeństwa jako "jednego człowieka" oznacza, że w danej chwili myślimy i działamy zgodnie, że nikt nie nazywa swoim tego, co posiada, ale wszystko jest wspólne. Wspólna także jest nasza odpowiedzialność za nienaruszalność "jednego ciała".  Jak to robić?

Mamy w Piśmie Świętym dwa fundamentalne wskazania gwarantujące pełny sukces związku małżeńskiego.  Bądźcie względem siebie nawzajem ulegli z szacunku dla Chrystusa. Żony, ulegajcie swym mężom jak Panu. Bo mąż jest głową żony, tak jak Chrystus Głową Kościoła – On jest Zbawcą Ciała. Toteż jak Kościół ulega Chrystusowi, żony niech to czynią względem mężów, we wszystkim. Mężowie natomiast, kochajcie swoje żony, tak jak Chrystus ukochał Kościół. On wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić po oczyszczeniu przez kąpiel wodną w Słowie. Chciał przez to przygotować sobie Kościół godny chwały, bez plam i zmarszczek lub czegoś w tym rodzaju, ale święty, niczym nie skalany. Podobnie mężowie niech kochają swoje żony – tak, jak własne ciała. Kto kocha swoją żonę, kocha samego siebie. Nikt przecież swego ciała nie ma w nienawiści, raczej je karmi i chroni – tak, jak Chrystus Kościół. Jesteśmy bowiem członkami Jego Ciała. Właśnie dlatego opuści człowiek ojca i matkę, połączy się ze swą żoną i będzie z nią jednym ciałem. Jest to wielka tajemnica – odnoszę to do Chrystusa i Kościoła. Niech zatem każdy z was kocha swoją żonę jak samego siebie, a żona niech swojego męża ma w poszanowaniu [Ef 5,21-33].

ZADANIE MĘŻA

Mąż ma miłować żonę tak, jak Chrystus Kościół. To znaczy jak?  Chrystus wydał za Kościół samego Siebie.  Bądźcie względem siebie tacy jak Chrystus Jezus. On, choć istniał w tej postaci, co Bóg, nie dbał wyłącznie o to, aby być Mu równym. Przeciwnie, wyrzekł się siebie… [Flp 2,5-9]. Miłość rozpoznaliśmy po tym, że On oddał za nas swoje życie [1J 3,16]. Mąż nie ma zajmować się bronieniem swojej pozycji. Naśladując Chrystusa w Jego miłości do Kościoła ma dla dobra żony wyrzekać się swoich praw i wszystko poświęcać dla niej, nie stawiając w tym żadnej granicy.

Chrystus przyjął względem Kościoła tę postawę, aby go uświęcić po oczyszczeniu przez kąpiel wodną w Słowie. Mowa tu o złożonym i długotrwałym procesie, a zwłaszcza o atmosferze, w jakiej ten proces się odbywa. Nasz Pan cierpliwie oczyszcza nas kąpielą wodną w Słowie w atmosferze miłości. Liczy się tu nie tylko sama woda ale i miejsce, w którym kąpiel się odbywa. Można człowieka myć pod silnym strumieniem zimnej wody, ale jeśli się go kocha, to urządza mu się przyjemną kąpiel w wannie. Mąż w miłości do żony nie uświęca jej zimnym prysznicem wersetów biblijnych i szorstkich uwag. Potrafi zadbać o to, aby to była przyjemna kąpiel. Jego mowa do żony jest zawsze uprzejma, zaprawiona solą [Kol 4,6]. Unika gorzkich słów. Mężowie, miłujcie żony swoje i nie bądźcie dla nich przykrymi [Kol 3,19]. Taka metoda oczyszczania przynosi pożądany skutek. Wy jesteście już czyści dla słowa, które wam głosiłem [J 15,3].

Kolejnym aspektem miłości Chrystusa do Kościoła jest to, że On sam przygotowuje sobie Kościół godny chwały, bez plam i zmarszczek lub czegoś w tym rodzaju, ale święty, niczym nie skalany. Tego zadania Syn Boży nie zleca, nie oddaje w niczyje ręce. Osobiście zajmuje się nami, aby sam sobie przysposobić Kościół pełen chwały. Podobnie mąż, dostrzegając niedoskonałości charakteru swojej żony nie idzie z tym problemem do duszpasterza, psychologa, ani tym bardziej, do jej mamusi. Nie żąda, aby ktoś zajął się jego żoną i skorygował jej zachowanie. On sam ją sobie przysposabia. Miłując ją – jak Chrystus miłuje Kościół – mąż cierpliwie wpływa na żonę i "urabia" ją tak, aby miło i zgodnie się im żyło.

Przypatrując się miłości Chrystusa do Kościoła widzimy także, że On karmi go i chroni. Tak jest. Nasz Pan obdarowuje nas wszystkim co jest potrzebne do życia i pobożności i zapewnia nam poczucie bezpieczeństwa. Jeśli Bóg za nami, któż przeciwko nam? [Rz 8,31]. Wzorowana tym miłość męża do żony oznacza jego stałą troskę o zaspokajanie potrzeb żony i zapewnianie jej poczucia bezpieczeństwa.

Jezu, Jezu, Jezu, Twa miłość me serce zdobyła… - śpiewamy naszemu Panu, poruszeni ogromem okazanej nam łaski i wspaniałomyślnością z Jego strony. Miłość Pana Jezusa kruszy najtwardsze serca i je całkowicie przemienia. Tak też miłość męża zdobywa serce żony! Rzadko się zdarza, aby kobieta pozostała niewrażliwa na prawdziwą miłość.

Niech postawa Chrystusa Pana każdemu mężowi codziennie świeci przykładem, bo jego rolą jest miłować żonę tak, jak Chrystus umiłował Kościół. A jakie zadanie Słowo Boże wyznacza żonie?

ZADANIE ŻONY

Trzy razy Biblia mówi, że żona ma ulegać mężowi tak, jak Kościół Chrystusowi [Ef 5,22; Kol 3,18; 1Pt 3,1]. Innymi słowy, ma podporządkowywać się mężowi, jak Kościół Chrystusowi. Ktoś zapyta, który Kościół? Wiele złych, mylących i sprzecznych sygnałów płynie dzisiaj z Kościoła. Współczesny kościół zdaje się być coraz bardziej niezależny od Boga. Coraz mniej liczący się z Chrystusem. Coraz bardziej samowolny. Coraz mniej miłujący Chrystusa. Wzorować się więc należy na Kościele czasów apostolskich!

Przypatrując się Kościołowi opisanemu w Dziejach Apostolskich każda chrześcijanka z pewnością zauważy, że odnosił się on do Chrystusa Pana z wielkim respektem. Tymczasem kościół, budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem po całej Judei, Galilei i Samarii, i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się [Dz 9,31]. Podkreślona tu bojaźń Pańska, to rozmiłowane w Chrystusie serca pierwszych chrześcijan, drżące w świętym respekcie i szacunku, aby swego Pana w żaden sposób nie zasmucić. Taka też ma być chrześcijanka w stosunku do swego męża. Ma się do niego odnosić z respektem i poszanowaniem. Nie ma dla męża nic ważniejszego ponad to, aby żona go szanowała i żeby nie stawiała przy tym swoich warunków. A żona niech swojego męża ma w poszanowaniu.

Pierwsi chrześcijanie podlegali Chrystusowi ochotnie i z radością. Nie ociągali się w pełnieniu Jego woli. Nie ciążyły im przykazania Chrystusowe. Na tym bowiem polega miłość ku Bogu, że się przestrzega przykazań jego, a przykazania jego nie są uciążliwe [1J 5,3]. Dla Chrystusa byli gotowi na wszystko. Ja przecież gotów jestem nie tylko dać się związać, lecz i umrzeć w Jerozolimie dla imienia Pana Jezusa [Dz 21,13]. Podporządkowywać się woli Pana to dla chrześcijan najwyższy zaszczyt i radość. Podobnie chrześcijanka, podporządkowuje się swojemu mężowi nie dlatego, że musi, ale dlatego, że tego chce. Odkrywanie woli męża i wychodzenie naprzeciw jego oczekiwaniom sprawia jej autentyczną radość. Nie karmi przy tym w sobie samoświadomości tego ulegania. Nie wylicza mężowi ile to już razy podporządkowała się i zrobiła coś ze względu na niego. Jest zajęta nie tyle tym, ile ją to kosztuje, co bardziej tym, jak bardzo jest w ten sposób pomocna i miła dla swojego męża.

Kościół podlega Chrystusowi we wszystkim. Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy [Rz 14,7-8]. Wobec powyższego nie ma w Kościele żadnej tzw. rozsądnej granicy uległości względem Chrystusa. Każda Jego objawiona w Piśmie Świętym wskazówka jest dla nas rozkazem. Podlegamy naszemu Panu bezgranicznie. Podobnie żona w swej uległości mężowi nie stawia żadnych granic. Oczywiście mówimy o uległości mężowi, który wierzy w Jezusa Chrystusa. Nie mamy na myśli takiej sytuacji, że mąż jest złodziejem i chce, aby żona w nocy pomogła mu obrabować sąsiadów. To nie byłaby uległość wzorowana na relacji Chrystusa i Kościoła.

Tak oto Biblia daje mężowi i żonie po jednym, podstawowym zadaniu. On ma kochać żonę tak, jak Chrystus Kościół, a ona ma ulegać mężowi, jak Kościół Chrystusowi. Bardzo ważne jest, aby obydwoje skupili się na robieniu swego. Dość powszechnym błędem współmałżonków jest monitorowanie tego, jak partner wywiązuje się ze swojej powinności. To zatruwa duszę i prowadzi do napięć w małżeństwie. Koniecznie trzeba, aby mąż i żona byli skupieni na swoim zadaniu i aby swe role pełnili jednocześnie. Bez równego rozłożenia starań o małżeństwo nie może być mowy o pełnym sukcesie.

Pozwólcie, że posłużę się ilustracją dwukonnego zaprzęgu. Bywa, że przy źle wyregulowanych elementach uprzęży – jeden koń męczy się, a drugi próżnuje. Wóz wprawdzie jedzie, ale kosztem nadmiernego wysiłku jednego z nich. Nic dziwnego, że w pewnym momencie się zatrzymuje. Stąd ważna jest regulacja postronków i zastosowanie tzw. sztelwagi tj. dodatkowego orczyka pokazującego woźnicy, czy obydwie strony są jednakowo obciążone. Jeżeli któryś z koni się ociąga, trzeba go pobudzić do zrównania współodpowiedzialności za ciągnięty ciężar. Bóg po to wyznaczył mężowi i żonie opisane wyżej role w małżeństwie, aby obydwoje jednakowo przykładali się do ich spełniania.

Trwanie w Chrystusie domaga się od współmałżonków wierności idei jednego ciała. W kolejnym odcinku zajmiemy się kilkoma praktycznymi tego aspektami.

Związek jednego ciała

2017-08-30 - Marian Biernacki

O nierozerwalności małżeństwa i problemie rozwodów

Związek jednego ciała

Ponieważ miesiąc wrzesień w naszej społeczności oznacza serię kilku uroczystości ślubnych, a z drugiej strony, docierają do nas smutne informacje o rozpadzie małżeństw już zawartych i rosnącej w środowiskach ewangelicznych łatwości rozwodów, chcę ponownie przypomnieć, że Pismo Święte stoi na stanowisku nierozerwalności związku małżeńskiego. Oto klasyczna wypowiedź naszego Pana, Jezusa Chrystusa w tym temacie:

Gdy stamtąd wyruszył, przyszedł w granice Judei i Zajordania. I znów schodziły się do Niego tłumy, a On – jak to było w Jego zwyczaju – znów je uczył. Wtedy podeszli do Niego faryzeusze i, wystawiając Go na próbę, postawili pytanie: Czy wolno mężowi rozwieść się z żoną? A On odpowiedział: Co wam nakazał Mojżesz? Oni na to: Mojżesz zezwolił napisać oświadczenie rozwodowe i rozwieść się. Wówczas Jezus oświadczył: Przez wzgląd na upór waszych serc dał wam takie prawo. Jednak od początku Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę. Dlatego człowiek opuszcza swego ojca i matkę, łączy się ze swoją żoną, i ci dwoje stają się jednym ciałem. Tak więc nie ma już dwojga – jest jedno ciało. Co zatem Bóg połączył, człowiek niech nie rozdziela. Po powrocie do domu uczniowie znów Go o to zapytali. Wówczas im powiedział: Kto się rozwodzi z żoną i poślubia inną, cudzołoży względem niej. I jeśli żona rozwodzi się z mężem i poślubia innego mężczyznę – cudzołoży [Mk 10,1-12].

Proszę na marginesie zwrócić uwagę, że już w czasach Jezusa pytanie o dopuszczalność rozwodu było z kategorii "wystawiania na próbę". Tak najczęściej bywa i dzisiaj. Problematyka jest bowiem złożona i za każdym razem inna. Ponadto, dość często pytania w tym zakresie padają nie tyle z ust osób osobiście przeżywających trudności w małżeństwie, co bardziej z ust rozmaitych "uczonych w piśmie i faryzeuszy", którzy mając w głowie gotowy już pogląd, ustalają sobie jedynie, kto jeszcze myśli tak samo "poprawnie" jak oni.

W odczytanym fragmencie Słowa Bożego Pan Jezus wyraźnie ogłosił, że stoi na stanowisku nierozerwalności związku małżeńskiego. Tak więc nie ma już dwojga – jest jedno ciało. Co zatem Bóg połączył, człowiek niech nie rozdziela. Słowa Jezusa doskonale wpisują się w poselstwo ostatniego z proroków Starego Przymierza, wypowiedziane przed okresem tzw. "wielkiego milczenia": A to kolejna rzecz, której się dopuszczacie: Zraszacie łzami ołtarz Pana; płaczecie i narzekacie że już nie zwraca się On ku ofierze i nie przyjmuje dobrowolnych darów z waszych rąk. I pytacie: Dlaczego? Otóż dlatego, że Pan był świadkiem między tobą a żoną twej młodości, której nie dochowałeś wierności, choć ona była twą towarzyszką i żoną przymierza z tobą. Czy nie Jeden [ją] dla niego stworzył z ciała i ducha? A czego pragnie ten Jeden? Potomstwa Bożego! Strzeżcie tego zatem w waszym duchu i niech nikt nie będzie niewierny żonie swojej młodości! Gdyż nienawidzę jej oddalania – mówi Pan, Bóg Izraela. [Kto to czyni,] okrył gwałtem swą szatę! – mówi Pan Zastępów. Strzeżcie tego zatem w waszym duchu i nie bądźcie niewierni! [Ml 2,13-16].

Jak z pewnością zauważyliśmy, rozmówcy Jezusa powołali się na fragment Tory. Jeśli ktoś pojmie kobietę i zostanie jej mężem, a zdarzy się, że nie znajdzie ona łaski w jego oczach, gdyż znalazł w niej coś wstydliwego, to wypisze jej list rozwodowy, wręczy go jej i odprawi ją ze swojego domu, ona zaś opuści jego dom i odejdzie. A jeśli wyjdzie za mąż powtórnie i jej następny mąż też ją znienawidzi, wypisze jej list rozwodowy, wręczy go jej i odprawi ją ze swojego domu – lub jeśli ten następny mąż umrze –  to pierwszy mąż, ten, który ją odprawił, nie będzie mógł ponownie pojąć jej za żonę, po tym, jak została pohańbiona, ponieważ jest to obrzydliwością przed Panem. Nie sprowadzaj więc grzechu na ziemię, którą Pan, twój Bóg, daje ci w posiadanie [5Mo 24,1-4].

Czy jednak powyższa instrukcja stanowi Boże poparcie dla idei rozwodu? Oto jak zacytowaną na początku rozmowę, zrelacjonował św. Mateusz: Wówczas zapytali: Dlaczego więc Mojżesz zezwolił napisać oświadczenie rozwodowe  i rozstać się z nią? Jezus odpowiedział: Mojżesz pozwolił wam rozwodzić się z żonami ze względu na upór waszych serc, jednak na początku tak nie było. Mówię wam natomiast: Kto się rozwodzi z żoną, z innego powodu niż nierząd, i poślubia inną kobietę – cudzołoży. Wtedy odezwali się uczniowie: Jeśli tak mają wyglądać stosunki męża i żony, to nie warto się żenić. Nie wszyscy pojmują tę sprawę – odpowiedział Jezus – jedynie ci, którym jest to dane. Są tacy, którzy nigdy nie wstąpią w związki małżeńskie, gdyż takimi się urodzili; są inni, którzy tego nie uczynią, bo tej możliwości pozbawili ich ludzie; ale są też tacy, którzy nie wstąpią w związki małżeńskie, gdyż ze względu na Królestwo Niebios sami tak postanowili. Kto jest w stanie to pojąć, niech pojmuje [Mt 19,7-12].

Odwiecznym problemem - nie tylko w sferze małżeńskiej -  jest zatwardziałość ludzkiego serca. Żadne małżeństwo nie przetrwa, gdy współmałżonkowie upierają się przy swoim. W obliczu takiego uporu nawet sam Bóg dał w końcu list rozwodowy. Pomyślałem: Wyszaleje się i wróci do Mnie – ale nie wróciła. Przyglądała się temu jej niewierna siostra, Juda. Widziała, że za wszystkie cudzołóstwa odprawiłem odstępczynię Izrael, wręczając jej list rozwodowy. A jednak nie przestraszyło to niewiernej Judy, jej siostry. Odeszła i także zaczęła się nurzać w nierządzie! Odstępczyni Izrael uprawiała swój nierząd bez najmniejszych skrupułów, zbezcześciła tę ziemię, cudzołożąc z kamieniem i drewnem! Pomimo to jej niewierna siostra Juda nie powróciła do Mnie, to znaczy nie powróciła szczerym sercem, a jedynie obłudnie – oświadcza Pan. I powiedział Pan do mnie: Jeśliby porównać, to już odstępczyni Izrael jest sprawiedliwsza niż niewierna Juda [Jr 3,7-11].

Do naprawienia relacji potrzebna jest zmiana serca. Dopiero wtedy ludzie potrafią okazywać miłość, cierpliwie znosić przeciwności, przebaczać sobie nawzajem, słowem – zgodnie żyć wg zasad Słowa Bożego. Dam wam serce nowe, nowego ducha włożę w wasze wnętrza. Usunę z was serce kamienne, a dam wam serce mięsiste. Mojego Ducha włożę w wasze wnętrze i sprawię, że będziecie postępować według moich ustaw, będziecie przestrzegać moich praw i stosować je [Ez 36,26-27]. Niestety, ludzie wciąż dopuszczają się grzechu rozwodu. Co w tej sytuacji można im powiedzieć?  Powiedziano też: Kto się rozwodzi z żoną, niech jej wręczy oświadczenie rozwodowe. Ja wam natomiast mówię: Każdy, kto się rozwodzi z żoną, pomijając przypadek nierządu, naraża ją na cudzołóstwo, a kto by rozwiedzioną poślubił – cudzołoży [Mt 5 31-32]. Jeśli jednak niewierzący mąż chce odejść, niech odejdzie. Brat lub siostra nie są w tym przypadkach zniewoleni. Bóg przecież powołał was do życia w pokoju. Bo skąd wiesz, żono, że zbawisz swego męża? Albo skąd wiesz, mężu, że zbawisz swoją żonę? [1Ko 7,15-16].

Jak wynika z powyższych fragmentów Pisma, Biblia nie jednakowo obciąża współmałżonków winą za rozpad ich związku. Osoba zdradzona lub porzucona z powodu wiary w Jezusa Chrystusa nie jest przez to napiętnowana mianem "rozwodnika" i w świetle Słowa Bożego już na zawsze skazana na samotne życie. A jeśli wyjdzie za mąż powtórnie i jej następny mąż… - przeczytaliśmy w Księdze Powtórzonego Prawa. Powtórne wyjście za mąż kobiety oddalonej listem rozwodowym najwidoczniej było dopuszczalne i uznawane w Prawie Bożym.

Sformułowane w środowiskach purytańskich Westminsterskie Wyznanie Wiary z 1646 roku, w rozdziale 24 poruszającym zagadnienie małżeństwa, w pkt. piątym i szóstym brzmi następująco:
"Odkrycie faktu cudzołóstwa jednej ze stron po zaręczynach jest wystarczającym powodem do ich zerwania. Cudzołóstwo po ślubie daje prawo niewinnej stronie zażądania rozwodu, a po rozwodzie ponownego małżeństwa, tak jakby winna strona umarła.
Chociaż zepsuta natura ludzka waży się szukać najrozmaitszych przyczyn, aby bezprawnie rozłączyć tych, których Bóg połączył w małżeństwie, jednak tylko cudzołóstwo, albo porzucenie są wystarczającymi przyczynami rozwiązania małżeństwa. Należy wtedy sprawę przeprowadzić publicznie i zgodnie z prawem, nie pozostawiając stronom możliwości działania według własnego uznania".

Biblia mówi, że małżeństwo to połączenie męża i żony w jedno ciało. Żadne ciało po rozcięciu na pół nie będzie nadal żyło. Naruszanie nierozerwalności tego ciała zawsze sprowadza konsekwencje. Już choćby wg prawa państwowego wiadomo, że ludzkie ciało podlega ochronie. Artykuł 217 kodeksu karnego mówi: "Kto uderza człowieka lub w inny sposób narusza jego nietykalność cielesną, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku". Skoro nawet świeckie prawo stoi na straży nietykalności cielesnej, to cóż dopiero, gdy w grę wchodzi świętość jednego ciała, którym jest małżeństwo?!  Czy da się zgarnąć do zanadrza ogień i nie spalić przy tym odzienia? Czy można chodzić po żarze i nie poparzyć sobie stóp? Podobnie jest z tym, kto zachodzi do żony bliźniego: Nikt, kto jej dotyka, nie ujdzie bez kary! [Prz 6,27-29].

Nauka apostolska z całą surowością zakazuje inicjatywy prowadzącej do zerwania węzłów małżeńskich: Tym z kolei, którzy żyją w małżeństwie, podaję nakaz – nie mój, lecz Pański: Niech żona nie odchodzi od męża. A jeśli odeszła, niech pozostanie niezamężna albo niech się pojedna z mężem. Podobnie niech mąż nie porzuca żony [1Ko 7,10-11]. Kto lekceważy ten nakaz Pański, niech wie, że naraża się na sąd Boży.

Co ma zrobić chrześcijański współmałżonek, który został przez swego partnera zdradzony lub opuszczony?  Chociaż grzech cudzołóstwa męża lub żony stanowi biblijną podstawę do rozwodu – to jednak wierzący, mąż czy żona – w odpowiedzi na skruchę i opamiętanie partnera – powinni przebaczyć i trwać w małżeństwie. A co, jeśli tej skruchy brakuje i małżeństwa nie da się już uratować? Chociaż porzucenie z powodu grzechu wszeteczeństwa lub z powodu wiary w Jezusa – daje porzuconemu wierzącemu współmałżonkowi możliwość zawarcia nowego związku małżeńskiego – nauka apostolska radzi, że byłoby dla niego dobrze w tej sytuacji – całą energię skierować na podobanie się Bogu i służbę na rzecz Królestwa Bożego. Chcę, abyście byli wolni od trosk. Ten, kto nie ma żony, troszczy się o sprawy Pana, o to, jak przypodobać się Panu. A ten, kto ma żonę, troszczy się o sprawy świata, jak dogodzić żonie –  i żyje w rozdarciu. Również kobieta niezamężna, podobnie jak dziewica, troszczy się o sprawy Pana, chce zachować świętość ciała oraz ducha. Mężatka natomiast troszczy się o sprawy świata, chce dogodzić mężowi. Mówię to wszystko dla waszej własnej korzyści, nie po to, by zarzucać wam na szyję jakąś pętlę. Zależy mi na tym, aby nic wam nie przeszkadzało żyć dla Pana w piękny i pełen poświęcenia sposób [1Ko 7, 32-35].

Dodajmy, że rozwód, lub nawet już sam brak zgody w małżeństwie, kładzie się cieniem na nasze życie i zawsze ogranicza nas w posłudze duchowej. Mówią o tym między innymi biblijne kwalifikacje starszych i diakonów. Sługa Boży, który chce innych nauczać, sam - także w tej dziedzinie - powinien być bez zarzutu. Zbór nie powinien wszakże na osoby, które poniosły fiasko w małżeństwie, zamykać się w ogóle. Gdzież, jak nie w zborze Pańskim, osoby zranione, odrzucone i naznaczone piętnem rozwodu, miałyby znaleźć miłość, zrozumienie oraz oparcie moralne i duchowe? Gdzież, jak nie wśród chrześcijan, osoby które w przeszłości zgrzeszyły, po nawróceniu miałyby szukać przebaczenia, przyjaźni i poczucia przydatności? Biblijny zbór ma być i jest "miastem schronienia" dla wszystkich pokutujących grzeszników, w tym również dla rozwodników. Mądrość tego schronienia polega wszakże na tym, aby każdemu wyznaczyć w zborze stosowne miejsce i rolę.

Na koniec, słowo apostolskie, które bardzo dobrze podsumowuje nasze rozważanie: Uważam, że w obliczu obecnych trudności najsłuszniej byłoby trzymać się takiej zasady: Związałeś się z żoną? Nie szukaj rozwodu. Przestałeś być związany z żoną? Nie szukaj żony. Jeśli jednak się ożeniłeś, nie zgrzeszyłeś. Podobnie jeśli któraś z dziewczyn wyszła za mąż, nie zgrzeszyła. Takich jednak czeka wiele trudności codziennych, a ja chciałbym wam tego oszczędzić [1Ko 7, 26-28].
Marian Biernacki

PS. O tym, jak pielęgnować relacje małżeńskie i trzymać swe serce z daleka od stanu, w którym nasuwałaby się myśl o rozwodzie – już wkrótce.

Lekcja

2017-08-23 - Jarosław Wierzchołowski

Pożegnanie brata Mikołaja Jakoniuka

Lekcja
Dzisiaj pożegnaliśmy nestora naszego zboru, brata Mikołaja Jakoniuka. I jak na chrześcijan przystało nie smuciliśmy się wcale z tego powodu, wiedząc na podstawie słów Jezusa, że nasz brat jest już z Panem. Ręczę i zapewniam, kto słucha mego Słowa i wierzy Temu, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie czeka go sąd, ale przeszedł ze śmierci do życia. [Ewangelia Jana 5:24] Ale mimo to ilość łez wylanych w zborze w czasie okolicznościowego nabożeństwa napełniłaby pewnie sporo szklanek a mokre chusteczki wypełniły zapewne kosze na śmieci. Dlaczego? Nad czym zatem płakaliśmy?
  Wspomnienia bardzo wielu członków zboru, osób bliskich zmarłemu i rodziny pokazały nam w pełni kogo straciliśmy. Zobaczyliśmy, że brat Mikołaj (dla najbliższych Kola) w naszej pamięci zapisał się jako człowiek łagodny, cichy, pełen miłości, ciepła, delikatności i szczególnego, pełnego ciepła poczucia humoru. Nieskory do oceniania i potępiania, służący pomocą, życzliwy, ujmujący pełnymi miłości gestami. A nade wszystko przepełniony miłością do Boga, traktujący Słowo Boże jako oczywistą, nienaruszalną, niekwestionowaną i niekwestionowalną podstawę życia, rozśpiewany dla Pana. Jak można nie płakać tracąc kogoś takiego?
  Płakaliśmy zatem nie dlatego, że nasz brat odszedł i nie wiadomo co z nim dalej się dzieje. Płakaliśmy bo uświadomiliśmy sobie w pełni kogo straciliśmy. Ale to nie wszystko. Myślę, że dzisiejsza uroczystość była też doskonałą lekcją, w czasie której można było skonfrontować swoje zachowanie, swoje przymioty z tym, o czym słyszeliśmy od wspominających osób. Czy jestem też taki? Czy choćby jedna osoba mogłaby powiedzieć o mnie choćby jedno z tych wielu zdań, które padały zza kazalnicy? No i jak tu nie zapłakać (nad sobą)?
  Przecież nam, noszącym dumnie imię chrystusowe nie zależy na tym, by zyskać laurkę na pogrzebie. I nikt takiej laurki nie tworzy bo wie, że nie ma takiej potrzeby. Chodzi o coś daleko ważniejszego – o podobieństwo do Chrystusa. Dzisiaj zobaczyłem jak bardzo w bracie Mikołaju uwidaczniał się Jego obraz. Wystarczy jeszcze raz sięgnąć do listy cech wymienianych we wspomnieniach. Niech będzie Mu za to chwała, że uwielbił się w życiu Mikołaja!
  Tak często mamy problem ze słowami apostoła Pawła: Bądźcie moimi naśladowcami, jak ja jestem naśladowcą Chrystusa. [1 List Pawła do Koryntian 1:11]. Wydaje mi się, że mnie dzisiejsza uroczystości wiele tutaj wyjaśniła.
 Bracia, bądźcie moimi naśladowcami — wszyscy, razem wzięci. Bierzcie przykład z osób postępujących według wzoru, który widzicie w nas. [List Pawła do Filipian 3:17]

Potrzeba przypływu dobrych emocji

2017-08-10 - Marian Biernacki

Jakim zborem pragniemy być?

Potrzeba przypływu dobrych emocji

Chcę w tym tekście zmierzyć się z postawą obojętności w naszym środowisku. Są sprawy, w których obojętni nie jesteśmy. Gdy w grę wchodzi osobista krzywda lub strata, prywatny interes lub zysk materialny – wówczas uaktywniamy się i walczymy o swoje. W sprawach wiary natomiast zachowujemy daleko idącą powściągliwość, żeby nie powiedzieć obojętność. Czy nasi bliscy będą zbawieni? Czy i kiedy będzie zrobione to, co wg Biblii zrobić należy? Czy bracia i siostry będą dziś zbudowani naszym zachowaniem? Czy ludzie w potrzebie uzyskają stosowną pomoc? Czy Bóg ma chwałę z naszego życia? Do tego rodzaju pytań zbyt często podchodzimy bez cienia emocji.

Emocje odgrywają w życiu człowieka ogromną rolę. Nieraz mamy nieprzyjemność patrzenia na skutki działania nieokiełznanej siły złych emocji. Gdy w kimś do głosu dochodzi nienawiść, zemsta czy pożądliwość – wówczas w rezultacie mamy ból, zniszczenie, niezgodę, głębokie rany, destrukcję i śmierć. Lecz uwaga! Istnieją również emocje pozytywne. Gdy w człowieku zaczyna brać górę miłość, współczucie, poczucie odpowiedzialności, dobre chęci lub np. święte oburzenie – wówczas wokoło zaczyna przeważać dobro. Serce moje wezbrało miłym słowem [Ps 45,2] głosi pieśń synów Koracha, co z pewnością okazało się przyjemne dla całego ich otoczenia.

Zauważmy, że w człowieku pobudzonym emocjonalnie pojawia się siła, której normalnie on nie posiada. Słyszałem kiedyś o rolniku, który w pojedynkę uniósł bok traktora, by wyciągnąć spod niego swojego syna. W uniesieniu emocjonalnym gotowi i zdolni jesteśmy do niezwykłych czynów, heroicznego wysiłku a nawet do szaleństwa. Dlatego gwałtowny przypływ złych emocji koniecznie trzeba czym prędzej łagodzić i studzić. To oczywiste. Mniej natomiast oczywiste zdaje się być to, co należy robić z brakiem dobrych emocji. Ich deficyt bowiem zbyt często przechodzi w naszym środowisku bez echa i jakiejkolwiek próby ich stymulacji. A na drodze wiary i naśladowania Jezusa pozytywne emocje są nam bardzo potrzebne. Zbór, którego członkowie wyrzekają się wszelkich emocji zaczyna przypominać cmentarz. Jest w nim wprawdzie spokój i porządek, lecz brakuje oznak życia.

Spójrzmy przez chwilę na naszego Pana, Jezusa Chrystusa. W Jego ziemskim życiu i służbie pełno było  emocji – dobrych, ma się rozumieć, bo On grzechu nie popełnił [1Pt 2,22] – co owocowało licznymi cudami i chwałą dla Boga.  I spojrzał na nich z gniewem, zasmucił się z powodu zatwardziałości ich serca, i rzekł owemu człowiekowi: Wyciągnij rękę! I wyciągnął, i ręka jego wróciła do dawnego stanu [Mk 3,1-5]. A wyszedłszy, ujrzał mnóstwo ludu i ulitował się nad nimi, że byli jak owce nie mające pasterza, i począł ich uczyć wielu rzeczy [Mk 6,34-37]. Wtedy Jezus spojrzał nań z miłością i rzekł mu: Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie [Mk 10,21].

Jezus Chrystus zostawił nam wzór wielkiej żarliwości o sprawy Królestwa Bożego na ziemi. Nie potrafił obojętnie patrzeć na zło, które przedostało się nawet do świątyni. Wtedy uczniowie jego przypomnieli  sobie, że napisano: Żarliwość o dom twój pożera mnie [J 2,17]. Zauważoną w Jezusie postawę uczniowie skojarzyli z treścią Psalmu, gdzie Duch Chrystusowy modlił się ustami Dawida: Stałem się obcym dla moich braci, cudzoziemcem dla synów mej matki, bo żarliwość o Twój dom mnie pochłania… [Ps 69,9-10]. Jezus napełniony Duchem Świętym nie potrafił już dłużej myśleć przede wszystkim o tym, żeby np. pielęgnować relacje rodzinne. Gorliwość o Królestwo Boże tak Go opanowała, że inne sprawy poszły w kąt, a przynajmniej na drugi plan. Na całego zajął się pełnieniem woli Ojca.

Bracia i Siostry! Potrzebujemy więcej pozytywnych emocji w naszym zborze. Nieraz obserwujemy, a nawet sami okazujemy emocje na stadionach i koncertach. Skąd pomysł, że nie powinno ich być w kościele? Pomyślmy, jakiej Oblubienicy pragnie Jezus Chrystus? Rozumnej? Tak! Statecznej? O, tak! Ale również On pragnie Oblubienicy żarliwej w miłości i oddaniu się Jego sprawie na ziemi. W zapale bądźcie niestrudzeni, duchem płomienni, w Panu – gotowi do służby! [Rz 12,11] – wzywa nas Słowo Boże.

Jakiego zboru pragniemy? Ludzi, którym jest wszystko jedno? Społeczności ludzi o bezpłciowym wyrazie twarzy, którzy bez okazywania jakichkolwiek emocji potrafią przesiedzieć całe nabożeństwo? Rozumiem, że ktoś z natury może być powściągliwy w okazywaniu uczuć i emocji. Czasem może się zdarzyć, że mamy za sobą przeżycia, które skutecznie ograbiły nas z uśmiechu. Rzecz w tym, żebyśmy – ze względu na naszego Pana – przez całe dni nie pozostawali w stanie emocjonalnego bezruchu i apatii. Trzeba nam więcej dobrych emocji w codziennym życiu i na wspólnych spotkaniach!

Jak można zmienić atmosferę własnego serca i uwolnić się od stagnacji w życiu duchowym? Rozpaliło się we mnie serce, gdy rozmyślałem, zapłonął ogień [Ps 39,4] – podpowiada nam Słowo Boże. "Zapłonął ogień" to hebrajski idiom mówiący, że wzmogły się we mnie emocje. Zacznijmy więcej rozmyślać o naszym Zbawicielu i okazanej nam łasce Bożej. Częściej myślmy o naszych kochanych braciach i siostrach, którzy tak wiernie trzymają się Słowa Bożego i pracują dla Pana. Porozmyślajmy o tym, co moglibyśmy zrobić dla chwały Bożej i ratowania zgubionych dusz? Zacznijmy bardziej zachodzić w głowę, jak przeciwstawić się grzechowi, który okrada nas z radości, czasu i pieniędzy, które moglibyśmy spożytkować dla Królestwa Bożego. Poddajmy swe myśli Duchowi Świętemu i zacznijmy marzyć o tym, co będzie się działo, gdy On stale nas będzie napełniał.

Gdy tak będziemy rozmyślać, na pewno i w nas zapłonie ogień…

Czy mi was brakuje?

2017-07-17 - Marian Biernacki

Z dzisiejszej lektury Pisma Świętego

Czy mi was brakuje?

Lipiec to bardzo dobra pora na zadumę nad rzeczywistym związkiem z braćmi i siostrami z miejscowego zboru. Myśli te nasuwają się niemal same, gdy podczas nabożeństwa widzę puste krzesła z powodu wakacyjnych wyjazdów osób, które normalnie każdej niedzieli je zajmują. Dlaczego aż tak bardzo odczuwam ich nieobecność? Przecież wiem, gdzie są i kiedy wrócą. A jednak przerzedzonych szeregów zborowników nie potrafią mi zrekompensować nawet najwspanialsi goście, którzy w sezonie często biorą udział w naszych nabożeństwach. Niczego i nikogo tak nie pragnę, jak widoku "swoich". Cieszę się z każdego przybysza, który chce z nami wielbić Boga i rozważać Słowo Boże, ale najcenniejszym towarzystwem są dla mnie domownicy wiary. 

Czytany dziś przeze mnie Psalm 16 wskazuje na swego rodzaju prawidłowość moich uczuć do miejscowych zborowników. Mówię do Jahwe: Jesteś moim Panem! Nie mam żadnego dobra ponad Ciebie. Do świętych, którzy są w Jego ziemi, jak silne uczynił moje upodobanie do nich [Ps 16,2-3]. Tak jest. Nikt i nic nie równa się z Bogiem! On jest godzien chwały i najwyższego podziwu z mojej strony. Wszakże bracia i siostry w Chrystusie - jako najbliżsi współwyznawcy - są nieodłączną częścią mojej dobrej społeczności z Bogiem. Co do świętych, którzy są w tej ziemi, są wspaniali i są mą rozkoszą (wg Biblii Ewangelicznej). Każda wdowa, każde dziecko, każdy mężczyzna itd. - niezależnie od tego, kim są według ciała - są dla mnie wspaniali i pragnę ich towarzystwa. Nieobecność kogokolwiek z nich w niedzielnym zgromadzeniu to dla mnie duży niedosyt. 

Wiem, że w moich uczuciach względem braci i sióstr nie jestem odosobniony. Każdy normalny chrześcijanin, który wyjedzie na urlop lub do sanatorium i przez dwie, trzy kolejne niedziele nie jest obecny w swoim zborze, ktoś taki wie, o czym tu piszę. My nie nudzimy się sobą nawzajem. Ponieważ Chrystus przez wiarę zamieszkał w naszych sercach, lubimy z sobą przebywać. My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, ponieważ kochamy braci [1Jn 3,14]. Nie tylko świeżo po nawróceniu chciałoby się nam, ażeby nabożeństwa i spotkania zboru częściej się odbywały. Jakże wartościowa jest dla nas choćby jedna godzina spędzona w towarzystwie świętych. Choćby nie wiem jak prości, spracowani, małomówni - a jednak są oni naszą rozkoszą. To są szlachetni, w nich mam całe upodobanie - głosi przekład Biblii Warszawskiej.

W świetle powyższego nastawienia do zboru, potwierdzonego mi dziś przez Słowo Boże, w żaden sposób nie mogę pojąć ludzi, którzy do społeczności chrześcijańskiej w ogóle się nie przywiązują. Za nienormalną uważam taką sytuację, że ktoś prowadzi osiadły tryb życia, a nie przyłącza się do zboru i w kolejne niedziele bywa sobie w różnych miejscach. Tym bardziej zdumiewa mnie coś takiego, że ktoś jest członkiem określonego zboru, a w niedzielę idzie na nabożeństwo do innego. Jestem przekonany w Panu, że dla wierzącego człowieka najlepszym miejscem w niedzielę jest zbór, którego jest on członkiem. Miłuję zbór, do którego przynależę i wiem, o czym piszę. W każdym zborze można spotkać ludzi miłujących Boga, ale żadna społeczność nie jest dla nas tak wartościowa, jak ta, której jesteśmy członkami.

Korzystając z okazji pragnę zaapelować do każdego chrześcijanina, abyśmy - mając jasno określoną przynależność do zboru - kontakt z domownikami wiary, tj. z członkami swojego zboru, zawsze traktowali priorytetowo. Rozwijajmy i pielęgnujmy społeczność ze świętymi. Dla człowieka miłującego Pana nie ma takich salonów, takich kręgów towarzyskich, takich miejsc i klimatów, które swą wartością i magnetyzmem przewyższyłyby siłę przyciągania zboru Chrystusowego.

W wakacje ta prawda staje się mi szczególnie wyrazista. 

Pusta zbroja?

2017-07-14 - Jarosław Wierzchołowski

Pusta zbroja?
  Jako mały chłopiec odczuwałem silny lęk przed zbrojami rycerskimi, eksponowanymi w muzeach lub w salach starych zamków. Wydawało mi się niemal oczywiste, że w środku musi ktoś być. Chyba nie byłem osamotniony w takich strachach bo twórcy filmów przygodowych i horrorów dość często sięgają właśnie po taki zabieg – zbroja okazuje się żywa, ma w sobie jakiegoś „ducha” albo ukrywającego się w środku rzezimieszka. Wiele lat później, kiedy już jako dorosły człowiek zafascynowałem się kulturą Japonii odkryłem, że tamtejsze zbroje samurajskie są eksponowane w jeszcze bardziej przerażający (pewnie nie dla wszystkich) sposób – pancerz jest umieszczany na niewidocznym dla widza stojaku, często wraz z bojową maską chroniącą twarz, a całość wygląda jak niewidzialny wojownik siedzący w pełnym rynsztunku bojowym, dodatkowo niekiedy tak eksponowana zbroja jest odpowiednio podświetlona.
  Już ponad dwa miesiące obcuję dzień w dzień z fragmentem listu apostoła Pawła do Efezjan, opisującym Zbroję Bożą, której codzienne zakładanie ten Mąż Boży uważa za niezbędne dla chrześcijanina. Załóżcie całą Zbroję Bożą abyście będąc w ciągłej gotowości mogli w każdej chwili przeciwstawić się wszelkim siłom mroku, gdy was zaatakują w nadchodzących czasach bezbożności. [Efezjan 6:13] Jednak dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że zbroja wcale nie musi gwarantować sukcesu w walce. Nietrudno wyobrazić sobie tzw. ofermę kompanijną w pełnym bojowym rynsztunku, naszpikowanym cudami techniki, mającym chronić współczesnego żołnierza na wszelkie możliwe sposoby. Ale czy taka „zbroja” da cokolwiek skoro „w środku” będzie człowiek słaby, wystraszony, niezdolny do podejmowania właściwych decyzji na polu walki?
  Od wielu dni posiłkuję się co dnia Słowem Bożym by właściwie się „uzbrajać” ale czy ja sam, w środku tej zbroi nie jestem takimi „trokami od kaleson”, jak to ostatnio obrazowo powiedział ktoś z kazalnicy, wzywając byśmy byli mężnymi wojownikami dla Jezusa?
  Oczywiście opisywana przez Pawła Zbroja Boża ma duchowy charakter i chodzi tu właśnie o wyposażenie się w pewne duchowe atrybuty. Czy więc można po założeniu tej doskonałej Zbroi – po opasaniu się prawdą, sprawiedliwością, pewnością zbawienia itd. można nadal pozostać słabeuszem, niezdolnym do walki? Obawiam się, że tak i mówię to z własnego doświadczenia. Zbroja jest przecież Boża, – mówiłem sobie nieraz – Pan mi ją przygotował a ja muszę tylko założyć. Takie traktowanie tego niezbędnego wyposażenia jako czegoś „zewnętrznego”, danego po prostu, to ogromny błąd.
  Widzę jak bardzo zmieniło się moje własne nastawienie, kiedy do codziennej lektury 6. rozdziału listu do Efezjan dodałem słowa z Księgi Jozuego, które Bóg skierował do następcy Mojżesza: Tylko bądź mocny i bardzo mężny. Jeszcze raz cię wzywam: Bądź mocny i mężny! Nie bój się i nie zniechęcaj się, bo Pan, twój Bóg, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz [Joz 1,7 i 9]
  Mężny rycerz w doskonałej zbroi – to jest to! Nasz przeciwnik nie jest podobny do małego Jareczka, który bał się pustej zbroi.

Po co żaglom wiatr?

2017-06-06 - Marian Biernacki

pisemna wersja kazania w niedzielę Zeslania Ducha Świętego

Po co żaglom wiatr?

Żagle. Po co je projektują i szyją? Żeby łapały wiatr i umożliwiały prawidłowe korzystanie z jego siły. Wiatr w żaglach to piękno i radość prawdziwego żeglowania. Ale uwaga! Gdy wieje silny wiatr, nieraz robi się niebezpiecznie. Może więc lepiej, żeby wiatru nie było? Gdy wiatr cichnie – żagiel uspokaja się, zamiera i robi się sielankowo. Nawet na głębokiej toni nie ma zaskakujących zwrotów okoliczności. Można skupić się na zaspokajaniu swoich pragnień. Synonimem takiej postawy jest sławny „Żagiel” w Dubaju, czyli najwyższy budynek hotelowy świata, zarazem będący świątynią ludzkiego hedonizmu.

Brak wiatru wszakże to - niestety - zero zmian. Żadnych nowych celów, redukcja postępu i poczucia przygody. Dlatego prawdziwi żeglarze pragną wiatru! Sami za nim tęsknią i też innym życzą wiatru w żaglach. Mając żagiel nad głową, trudno usiedzieć w jednym miejscu. Co robić, gdy następuje flauta, cisza morska, tj. zupełny brak wiatru? Ażeby się przemieszczać, niektórzy pseudo żeglarze wyciągają wówczas własny napęd i odpalają silniki. Rasowi żeglarze natomiast nie plamią się takimi uproszczeniami. Czekają na wiatr. Czuwają, żeby już przy pierwszym powiewie, czym prędzej złapać wiatr w żagle.

Po tak sugestywnym wstępie pora na dwa fragmenty Pisma Świętego. Wiatr wieje dokąd chce – słyszysz jego szum, ale nie wiesz, skąd nadciąga i dokąd zmierza; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha [J 3,8]. A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy byli wszyscy razem zgromadzeni w jednym miejscu. Nagle od strony nieba dał się słyszeć szum. Był jak uderzenie potężnego wiatru. Wypełnił cały dom, w którym się zebrali. Wówczas zobaczyli jakby języki ognia. Rozdzieliły się one i spoczęły na każdym z nich. Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i zaczęli mówić innymi językami, stosownie do tego, jak Duch im to umożliwiał [Dz 2,1-4].

Wiatr to biblijny obraz pomagający zrozumieć działanie Ducha Świętego. Na użytek tego rozważania proponuję następującą paralelę: Wiatr i żagiel – Duch Święty i chrześcijanin.

Tak jak żagiel ma łapać wiatr i wykorzystywać jego siłę, tak chrześcijanin ma nastawić się na działanie Ducha Bożego. Biblia uczy, że napełnienie człowieka Duchem Świętym ma konkretne cele i skutki. Jakie?  Moc do prowadzenia nowego życia. Zdolność do bycia świadkiem Jezusa. Wewnętrzne świadectwo przynależności do Boga. Korzystanie z darów Ducha. Wydawanie owocu Ducha. Nade wszystko zaś tym razem podkreślmy, że celem napełnienia Duchem Świętym jest Jego kierownictwo w codziennym życiu.

Nie trzeba być żaglem, by zatrzepotać na wietrze. Potrafi to nawet zwykła chustka czy torba foliowa, ale poza efektem wizualno-akustycznym nie ma z tego większego pożytku. Tak bywa z niektórymi ludźmi. Gdy Duch zaczyna działać – przeżywają poruszenie Ducha i… to wszystko. Praktycznie żyją, tak jak dawniej. Dobrze ilustruje to przypadek Saula, pierwszego króla Izraela. Miał on chwilę napełnienia Duchem, zanim został ustanowiony królem Izraela. Niestety, wkrótce okazał nieposłuszeństwo Bogu i od Saula odstąpił Duch Pański. Potem znowu zdarzyło się, że Duch go poruszył. Żadne jednak z tych poruszeń Ducha nie oznaczało Jego kierownictwa w życiu Saula. Oddajmy głos Pismu Świętemu:

A gdy Dawid uciekł i ocalał, przybył do Samuela do Ramy i opowiedział mu wszystko, jak z nim postąpił Saul. Potem poszedł wraz z Samuelem i zamieszkali w osiedlu prorockim. I doniesiono Saulowi: Oto Dawid przebywa w osiedlu prorockim w Ramie. Wysłał więc Saul oprawców, aby pojmali Dawida. A gdy oni ujrzeli poczet proroków będących w zachwyceniu, a na ich czele Samuela, na oprawców Saula zstąpił Duch Boży i oni również wpadli w zachwycenie. I donieśli o tym Saulowi; wysłał więc innych oprawców, lecz także oni wpadli w zachwycenie. Toteż Saul wysłał ponownie trzecich już oprawców, ale i oni wpadli w zachwycenie. Wreszcie i on sam udał się do Ramy, a przyszedłszy do wielkiej studni, która jest przy Sęk, zapytał: Gdzie jest Samuel i Dawid? I odpowiedziano mu: W osiedlu prorockim w Ramie. Udał się tedy do osiedla prorockiego w Ramie; lecz i nim owładnął Duch Boży i wpadł w zachwycenie, i był w tym zachwyceniu, aż doszedł do osiedla prorockiego w Ramie. Tam także i on zrzucił z siebie swoje szaty i był w zachwyceniu przed Samuelem, a padłszy na ziemię leżał nagi przez cały ten dzień i przez całą noc; dlatego mówi się: Czy i Saul między prorokami? [1Sm 19,18-24].

Trzy myśli cisną się do głowy po przeczytaniu powyższego fragmentu Pisma: Można popaść w zachwycenie Ducha nie będąc pojednanym z Bogiem i nie mając prawidłowej relacji z Bogiem. Nie każde napełnienie Duchem skutkuje Jego prowadzeniem w życiu. Saul w wyniku tego zachwycenia nie zaczął pełnić woli Bożej. Zachwyceniu Duchem Bożym u ludzi nie mających prawidłowej relacji z Bogiem towarzyszą kontrowersyjne zachowania i zjawiska. Saul nagi leżał na ziemi przez cały dzień i całą noc. Bywamy i w naszych czasach świadkami na tyle dziwnego zachowania niektórych ludzi w zachwyceniu Duchem, że aż trudno to komentować.

Każdy może przeżyć chwilowe poruszenie Duchem. Powyższa historia pomaga zrozumieć, jak to jest, że niektórzy ludzie mówią innymi językami, prorokują itd., a wcale nie odwrócili się od swego bałwochwalstwa, nie odczuwają potrzeby rewizji swoich poglądów ani okazania posłuszeństwa ewangelii Chrystusowej. Jakoś tam manifestują zachwycenie Duchem, ale On ich nie prowadzi.

Kapitalnym znakiem prawdziwego napełnienia Duchem jest prowadzenie przez Ducha Świętego. Wy natomiast nie jesteście w ciele lecz w Duchu – jeśli tylko Duch Boży w was mieszka. Kto zaś nie ma Ducha Chrystusa, ten do Niego nie należy. Jeśli jednak Chrystus w was jest, to chociaż ciało jest martwe z powodu grzechu, duch jest żywy dzięki sprawiedliwości. Jeśli zaś mieszka w was Duch Tego, który wzbudził Jezusa z martwych, to Ten, który przywrócił do życia Jezusa Chrystusa, ożywi również wasze śmiertelne ciała przez swego Ducha, który mieszka w was. […] Bo wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są dziećmi Boga [Rz 8,9-14].

Życie chrześcijan prowadzonych Duchem Świętym jest nakierowane na Królestwo Boże. Służba każdego poszczególnego chrześcijanina charakteryzuje się celowością i rozwojem. Nie wszyscy robią to samo, a jednak każdy z nich działa z natchnienia Ducha Świętego. Tak jak wiele żaglówek widzimy na pełnym morzu, a każda z nich płynie w określonym tempie i kierunku, tak jest z wpływem Ducha Świętego na ludzi wierzących. Ten sam Duch, a różne dary i posługi. Niczym żagle łapią wiatr, tak dzieci Boże korzystają z powiewu Ducha i dzięki Jego mocy osiągają duchowe cele.

Ale uwaga! Prowadzenie Ducha nie jest wynikiem ludzkiej kalkulacji. Pomyślmy, jakże inaczej potoczyłyby się sprawy, gdyby w działalność pierwszych chrześcijan włączono tak modne dzisiaj ludzkie „know how”? Oto Jezus pełen Ducha został poprowadzony na pustynię, gdzie kusił go diabeł. Oto Szczepan pełen Ducha przemówił i został ukamienowany. Piotr pełen Ducha popsuł euforyczną atmosferę prazboru zadając niewygodne pytania Ananiaszowi i Safirze. Barnaba pełen Ducha poszedł aż do Tarsu szukać kontrowersyjnego faryzeusza Saula. Wiele innych jeszcze przykładów ciśnie się do głowy, a wszystkie dobitnie świadczą o tym, że wolę Bożą pełnią ci, którzy nie radząc się ciała i krwi, bezdyskusyjnie poddają się kierownictwu Ducha Świętego. Dzięki prowadzeniu Ducha wiedzą, co robić. Dzięki prowadzeniu Ducha wiedzą też, czego nie robić!
Napełnienie Duchem Świętym przekłada się na Jego kierownictwo i biorącą się z tego aktywność oraz moc do dalszej służby.

Życie ludzi napełnionych Duchem Świętym nabiera charakteru i cech wspaniałej przygody. Wiatr wieje dokąd chce – słyszysz jego szum, ale nie wiesz, skąd nadciąga i dokąd zmierza; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha. Nie wiesz, jak Duch cię jutro poprowadzi, ale poprowadzi! I jest w tym spora dawka adrenaliny. Oto przykład: A gdy was wodzić będą do synagog i do urzędów, i do władz, nie troszczcie się, jak się bronić i co mówić będziecie. Duch Święty bowiem pouczy was w tej właśnie godzinie, co trzeba mówić [Łk 12,11-12]. Czyż dla takich chwil nie warto żyć?!  Duch wieje, jak chce!  Nie potrafisz tego ogarnąć rozumem. Jest w tym adrenalina! Jest przygoda! Jest co opowiadać! Duch - działając zawsze zgodnie z myślą Bożą objawioną w Piśmie Świętym - raz po raz nas zaskakuje i zamienia nasze życie w jedną wielką niespodziankę!

Powróćmy do obrazu żagla i wiatru. Żagiel jest uszyty, aby łapać wiatr i korzystać z jego siły. Różne płachty, prześcieradła i chustki są zdolne, by powiewać na wietrze  - ale niczego nie wprawiają w pożyteczny ruch. Żagiel – odpowiednio założony na maszt – łapie wiatr i pozwala wprawić łódź w ruch zgodnie z wolą sternika.

Żagiel zawsze potrzebuje wiatru! Podobnie jest z chrześcijaninem. Jesteśmy powołani do tego, aby iść i wydawać owoc, i aby owoc nasz był trwały. Nie zrobimy tego o wlasnych silach. Napełnienie Duchem Świętym nadaje naszemu życiu odpowiedniego kierunku, dynamiki i trwałości. Chrześcijanin bez Ducha Świętego jest w duchowym zastoju. Bywa, że wtedy różnymi sposobami zaczyna nakręcać się po swojemu. Nie upijajcie się też winem, bo przy tym łatwo o nieprzyzwoitość, ale dbajcie o to, aby Duch mógł was stale napełniać [Ef 5,18].

Podobnie jak żagiel potrzebuje wiatru – tak my potrzebujemy Ducha Świętego. Łapmy wiatr!  Napełniajmy się Duchem! Zapamiętajmy to z tegorocznego święta Zesłania Ducha Świętego.

Mocno na nogach

2017-05-21 - Jarosław Wierzchołowski

czyli Zbroja Boża

Mocno na nogach

Zbroja Boża, o której pisze apostoł Paweł w Liście do Efezjan porusza wyobraźnię. Ale wierzę, że jest w tym coś więcej - opis ten i towarzysząca mu „instrukcja obsługi uzbrojenia” poruszają serca tych, którzy naprawdę chcą opierać się siłom ciemności by wytrwale stać przy Bogu.

Od pewnego czasu obserwuję, jak temat zbroi pojawia się w myślach wielu znajomych chrześcijan, jak staje się tematem kazań, rozważań biblijnych. Także w naszym zborze analizowaliśmy w ostatnim czasie aż dwukrotnie wszystkie elementy chrześcijańskiej zbroi, kilka tygodni temu rozważaliśmy także ten fragment wraz z braćmi a teraz ja sam zostałem pobudzony do codziennej lektury tego tekstu Pawła, wgłębiania się w niego i wyciągania wniosków dla mojego życia.

Jako uczeń Chrystusa wiem, że nic nie dzieje się przypadkiem, a szczególnie jeżeli chodzi o lekturę i rozważanie Słowa Bożego. Załóżcie całą Zbroję Bożą abyście będąc w ciągłej gotowości mogli w każdej chwili przeciwstawić się wszelkim siłom mroku, gdy was zaatakują w nadchodzących czasach bezbożności. - wzywa nas Paweł w 13 wersecie 6 rozdziale listu. Wierzę, że to właśnie nadchodzące czasy (jeszcze większej) bezbożności sprawiają, że Duch Święty pobudza nas coraz silniej do zakładania zbroi Bożej.

Ostatnio zwróciło moją uwagę, że Paweł opisując duchowy „ubiór” chrześcijanina w pierwszej kolejności zwraca uwagę na konieczność mocnego stania na nogach.

Stańcie więc [do walki], przepasawszy biodra wasze prawdą i przyoblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość [6:14] – w przekładzie Biblii Tysiąclecia

Stójcie więc – mocno; za pomocą prawdy opaszcie sobie wasze biodra, obleczcie się pancerzem sprawiedliwości – w przekładzie Nowej Biblii Gdańskiej

Stójcie mocno na nogach, opasując swe biodra prawdą. Przywdziejcie na siebie również pancerz sprawiedliwości – Nowy Przekład Dynamiczny

Dla każdego żołnierza mocne stanie na nogach to oczywista sprawa w walce. Żołnierz nie stoi na jednej nodze, nie balansuje w przysiadzie, nie buja się w przód i w tył. Wystarczy przyjrzeć się komandosom pełniącym jakieś odpowiedzialne misje by zobaczyć w jaki sposób „mocno stoją na nogach”. To podstawowy element „wyposażenia”. Co z tego, że żołnierz byłby uzbrojony po zęby i obwieszony najnowocześniejszą technologią gdyby nie potrafił utrzymać się mocno na nogach?

Prawdziwi chrześcijanin nie „buja w chmurach”, stoi mocno na ziemi. Nie „buja” bo dobrze wie co w tych „chmurach” jest, bo zna Słowo Boże, czyta je i dlatego wie co go czeka i jakie obietnice i dziedzictwo są mu dane. Nie buja się też „w przód i w tył” - jest stały w swojej wierze, nie wraca do swojej przeszłości, nie poddaje się też czczym marzeniom. Żyje tu i teraz, bo wie, że właśnie tutaj ma konkretne zadania do zrealizowania. Stoi twardo na ziemi.

Jakiś czas temu słyszałem z kazalnicy ważne słowa, że chrześcijanie to najbardziej praktyczni ludzie na świecie, właśnie stojący mocno na nogach, jak to się mówi - stąpający mocno po ziemi. Wbrew wyobrażeniom osób, którzy z chrześcijanami niewiele mają do czynienia nie są oni ludźmi oderwanymi od rzeczywistości, nieobecnymi i wyłacznie rozmodlonymi. Świadczą o tym dokonania na przestrzeni setek lat pokoleń ludzi wierzących biblijnie - w handlu, gospodarce, biznesie ale także w niesieniu pomocy innym. Najświeższy dowód mam „po ręką” - w siedzibie mojego zboru, podniesionej z ruin w niemal półtora roku i zadziwiającej dzisiaj swoim standardem wszystkich gości.

Spełniaj czym prędzej swój zamiar!

2017-05-11 - Marian Biernacki

Skrócona, pisemna wersja środowego rozważania z 10 maja 2017 roku

Spełniaj czym prędzej swój zamiar!

Ludzie noszą w sercu i obmyślają różne zamiary. Jedne wynikają z poczucia obowiązku, drugie z chęci uporządkowania lub naprawienia czegoś w życiu. Jeszcze inne rodzą się z namiętności i marzeń, a są też zamiary z gruntu złe i bezbożne. W tych dniach zaintrygowały mnie słowa Jezusa skierowane do Judasza podczas Jego ostatniej Paschy.

I wtedy, gdy Judasz wziął kawałek chleba, wstąpił w niego szatan. Jezus powiedział więc do niego: Spełniaj czym prędzej swój zamiar. Nikt ze spoczywających przy stole nie zrozumiał jednak, o co chodzi. Niektórzy przypuszczali nawet, że ponieważ Judasz zarządzał sakiewką, Jezus posyła go, by kupił czego im trzeba na święto, albo by dał coś ubogim. On zatem wziął ten kawałek i natychmiast wyszedł. A była noc [Jn 13,27-30].

W jakich okolicznościach Judasz powziął zamiar wydania Jezusa? Przede wszystkim trzeba tu wspomnieć o jego miłości do pieniędzy. Opiekując się wspólną sakiewką, podkradał z niej sobie. Bardzo się też oburzał, gdy jakaś kwota będąca w ich zasięgu, ostatecznie nie trafiała pod jego opiekę. Tak było na przykład z flakonem kosztownego olejku nardowego. Do tego stopnia nie mógł odżałować straty trzystu denarów, że od tej chwili korzyści dla siebie postanowił poszukać gdzie indziej. W Judasza zaś, zwanego Iskariot, który należał do dwunastu, wstąpił szatan; i ten odszedłszy, umówił się z arcykapłanami i dowódcami straży co do sposobu, jak im go wydać. I ucieszyli się, i ułożyli się z nim, że mu dadzą pieniądze. A on zgodził się i szukał sposobu, jak by go wydać z dala od ludu [Łk 22,3-6].

Człowiek miłujący świat bardziej niż Boga, podatny jest na wpływy diabła. Takie przypadki zdarzają się również w środowisku naśladowców Jezusa. Judasz powziął złe zamiary zanim zasiadł do wieczerzy paschalnej. Diabeł zasiał już w sercu Judasza syna Szymona Iskariota, myśl o wydaniu Go [J 13,2]. I wtedy, gdy Judasz wziął kawałek chleba, wstąpił w niego szatan. Poprzez ten zwyczajny szczegół potwierdziło się Słowo Boże z Psalmu 41. Ten, który je mój chleb wystąpił przeciwko Mnie zdradziecko [ Ps 41,10]. Jezus – o, dziwo! – nie próbował odwodzić Judasza od jego pomysłu. Wręcz przeciwnie. Spełniaj czym prędzej swój zamiar! – zaapelował do zdrajcy.

Niech te słowa Jezusa przemówią też dzisiaj do nas i to przynajmniej w kilku sferach.

1. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do wyjawienia, kim naprawdę jesteś. Są wokół nas ludzie obłudni i knujący - jak Judasz - złe zamiary. Czym srebrna glazura na czaszy, tym gładkie wargi i złe serce. Ten, kto nienawidzi, udaje wargami innego, lecz w sercu knuje podstęp; nie wierz mu, choć odzywa się miłym głosem, gdyż siedem obrzydliwości jest w jego sercu. Choć nienawiść ubiera się w szatę pozornej życzliwości, to jednak jej złość wyjdzie na jaw w zgromadzeniu [Prz 26,23-26]. Dość ściemy! – chciałoby się komuś takiemu powiedzieć. Nie ukrywaj, kim naprawdę jesteś! I tak wszystko kiedyś wyjdzie na jaw. Przynajmniej niech ludzie wiedzą, z kim mają do czynienia. Mają prawo to wiedzieć. Dzięki temu będą mogli się ciebie wystrzegać. Przy wyjawieniu prawdy pojawia się możliwość zapoczątkowania wobec ciebie procesu zbawczego oddziaływania. Kto ukrywa występki, nie ma powodzenia, lecz kto je wyznaje i porzuca, dostępuje miłosierdzia [Prz 28,13].

2. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do  nawrócenia. To może być dziś dla nas najważniejszy wniosek z tego wezwania. Nosimy w sercu wiele postanowień, że trzeba się  opamiętać. Zasadniczo i po raz pierwszy, ale także kolejny już raz. Przecież zawsze, gdy zeszliśmy z drogi naśladowania Pana, należy na nią powracać. Nieraz trzeba nam się opamiętać także w sensie jakiejś pojedynczej sprawy lub korekty w określonej dziedzinie życia. Bywa, że całymi latami odkładamy ten krok na potem. Spełniaj czym prędzej swój zamiar, Jezus mówi bowiem: W czasie łaski wysłuchałem cię, a w dniu zbawienia pomogłem ci; Oto teraz czas łaski, oto teraz dzień zbawienia [2Ko 6,2]. Dlatego, jak mówi Duch Święty: Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych [Hbr 3,7].

3. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do twojego powołania. Każdy chrześcijanin jest powołany do pełnienia w Ciele Chrystusowym określonej roli. Wiemy to i jak najbardziej zamierzamy wywiązywać się ze swojego powołania. Rzecz w tym, że odkładamy to na potem. Albo w ogóle nie przystąpiliśmy do wypełniania swego powołania, albo się wycofaliśmy i opuściliśmy  wyznaczone nam stanowisko.  Z tego powodu przypominam ci, abyś rozniecił na nowo dar łaski Bożej, którego udzieliłem ci przez włożenie rąk moich [2Tm 1,6] – wzywał apostoł młodego Tymoteusza. Dobrze, że wciąż myślisz o swoim powołaniu. Dobrze, że planujesz zgodnie z nim żyć. Spełniaj czym prędzej swój zamiar!

4. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do uświęcenia. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że wszyscy jesteśmy powołani do uświęcenia. Powinniśmy ustawicznie  do niego dążyć. Chociaż diabeł nie jest w stanie wmówić nam, że uświęcenie jest niepotrzebne, to jednak dość łatwo udaje mu się nas przekonać, żebyśmy odłożyli je na potem. Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały [Flp 4,8].

Spełniaj czym prędzej swój zamiar! Zamiar dążenia do uświęcenia. Zamiar życia zgodnie z powołaniem oraz zamiar nawrócenia się całym sercem do Pana Jezusa Chrystusa!

Odszukać i ocalić!

2017-05-01 - Marian Biernacki

Główne wątki kazania wygłoszonego w niedzielę, 30 kwietnia 2017 roku

Odszukać i ocalić!

Niezrozumiała i zaskakująca to scena, gdy w sielankową scenerię miasta wdziera się nagle i ujawnia jakaś walka, strzelanina, ucieczka, pogoń, aresztowanie lub akt terroryzmu. O czym to świadczy? O tym, że gdzieś obok nas dzieją się rzeczy, z których ludzie nie zdają sobie sprawy. Ktoś na kogoś poluje, chce skrzywdzić, zemścić się, okraść, porwać, nastraszyć. W takich sytuacjach nie zawsze wiadomo, kto jest zły, a kto dobry? Kogo ratować, komu pomagać, a komu próbować się przeciwstawić?  Orientują się w tym tylko te osoby, które bezpośrednio w sprawę są zaangażowani.

Zaczynam od takiego właśnie obrazu, bowiem dobrze ilustruje on rozmaite sytuacje, z którymi, jako chrześcijanie, mamy do czynienia w sferze duchowej. Otóż, w łatwo dostrzegalną rzeczywistość fizyczną wplata się i ma miejsce akcja duchowa, dostrzegalna i zrozumiała jedynie dla nielicznych. Jako ludzie wrażliwi na ludzkie potrzeby, gotowi podawać rękę pomocy, nie zawsze mamy w tym pełne rozeznanie. Normalnie, wręcz podświadomie, rodzi się w nas współczucie i chęć ratunku na widok osoby chorej, ubogiej, porwanej, bitej lub sędziwej. Tymczasem ratunku potrzebują też ludzie, o których w pierwszym odczuciu tak nie myślimy. Dla przykładu, przyjrzymy się sytuacji człowieka, który nie był ani chory, ani biedny, ani bezrobotny, a jednak potrzebował ocalenia.

Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. W tym czasie pewien bogaty człowiek imieniem Zacheusz, przełożony celników, próbował zobaczyć Jezusa. Chciał on się dowiedzieć, kim Jezus jest, lecz nie mógł, gdyż był niskiego wzrostu i tłum mu Go zasłaniał. Pobiegł więc naprzód i, aby ujrzeć Jezusa, wspiął się na sykomorę rosnącą przy drodze, którą Pan miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i powiedział: Zacheuszu, zejdź prędko, gdyż dziś muszę zatrzymać się w twoim domu. Zacheusz zszedł więc czym prędzej i z radością przyjął Go u siebie. Zajście to wywołało powszechne niezadowolenie: Poszedł w gościnę do grzesznika – szemrano. Zacheusz natomiast podniósł się i oświadczył wobec Jezusa: Panie, oto połowę mojego majątku przeznaczam dla ubogich, a jeśli na kimś coś wymusiłem, oddaję poczwórnie. Jezus zaś odpowiedział: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, ponieważ i ten człowiek jest synem Abrahama. Syn Człowieczy przyszedł bowiem odszukać i ocalić to, co zaginęło [Łk  19,1-10].

Ta piękna historia ewangeliczna ukazuje Jezusa jako ratownika dusz. Zadaniem ratownika jest odszukiwanie i ocalanie. Każdy człowiek potencjalnie mógł stać się wówczas obiektem akcji ratunkowej Jezusa. Ewangelia w tym miejscu skupia się jednak na Zacheuszu i odkrywa prawdę o  nim. Okazuje się, że ten bogaty i dobrze ustawiony życiowo człowiek potrzebował zbawienia. Ludzie tego nie dostrzegali. Może nawet myśleli wprost przeciwnie, że to Zacheusz powinien zająć się niesieniem pomocy. Lecz Jezus zauważył, że Zacheusz nosi w sercu ogromną potrzebę. Doszło więc do kontaktu Ratownika z człowiekiem zagubionym. Nastąpiła krótka wymiana słów i już było wiadomo, że Jezus ze swoją propozycją złożoną Zacheuszowi trafił w dziesiątkę!

Jak zareagowali na to ludzie?  Widząc to, wszyscy szemrali. Skąd wzięło się powszechne  niezadowolenie z tego, jak Jezus postąpił z Zacheuszem? Po prostu, ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, co Zacheusz nosi w głębi duszy. Widzieli w nim jedynie bogatego cwaniaka, który dorobił się na ludzkiej krzywdzie. Nie lubili go i nic nie wiedzieli o jego duchowym zagubieniu. Ratownik dusz dostrzega jednak osoby w takim stanie serca w każdym środowisku. I liczy się z tym, że nawet wśród najbliższych spotykać się będzie z niezadowoleniem. Lecz od ludzkich reakcji ważniejsza jest dla niego miłość do grzesznika, którego trzeba uratować.

W czasie gościny Jezusa w domu Zacheusza, w gospodarzu nastąpiły ogromne zmiany. Zacheusz uwierzył w Boga. Został zbawiony. Stał się innym, nowym człowiekiem, co ujawniło się poprzez – niezrozumiałą dla wielu – zmianą jego życiowych postaw. Wielu ubogich w Jerycho z pewnością mogło potem to poświadczyć, że przełożony celników naprawdę się nawrócił. Sam Zacheusz natomiast na własnej skórze przekonał się, że bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać aniżeli brać [Dz 20,35].

Biblia mówi, że wszyscy ludzie zgrzeszyli, a każdy kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu. Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie [Jn 8,36]. Ludzie boją się śmierci, a Syn Boży przyszedł, aby wyzwolić wszystkich tych, którzy z powodu lęku przed śmiercią przez całe życie byli w niewoli [Hbr 2,15]. Niesienie ratunku osobom zniewolonym grzechem wymaga od ratowników wyjątkowej wrażliwości i umiejętności. A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory, lecz powinien być uprzejmy dla wszystkich, zdolny do nauczania, cierpliwie znoszący przeciwności, napominający z łagodnością krnąbrnych, w nadziei, że Bóg przywiedzie ich kiedyś do upamiętania i do poznania prawdy, i że wyzwolą się z sideł diabła, który ich zmusza do pełnienia swojej woli [2Tm 2,24-26].

Celem tego rozważania jest rozszerzenie duchowego ratownictwa na osoby, które na pierwszy rzut oka tego nie potrzebują. Gdy ktoś jest chory, biedny, maltretowany – to od razu widać, że potrzeba mu ratunku. Jest wszakże wiele osób zgubionych, które tego po sobie nie dają poznać. Idą na wieczne zatracenie w modnych garniturach, uśmiechnięci i uznawani za ludzi sukcesu. Naszym wielkim zadaniem jest odszukanie ich i ocalenie. Bóg powołał zbór, by zgrupować ratowników dusz i używać ich do odszukiwania i ocalania wszystkich grzeszników. Owszem, jak najbardziej trzeba nam ratować przestępców, ludzi uzależnionych itp.  Ale – na Boga! – zacznijmy dostrzegać i ratować także grzeszników, którzy ukryci za parawanem religijności, dobrych uczynków, pozycji społecznej i sporych pieniędzy wydają się żadnej pomocy nie potrzebować.

Wielu z nas Pan odszukał i ocalił. Byliśmy już w ogniu – a On nas wyratował. Jakże Go nie kochać?! Taka refleksja i żarliwa miłość do Zbawiciela przychodzi czasem dopiero po latach. Słyszałem kiedyś opowieść o pięknej, młodej dziewczynie wstydzącej się matki z powodu jej szpetnego wyglądu. Nie chciała jej odwiedzin w szkole, ani wspólnych spacerów. Aż któregoś dnia dowiedziała się, że gdy była niemowlęciem, dom, w którym spała, stanął w płomieniach. Wszystko wskazywało, że nie ma już dla niej ratunku. Lecz jej mama rzuciła się w żywy ogień, odszukała ją i ocaliła. W czasie tej brawurowej akcji, chroniąc w ramionach swoje maleństwo, doznała poparzenia twarzy. W tym tkwił sekret jej złego wyglądu. Od tego momentu mama stała się dla córki kobietą najpiękniejszą na świecie.

O Wybawcy naszych dusz Pismo Święte tak opowiada: Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać. Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu jak ten, przed którym zakrywa się twarz, wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na Niego. Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie. A my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony.
Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni
[Iz 53,2-5]. Syn Boży – to nasz Ratownik! Jakże można się wstydzić kogoś takiego?! Nie wstydzimy się Jezusa. Kochamy Go!

Codziennie bądźmy świadomi, że w widzialną rzeczywistość wplata się wiele trudno dostrzegalnych akcji o charakterze duchowym. Obok nas ktoś się czegoś boi. Ktoś czegoś pragnie. Ktoś nosi złe zamiary. Ktoś jest w matni ukrytych grzechów. Prośmy Boga o otwarte oczy i uszy na to, co niedostrzegalne gołym okiem. Prośmy o dar rozpoznawania duchów. Uczmy się od Pana Jezusa, apostołów i doświadczonych braci, jak zauważać przypadki wymagające akcji ratowniczej. "Odszukać i ocalić!" – oto zadanie naszego życia. Historia Zacheusza otwiera nam oczy, że ocalenia potrzebują nie tylko ludzie z widocznymi potrzebami. Także tzw. „dobrych” grzeszników trzeba wyrywać z ognia i ratować przed nadchodzącym gniewem Bożym.

I jeszcze jedno.  Prawdziwy ratownik nie zadowala się tym, co już osiągnął. Jesienią ubiegłego roku świat usłyszał historię o Desmondzie Dossie, amerykańskim sanitariuszu, który pod koniec II wojny światowej, po ataku Japończyków samotnie wyniósł z pola walki 75 rannych Amerykanów. U kresu sił fizycznych, sam ranny i potrzebujący pomocy, modlił się: Boże, daj mi siłę uratować jeszcze jednego. Za tę heroiczną postawę z rąk prezydenta Trumana otrzymał Medal Honoru.

Mój Ojciec aż dotąd działa i Ja działam [J 5,17] – powiedział Jezus. Nie mógł usiedzieć na jednym miejscu. Muszę i w innych miastach zwiastować dobrą nowinę o Królestwie Bożym, gdyż na to zostałem posłany [Łk 4,43]. Syn Człowieczy przyszedł bowiem odszukać i ocalić to, co zaginęło. Wzorem Jezusa, ratownik dusz rozgląda się za wciąż nowym człowiekiem, którego należy ratować. Jeżeli zaś ktoś widzi, że sam się w życiu zagubił, to czym prędzej powinien się pomodlić: Chociaż zabłądziłem jak zgubiona owca, odszukaj swego sługę [Ps 119,176]. Wtedy na pewno Bóg pośle do niego któregoś ze swoich ratowników.

Tak, trzeba poświęcić czas na prozaiczne czynności i dobrze pełnić swe życiowe, społeczne i zawodowe role. Trzeba nam być dobrymi dziećmi, współmałżonkami, rodzicami, pracownikami, przyjaciółmi itd. Lecz gdy usłyszymy zadanie: „Odszukać i ocalić” – to już nic nie ma prawa nas zatrzymać! Niczym żołnierze elitarnego oddziału sił specjalnych w imię naszego Zbawiciela i Pana, Jezusa Chrystusa - ruszajmy do  akcji.

Baza ratowników dusz

2017-04-21 - Marian Biernacki

w 21. rocznicę powstania Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE

Baza ratowników dusz

W dniu dzisiejszym Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE w Gdańsku osiąga wiek dwudziestu jeden lat istnienia. Dwadzieścia jeden lat czynnej obecności w mieście; najpierw na Zaspie, potem we Wrzeszczu, w Oliwie, a teraz na Olszynce. W wielu środowiskach taki wiek oznacza dorosłość i zdolność do samodzielnego działania. Ja w wieku 21 lat założyłem rodzinę i wziąłem pełną odpowiedzialność  już nie tylko za swoje osobiste życie. A dwudziestojednoletni zbór? Czy nie czas na zmiany i podjęcie się nowych zadań duchowych? Gdy rozmyślam nad tym i modlę się o nasz zbór, moje myśli grupują się wokół trzech zagadnień, co zarazem określa moją wizję przyszłości Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE.

1. Otaczający nas świat pełen jest zgubionych dusz, które trzeba ratować! To zadanie zostało nakreślone już w chwili powstania pierwszego zboru chrześcijańskiego. Wielu też innymi słowy składał świadectwo i napominał ich, mówiąc: Ratujcie się spośród tego pokolenia przewrotnego [Dz 2,40]. Wyrok na bezbożny świat jest już wydany. Ale teraźniejsze niebo i ziemia mocą tego samego Słowa zachowane są dla ognia i utrzymane na dzień sądu i zagłady bezbożnych ludzi [2Pt 3,7]. Nie zmienia to dobrej nowiny, że Bóg chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni [1Tm 2,4] i w celach ratunkowych stosuje rozmaite środki. Gdy zaś jesteśmy sądzeni przez Pana, znaczy to, że nas wychowuje, abyśmy wraz ze światem nie zostali potępieni [1Ko 11,32]. Ponieważ mamy być naśladowcami Boga, jako dzieci umiłowane [Ef 5,1], to w imię Boże trzeba nam ratować ludzkie dusze. Dla jednych, którzy mają wątpliwości, miejcie litość, wyrywając ich z ognia, ratujcie ich [Jd 1,22-23]. Jeżeli jest to dla nas oczywiste, to możemy przejść do punktu drugiego.

2. Każdy z nas indywidualnie i na co dzień jest ratownikiem dusz. Zacznijmy od prostego obrazu. Dlaczego zadziwia nas bohaterstwo żołnierza lub policjanta, który w cywilnym ubraniu  przeciwstawił się przestępcy? Ponieważ zwykliśmy myśleć, że mundurowy poza godzinami pracy jest prywatną osobą i nie ma takiego obowiązku. Podobnie bywa z chrześcijańskim zaangażowaniem w ratowanie dusz. Niektórzy członkowie zboru angażują się w wyjazdy misyjne i różne działania  ewangelizacyjne wspólnoty, ale na co dzień raczej nie żyją takimi sprawami. Oddzielają życie kościelne od życia prywatnego. Tak być nie powinno. Każdemu z nas na stałe została przypisana powinność troski o zbawienie grzeszników. Tak jak lekarz lub ratownik medyczny, obojętnie czy jest w pracy, czy na urlopie daleko od domu, zawsze w razie zagrożenia powinien ratować ludzkie życie, tak i chrześcijanin nigdy nie przestaje być ratownikiem dusz. Wszędzie; w pracy, w szkole, w sąsiedztwie, na wakacjach, w szpitalu, w kościele - zawsze i wszędzie chrześcijanie są aktywnymi ratownikami dusz. To prowadzi nas do punktu trzeciego.

3. Zbór jest bazą ratownictwa duchowego. Każdy ratownik, jakkolwiek indywidualnie zmotywowany i oddany wielkiej sprawie niesienia pomocy, potrzebuje odpowiedniej bazy dla swojej działalności. Zbór jest właśnie taką bazą. Spotykają się w nim ratownicy duchowi, by wymienić się doświadczeniami, podszkolić wzajemnie lub zmotywować jeden drugiego do dalszego wysiłku. Mało tego. Do tej bazy duchowej sprowadzamy ludzi chorych, zranionych, rozczarowanych, osłabionych itd. Opiekujemy się nimi, aby ozdrowieli, stanęli w wierze na własnych nogach i zyskali zdolność do samodzielnego naśladowania Jezusa. Zarówno dla nas samych, jak i dla każdej ratowanej osoby, zbór ma być przyjaznym i bezpiecznym miejscem duchowego wytchnienia, korekty, wzmocnienia i zbudowania.

Właśnie tak postrzegam naszą nową siedzibę i przyszłość zboru. Cały trud adaptacji wozowni na salę nabożeństw, ogrom prac porządkowych na całej posesji, czekający nas remont zabytkowego budynku dworu i ewentualna rekonstrukcja dawnej stajni - to wszystko ma głębszy sens tylko wówczas, jeżeli będzie przez nas traktowane jako tworzenie i utrzymywanie bazy ratownictwa duchowego. Taka jest idea prawdziwego centrum chrześcijańskiego w świeckim otoczeniu. Tworzymy je nie dla rozrywki, zabawy i osobistej satysfakcji, lecz przede wszystkim po to, by mieć narzędzie do ratowania dusz. Siedziba CCNŻ będzie bazą ratownictwa duchowego wszakże tylko na tyle na ile my, członkowie i przyjaciele zboru, na co dzień będziemy w imieniu Pana Jezusa nieść ludziom pomoc duchową i okazywać się faktycznymi ratownikami dusz.

Drodzy Ratownicy! Dwadzieścia jeden lat wspólnoty, licznych akcji i rozmaitych doświadczeń za nami. Wykorzystajmy to wszystko, by jeszcze lepiej służyć Bogu i ludziom. Przywdziewajmy codziennie całą zbroję Bożą i działajmy dla chwały naszego Pana, Jezusa Chrystusa! Błogosławiony ów sługa, którego pan jego, gdy przyjdzie, zastanie tak czyniącego [Łk 12,43].

Marian Biernacki