Artykuły otagowane: Marian Biernacki

Dlaczego Wieczerza Pańska jest tak ważna?

2019-05-04 - Marian Biernacki

w przeddzień nabożeństwa z Wieczerzą Pańską

Dlaczego Wieczerza Pańska jest tak ważna?

Wieczerza Pańska została ustanowiona przez Jezusa Chrystusa podczas święta Paschy, rokrocznie obchodzonego przez Żydów na wspomnienie ich cudownego uwolnienia z niewoli egipskiej. Tajemnicą cudownego ocalenia Izraelitów owej nocy od śmierci był baranek paschalny. Zgodnie z wolą Bożą miał on być spożywany w czasie ostatniej plagi egipskiej, a jego krwią należało naznaczyć wejścia do izraelskich domów.

Zachowanie życia w tamtych okolicznościach wymagało czynnej wiary. Kto posłuchał i pokropił odrzwia swego domu krwią baranka, tego pierworodni domownicy ocaleli i wszyscy cieszyli się życiem. Kto zlekceważył Słowo Boże i nie oznakował swych drzwi krwią, ten miał wizytę anioła śmierci i rozpacz w domu.

Jak przebiegała typowa wieczerza paschalna na pamiątkę tamtych wydarzeń? Prowadzący na początku brał do ręki kielich z winem, ogłaszał błogosławieństwo tzw. kidusz, wypijał wino i dawał pozostałym do wypicia. Potem brano gorzkie zioła moczone w sosie owocowym. Był to także czas  na wyjaśnienie znaczenia paschy. Śpiewano też któryś z psalmów (od 113 do 118). Zasadniczą wieczerzę paschalną Żydzi zaczynali łamaniem chleba. Pili drugi kielich wina i jedli baranka oraz chleb bez kwasu. Kiedy skończyli wieczerzę prowadzący brał trzeci kielich, wypijali go po modlitwie i śpiewali kolejny hymn ze wspomnianego zakresu psalmów. Po śpiewaniu wypijali czwarty kielich podkreślając w ten sposób swą nadzieję na udział w chwale przyszłego królestwa Izraela.

W czasie swojej ostatniej wieczerzy paschalnej Jezus nadał nowe znaczenie dwóm elementom: przaśnikom i trzeciemu kielichowi. Powiedział  o chlebie: To jest ciało moje,  za was wydane; to czyńcie na pamiątkę moją(1Ko 11,24). Podając trzeci kielich powiedział: Ten kielich, to nowe przymierze we krwi mojej; to czyńcie ilekroć pić będziecie na pamiątkę moją (1Ko 11,25). Tak jest do dzisiaj. Chleb reprezentuje ciało Jezusa Chrystusa jako Baranka Bożego. Wino w Wieczerzy Pańskiej reprezentuje krew Jezusa Chrystusa jako Baranka Bożego, który gładzi grzech świata. Warto tu dodać, że w symbolice żydowskiej wino reprezentuje zarówno krew jak i radość.

W zrozumieniu głębi wymowy Wieczerzy Pańskiej może być bardzo pomocny obraz tradycyjnych zaślubin żydowskich. Gdy młody Izraelita zakochał się w kobiecie – wówczas ojcowie organizowali uroczystość zawarcie kontraktu ślubnego. Aktem, który cementował miłość i związywał Oblubienicę z Oblubieńcem na zawsze była chwila, gdy on podawał jej kielich z winem i mówił: "Wino, które jest w tym kielichu reprezentuje moją krew. Jeżeli ją wypijesz, będziesz moją. Będziesz mi na zawsze poślubioną". Jeżeli ona wzięła ten kielich i z tego kielicha wypiła, to stawali się małżeństwem.

W Wieczerzy Pańskiej mamy wyraźny akt duchowych zaręczyn Syna Bożego z Kościołem. Podając kielich swym uczniom, Jezus symbolicznie zaoferował im związanie się z Nim na zawsze na wzór małżeństwa. Apostołowie znali ten obyczaj żydowski i nie mogli tego inaczej rozumieć. Jak niegdyś Izrael był małżonką Jahwe, tak Kościół jest Oblubienicą Chrystusa, związaną z Nim prawnym kontraktem ślubnym. Wskazują na to słowa Pisma Świętego: Zabiegam bowiem o was z gorliwością Bożą; albowiem zaręczyłem was z jednym mężem, aby stawić przed Chrystusem dziewicę czystą [2Ko 11,2].  Każdy, kto dzisiaj w akcie Wieczerzy Pańskiej pije z kielicha Pańskiego – daje świadectwo, że przyjął oświadczyny PANA i jest z Nim związany dozgonnym węzłem.

Tak było z izraelskimi zaślubinami. Po wypiciu wina z kielicha podanego przez oblubieńca  narzeczona była mu poślubiona. Od tego momentu należała tylko do niego. Zgodnie ze Słowem Bożym złamanie tych ślubów było w Izraelu karane śmiercią. Pomimo tego, że oblubieniec jeszcze nie mieszkał z oblubienicą, to już była ona zobowiązana do dochowania mu całkowitej wierności. Stąd rozterka Józefa po otrzymaniu informacji, że Maria – z którą byli już związani  takim kontraktem - jest w ciąży. Dopiero, gdy otrzymał objawienie w tej sprawie uspokoił się i w stosownym czasie przyjął Marię do przygotowanego już domu.

Udział w Wieczerzy Pańskiej zobowiązuje do wierności Panu. Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha demonów; nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu demonów. Albo czy chcemy Pana pobudzać do gniewu? Czyśmy mocniejsi od niego? [1Ko 10,21-22].  Stąd przestroga, którą często powtarzamy za apostołem: Niechże więc człowiek samego siebie doświadcza i tak niech je z chleba tego i z kielicha tego pije. Albowiem kto je i pije niegodnie, nie rozróżniając ciała Pańskiego, sąd własny je i pije. Dlatego jest między wami wielu chorych i słabych, a niemało zasnęło. Bo gdybyśmy sami siebie osądzali, nie podlegalibyśmy sądowi. Gdy zaś jesteśmy sądzeni przez Pana, znaczy to, że nas wychowuje, abyśmy wraz ze światem nie zostali potępieni [1Ko 11,28-32]. Wspaniałe to i chwalebne być w związku z Panem Jezusem Chrystusem! Jednocześnie jednak jest to bardzo odpowiedzialna pozycja, domagająca się wygaszenia wszelkich duchowych przyjaźni i związków ze światem.

Powróćmy do ilustracji kontraktu ślubnego. Po wypiciu wina z kielicha zaręczynowego oblubieniec odchodził, by przygotować dom do wspólnego zamieszkania, a oblubienica pozostawała w oczekiwaniu na dzień, gdy po nią przyjdzie, aby zabrać ją do siebie. Oblubieniec przygotowywał dom pod okiem ojca, który był doświadczony i wiedział, co oblubienicy będzie potrzebne. Gdy ojciec stwierdzał, że wszystko było już należycie przygotowane – wysyłał syna po oblubienicę. Wtedy oblubieniec powracał po swą narzeczoną, zabierał ją do przygotowanego domu i tam – znowu podawał jej kielich z winem. Był to wino ich radości. Pili z niego razem - symbolicznie kończąc czas rozstania.

Na tę radość wskazał Pan uczniom, ustanawiając Wieczerzę Pańską. Potem wziął kielich, podziękował, dał im i pili z niego wszyscy. I rzekł im: To jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa. Zaprawdę powiadam wam, nie będę już odtąd pił z owocu winorośli, aż do owego dnia, gdy go będę pił na nowo w Królestwie Bożym. A gdy odśpiewali hymn, wyszli na Górę Oliwną [Mk 14, 23-26]. To prawda. Przed Oblubienicą Chrystusową wspaniała przyszłość – czwarty kielich z winem radości!

Niechaj się nie trwoży serce wasze; wierzcie w Boga i we mnie wierzcie! W domu Ojca mego wiele jest mieszkań; gdyby było inaczej, byłbym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce. A jeśli pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście, gdzie Ja jestem, i wy byli [J 14,1-3]. I wy teraz się smucicie, lecz znowu ujrzę was, i będzie się radowało serce wasze, a nikt nie odbierze wam radości waszej [J 16,22]. Czeka nas niekończąca się radość w niebie.

Dlaczego Wieczerza Pańska jest tak ważna? Bo mówi, że jesteśmy w związku z samym Panem! Zawarliśmy Przymierze z Synem Bożym Jezusem Chrystusem. On  ofiarował się dla nas. Przelał za nas Swą krew. My przyjęliśmy z Jego rąk dar ocalenia od śmierci. Dar życia wiecznego! Za każdym razem jedząc z tego chleba i pijąc z tego kielicha to poświadczamy! To poważna sprawa. Najpoważniejsza na świecie! Zapraszam do łamania chleba przy stole Pańskim. Zapraszam do godnego picia z kielicha Pańskiego.

Znormalizowani

2019-03-18

Fenomen jedności prawdziwych chrześcijan

Znormalizowani

Niejednemu z nas się zdarzyło, że nowo zakupiona bateria łazienkowa nie pasuje do starych podłączeń, albo że wypożyczana przyczepa ma inną wtyczkę niż gniazdo w naszym samochodzie. Są to przykre chwile, bo chociaż zgadzamy się na różną jakość i wygląd nowego produktu, to jednak system połączeń powinien być znormalizowany. Mamy przecież w kraju Polski Komitet Normalizacyjny, który określa tzw. Polską Normę (PN) i pilnuje jej stosowania. Gdy coś jest wykonane zgodnie z PN, to jedno pasuje do drugiego, chociażby zostało przywiezione z drugiego krańca Polski i pochodziło od innego producenta.

 

Od kilku dekad zadziwia mnie fenomen jedności wiary i zgodności poglądów prawdziwych chrześcijan. Choć żyją w najdalszych zakątkach świata i nigdy wcześniej się nie spotkali, okazuje się, że tak samo wierzą. Podobnie też praktykują swą pobożność. W górach czy nad morzem, w zapadłej wiosce ukraińskiej czy na nowojorskim Manhattanie – wszędzie napotykam na ten sam sposób myślenia. Po prostu mamy tę samą Biblię. Jest w tym coś naprawdę niezwykłego. Myślę, że jest to wielka wartość, którą trzeba doceniać i o którą należy dbać. Dokładajcie starań, by zachować jedność Ducha w spójni pokoju – jedno ciało i jeden Duch, jak też zostaliście wezwani w jednej nadziei związanej z waszym powołaniem. Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich [Ef 4,3-6].

 

Bóg ustanowił jedną normę dla wszystkich, którzy chcą być zbawieni. Tą normą jest dla nas Syn Boży, Jezus Chrystus, objawiony w Piśmie Świętym. Mamy więc słowo prorockie jeszcze bardziej potwierdzone, a wy dobrze czynicie, trzymając się go niby pochodni, świecącej w ciemnym miejscu, dopóki dzień nie zaświta i nie wzejdzie jutrzenka w waszych sercach. Przede wszystkim to wiedzcie, że wszelkie proroctwo Pisma nie podlega dowolnemu wykładowi. Albowiem proroctwo nie przychodziło nigdy z woli ludzkiej, lecz wypowiadali je ludzie Boży, natchnieni Duchem Świętym [2Pt 1,19-21]. Koniecznie trzeba nam trzymać się Pisma Świętego, bo ono właśnie jest tajemnicą zdumiewającej normalizacji życia i wiary wszystkich chrześcijan.

 

Apel ten o tyle jest na czasie, że opanowuje nas moda na pozabiblijne inspiracje. Sama Biblia niektórym z nas już nie wystarcza. Nauka apostolska wydaje się być zbyt ciasnym gorsetem. Z podziwem patrzymy na ludzi sukcesu i zaczynamy dopytywać się o tajemnicę ich osiągnięć, gotowi, by ich wskazówki wprowadzić do kościoła. Chęć na coś nowego każe niektórym chrześcijanom opuszczać swój zbór i wyruszać na duchowe poszukiwania. Ambicje zyskania sobie opinii pomysłowego twórcy, a nie naśladowcy, popycha część przywódców chrześcijańskich do postaw i czynów wykraczających poza granice Pisma Świętego. Komu bojaźń Boża na to nie pozwala, temu szybko przypina się łatkę religijnego konserwatysty.

 

Tymczasem Biblia wzywa: Miejcie się na baczności, abyście nie utracili tego, nad czym pracowaliśmy, lecz abyście pełną zapłatę otrzymali. Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie. Kto go bowiem pozdrawia, uczestniczy w jego złych uczynkach. [2J 1,8-11]. Mamy tutaj bardzo poważny argument przemawiający za trwaniem w granicach Biblii. W przekładzie KUL brzmi on następująco: Żaden z tych, którzy wybiegają, a nie pozostają w nauce Chrystusa, Boga nie posiada. Kto trwa w nauce, ten i Ojca, i Syna posiada. Samo słowo "wybiegać" mówi o tzw. postępie, który jest przeciwieństwem zacofania. Widocznie już wtedy niektórzy chrześcijanie chwalili się swoją postępowością, a wiernych, którzy pozostawali w Kościele praktykując swą wiarę zgodnie z nauką Chrystusową – uważali za zacofanych. Jednakże Biblia wzywa do pozostania przy ewangelii Chrystusowej. Jak więc przyjęliście Chrystusa Jezusa, Pana, tak w Nim chodźcie, wkorzenieni weń i zbudowani na nim, i utwierdzeni w wierze, jak was nauczono, składając nieustannie dziękczynienie. Baczcie, aby was kto nie sprowadził na manowce filozofią i czczym urojeniem, opartym na podaniach ludzkich i na żywiołach świata, a nie na Chrystusie [Kol 2,6-8].

 

Owszem, są ludzie, którzy mają we krwi ciągłą potrzebę odmiany. Nudzi ich spanie z tym samym partnerem, to samo miejsce pracy lub wypoczynku i ten sam krąg przyjaciół. Chcą wciąż czegoś nowego. Normalnie jednak cieszymy się stałym rytmem życia. Jesteśmy szczęśliwi budząc się we własnym mieszkaniu, wciąż pijąc poranną kawę i kolejny dzień jadąc do tej samej pracy. Podobnie jest w sprawach wiary. Wciąż ten sam Zbawiciel i Pan, Jezus Chrystus. Ta sama ewangelia. Te same uczynki wynikające z wiary w Niego. Ta sama wspólnota kościelna i ta sama służba aż do powrotu Chrystusa Pana. Czyż jest w tym coś niewłaściwego?

 

Normalizację tę zapewnia nam Pismo Święte. Prostolinijne posłuszeństwo Słowu Bożemu stabilizuje nam życie. Nie tylko wprowadza Boży pokój do naszego własnego serca ale również prowadzi do harmonijnego funkcjonowania całej społeczności ludzi wierzących. Wszyscy bowiem podlegają tej samej nauce Chrystusowej. Już w okresie Starego Przymierza Bóg dał wszystkim mieszkającym w ziemi Izraela jedną i tę samą normę. W ogóle, jednakowy jest przepis dla was i dla cudzoziemca, który u was przebywa. Będzie to przepis wieczny, dla waszych pokoleń przed Panem, zarówno dla was jak i dla cudzoziemca. Jednakowe prawo i jednakowy przepis będzie dla was i dla cudzoziemca, przebywającego u was. [4Mo 15,15-16]. Nie inaczej jest w czasach Nowego Przymierza. Tak więc już nie jesteście obcymi i przychodniami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga, zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus, na którym cała budowa mocno spojona rośnie w przybytek święty w Panu, na którym i wy się wespół budujecie na mieszkanie Boże w Duchu [Ef 2,19-22].

 

Dlaczego chrześcijanie powinni trzymać się granic zakreślonych przez naukę apostołów i proroków Nowego Testamentu? Co mamy z wiernego stosowania się do norm Słowa Bożego? Przede wszystkim to, że w ten sposób zyskujemy i utrzymujemy status ucznia Jezusa. Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie [J 8,31]. Kto w tym nie wytrwa, ten nie będzie uczniem Pana. Gdy swego czasu jakaś kobieta chciała inaczej zaakcentować tajemnicę błogosławionego życia, Syn Boży natychmiast skorygował jej myślenie mówiąc: Błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i strzegą go [Łk 11,28].

 

Trzymanie się norm Pisma Świętego od zawsze warunkowało też pomyślność i powodzenie w życiu. Tylko bądź mocny i bardzo mężny, aby ściśle czynić wszystko według zakonu, jak ci Mojżesz, mój sługa, nakazał. Nie odstępuj od niego ani w prawo, ani w lewo, aby ci się wiodło wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz. Niechaj nie oddala się księga tego zakonu od twoich ust, ale rozmyślaj o niej we dnie i w nocy, aby ściśle czynić wszystko, co w niej jest napisane, bo wtedy poszczęści się twojej drodze i wtedy będzie ci się powodziło [Joz 1,7-8]. Czasem Bóg może poddać nas jakieś próbie, gdy jak Hiob przeżywamy tymczasowe trudności, lecz nie zmienia to zasady, że wierne posłuszeństwo Słowu Bożemu owocuje też w sferze materialnej.

 

Mało tego. Trwanie w przestrzeganiu norm Pisma Świętego przesądza o tym, jak będziemy nazywani w Królestwie Bożym. Kto zatem rozwiąże jedno z przykazań, choćby z pozoru nieważne, i w ten sposób będzie uczył ludzi, tego w Królestwie Niebios też nazwą nieważnym. Tego natomiast, kto będzie je stosował i innych tego uczył, w Królestwie Niebios nazwą ważną osobą [Mt 5,19]. Jeśli chcemy być ważni w Niebie to tutaj na ziemi koniecznie trzeba nam trzymać się Biblii. Tym większą ma to wartość w oczach Bożych, im bardziej jesteśmy kuszeni, aby niektóre wezwania ewangelii Chrystusowej potraktować jako już przestarzałe i nie pasujące do naszej kultury.

 

Do czego w tym rozważaniu zmierzamy? Czy chrześcijanom naprawdę grozi niebezpieczeństwo odejścia od norm Pisma Świętego? Powróćmy do ilustracji o Polskich Normach. Przez prawie pięćdziesiąt lat obowiązywał w Polsce system obligatoryjny z silnym zakorzenieniem się w świadomości całego społeczeństwa przekonania o obowiązku stosowania tych norm. Do końca 1993 roku stosowanie PN było obowiązkowe i pełniły one rolę przepisów. Nieprzestrzeganie postanowień PN było naruszeniem prawa. Od początku 1994 roku stosowanie PN stało się dobrowolne, przy czym do końca 2002 roku istniała możliwość, by w pewnych przypadkach nakładać obowiązek stosowania PN. Od początku 2003 roku stosowanie PN jest już całkowicie dobrowolne.

 

Jak widać, polityka wolnego rynku zaowocowała w Polsce powolnym procesem odchodzenia od obowiązkowości w trzymaniu się norm. Teraz PN może - ale już nie musi - być przez producentów stosowana. Kupując coś nowego trzeba się liczyć z tym, że może to już nie pasować do tego, co było wcześniej. Podobny proces obserwujemy w Kościele, a nawet w pojedynczym zborze. Nie od dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem odchodzenia "od normy" Słowa Bożego. W kościołach historycznych zrobiono tak już dawno. Teraz coraz mocniej ogarnia to też środowiska ewangelicznego chrześcijaństwa. Niby teoretycznie nic jeszcze się nie zmieniło. Punkt pierwszy aktualnego wyznania wiary Kościoła Zielonoświątkowego wciąż głosi, że Pismo Święte – Biblia – jest Słowem Bożym, nieomylnym i natchnionym przez Ducha Świętego, i stanowi jedyną normę wiary i życia. Czy jednak nie ma się czego obawiać? Czy Biblia jako jedyna norma wiary i życia naprawdę utrzyma się w naszej wspólnocie kościelnej aż do końca?

 

Dużo tu zależy od postawy braci stojących na czele zborów. Jako duszpasterze i nauczyciele odpowiadamy przed Bogiem za utrzymanie zboru w normach Pisma Świętego. Trzeba nam uważać, aby nasze umysły, zamiast Słowem Bożym, nie wypełniły się błyskotliwymi hasłami z poradników przywództwa. W porównaniu z nimi wezwania biblijnych apostołów i proroków wydają się być nie na czasie. Kto się uwolnił od prostolinijnego pojmowania i stosowania nauki apostolskiej – ten wydaje się święcić triumfy. Wszyscy odczuwamy silną pokusę do posłużenia się czymkolwiek, aby tylko mieć sukces, nawet za cenę wyjścia poza granice Pisma. Nie dajmy się zwieść. Pozostańmy w granicach fundamentów nauki Chrystusowej, zakreślonych przez Jego apostołów i proroków.

 

Prawdziwi chrześcijanie są znormalizowani Pismem Świętym. dzięki temu jeden do drugiego pasuje. Jest to cudowne i godne zachowania tego stanu rzeczy. Biblia jest dla wierzących ludzi wielkim dobrodziejstwem. Czytana i rozważana z modlitwą pod każdą szerokością geograficzną owocuje jednakową nauką i tak samo rozumianą pobożnością. Problemy braku jedności rodzą się wówczas, gdy ktoś – w imię nowoczesności – znajdzie sobie jakieś pozabiblijne źródło inspiracji i zaczyna innych pociągać za sobą.

 

Swego czasu Syn Boży powiedział: Dlaczego mówicie do Mnie, Panie, Panie, nie czynicie tego, co mówię? [Łk 6,46]. Jego słowa ustanowiły dla nas normę, zgodnie z którą nie tylko mamy żyć tutaj na ziemi, ale na podstawie której zostaniemy też rozliczeni na końcu naszej drogi. I jeśliby ktoś słuchał moich słów, lecz nie stosował się do nich, nie Ja będę go sądził; nie przyszedłem bowiem aby sądzić świat, ale aby świat uratować. Kto Mnie odrzuca i nie przyjmuje moich słów, ma swego sędziego: Słowo, które wygłosiłem, osądzi go w dniu ostatecznym [J 12,47-48]. Trzymajmy się Słowa Bożego.

 

Marian Biernacki

Dlaczego i Słowo, i Duch?

2019-02-21 - Marian Biernacki

Dlaczego i Słowo, i Duch?

Dość często w naszych czasach słyszymy, jak ludzie - w tym co robią lub mówią - powołują się na Ducha Świętego. Znani są z tego nie tylko kaznodzieje i ewangeliści. Jeden z byłych polskich prezydentów swego czasu zwykł chlubić się podpowiedziami Ducha Świętego a dzisiaj Ducha Świętego słuchają hierarchowie katoliccy na wezwanie papieża Franciszka zebrani w Watykanie, by przeciwdziałać pedofilii wśród katolickiego duchowieństwa.

Problem ze słuchaniem Ducha Świętego jest taki, że chociaż wcale się Go nie słyszało, można się na Niego powoływać i przypisywać Duchowi to, co zrodziło się jedynie w naszej własnej duszy. Może tak być, bo chociaż istnieje konkretna możliwość weryfikacji, czy dana treść pochodzi od Boga, ludzie coraz rzadziej po nią sięgają. Ale uwaga! Poleganie wyłącznie na własnej percepcji głosu Ducha Świętego może skończyć się zbłądzeniem wielu osób, gdy słuchający się pomyli i za dobrą monetę weźmie coś, co od Ducha nie pochodzi.

Dlatego Biblia wzywa: Drodzy, przestańcie wierzyć każdemu duchowi. Raczej badajcie duchy, czy pochodzą od Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat [1J 4,1]. Właściwym narzędziem do zbadania, czy określony człowiek i jego słowa pochodzą od Boga jest Pismo Święte. Całe Pismo natchnione jest przez Boga i pożyteczne do nauki, do wykazania błędu, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości [2Tm 3,16]. Jeżeli to, co jakiś człowiek mówi, nie jest zgodne z Biblią, i to z całą Biblią, a nie tylko z jakimś pojedynczym wersetem  - to chociaż byłyby to wzniosłe i piękne słowa, nie należy ich traktować jako słów pochodzących od Ducha Świętego. Ten bowiem, którego posłał Bóg, wypowiada słowa Boga, gdyż Bóg daje Ducha bez miary [J 3,34].

Osobie przemawiającej w imieniu Boga zawsze towarzyszy i Słowo, i Duch. Oświadczenie Dawida, syna Jessaja, oświadczenie męża postawionego wysoko, pomazańca Boga Jakuba, wspaniałego twórcy pieśni Izraela. Duch PANA przemawia przeze mnie, a Jego słowo jest na mym języku [2Sm 23,1-2]. Gdy przemawia Duch Boży, to na języku mówcy jest Słowo Boże, a nie jakieś własne odczucia i wydumane historyjki. Duch Święty nigdy nie jest i nie będzie autorem żadnej pozabiblijnej treści. Jezus wyraźnie zapowiedział, co będzie treścią mowy w Duchu. Jednak gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelka prawdę, ponieważ nie będzie mówił sam od siebie, lecz powie o wszystkim, co usłyszy, i powiadomi was o tym, co ma nadejść. On Mnie uwielbi, gdyż z mego weźmie i wam przekaże [J 16,13-14].

Zbliża się kolejny weekend. Tysiące mówców w swoich wystąpieniach będzie powoływać się na Ducha Świętego. Jak niegdyś bracia z Berei, którzy codziennie badali Pisma, sprawdzając, czy rzeczywiście tak się rzeczy mają [Dz 17,11] - zanim ich mowę uznamy za głos Ducha - upewnijmy się, że jest ona zgodna z Pismem Świętym. Gdy życie, poglądy i wypowiadane słowa mówcy nie licują z Biblią, to chociaż powołuje się on na Ducha Świętego, nie może być uznany za człowieka przez Niego natchnionego. Jeśli kto mówi, niech mówi jak Słowo Boże [1Pt 4,11].

Czy naprawdę jesteśmy prawdziwi?

2019-01-31 - Marian Biernacki

Zaduma nad jakością naszej pobożności

Czy naprawdę jesteśmy prawdziwi?

Dziś rano dotarła do mnie wiadomość, że kilka dni temu, 23 stycznia 2019 roku jeden z pastorów kalifornijskiego, sześciotysięcznego megazboru Real Life Church popełnił samobójstwo. Pastor Jim Howard od jakiegoś czasu zmagał się z chorobą psychiczną. W minioną środę odebrał sobie życie. Na sobotę, 9 lutego w głównym audytorium zboru w Valencia Campus zaplanowano uroczystość "Jim Howard's Celebration of Life".

Wstrząśnięty tą tragedią modlę się i zachodzę w głowę, jak to możliwe? Jak to możliwe, żeby kaznodzieja wygłaszający takie kazania, prowadzący radosną społeczność o tak postępowych formach pobożności, tak zagubił się duchowo i zatracił? Internetowa witryna tego zboru świadczy, że wszystko jest tam bardzo dobrze zorganizowane. Wieloosobowe zespoły realizują wspaniałe programy dla wszystkich grup wiekowych, wychodzące naprzeciw różnorodnym potrzebom osobistym. Real Life Church działa nie tylko w Południowej Kalifornii ale prowadzi też działalność misyjną w wielu krajach na świecie. A jednak mimo tego wszystkiego pastor Jim odszedł z tego świata duchowo załamany.

Jest mi bardzo przykro. Gdy ktoś żyjący bez Boga na świecie strzela sobie w głowę, to jakoś łatwiej sobie z tym radzę, bo rozumiem, że nie miał on społeczności z Jezusem i był zdany na samego siebie. Ale gdy tak ginie chrześcijanin, a do tego pastor, to już tego nie potrafię pojąć. Jedno wiem: Przyjdźcie do Mnie wszyscy zapracowani i przeciążeni, Ja wam zapewnię wytchnienie [Mt 11,28] - zaprasza Jezus Chrystus. Od czterech dekad korzystam z tego zaproszenia. Syn Boży nie tylko zapewnia mi wytchnienie ale też liczy moje łzy i pewnego dnia będę za nie wynagrodzony. Codziennie stosuję się też do rady apostolskiej: Przestańcie martwić się o cokolwiek. Raczej w każdej sprawie, gdy się modlicie i prosicie, z wdzięcznością przedstawiajcie swoje potrzeby Bogu. A pokój Boży, którego nie ogarnie żaden umysł, będzie w Chrystusie Jezusie strzegł waszych serc oraz myśli [Flp 4,6-7]. Czy pastor Jim tego nie wiedział?

Z Biblii wiadomo, że prawdziwa pobożność polegająca na codziennym stosowaniu się do Słowa Bożego, stanowi w życiu chrześcijanina mocne oparcie. Każdy więc, kto słucha moich słów i robi z nich użytek, jest jak człowiek mądry, który swój dom postawił na skale. Spadł ulewny deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom, lecz on nie runął, bo był zbudowany na skale [Mt 7,24-25]. Wiadomo też z tej samej Biblii, że wśród chrześcijan pojawią się ludzie którzy przybierają pozór pobożności, podczas gdy życie ich jest zaprzeczeniem jej mocy [2Tm 3,5]. Jakość pobożności najdobitniej sprawdza się w sytuacjach podbramkowych. Prawdziwe życie z Jezusem charakteryzuje się niezwykłą niezłomnością, bo korzysta z Jego mocy.

Czy przypadkiem nasza współczesna pobożność - z całą swą błyskotliwością - nie zrobiła się na tyle powierzchowna, hałaśliwa i intensywna, że w jej atmosferze Jezusowa oferta pokoju powoli staje się dla nas nieciekawa i zbyt staroświecka? Może dlatego nasza wiara tak łatwo się kruszy? Może trzeba nam usunąć z nabożeństwa ryk głośników i w ciszy powrócić do głębokiej rozmowy z Panem Jezusem? Może trzeba zwolnić tempo i bez fajerwerków wsłuchiwać się w niedzielę w głos Boży?

Gdy pastor nowoczesnego megazboru odbiera sobie życie, nie wolno nam bezrefleksyjnie wymyślać kolejnych atrakcji, jako sposobu na zwycięskie i radosne chrześcijaństwo. O wiele pilniej trzeba nam osobiście upewnić się, czy naprawdę żyjemy z Jezusem?

Trzeba nam wzmóc czujność!

2019-01-14

Moja osobista refleksja o zachowaniu przy życiu swojej duszy

Trzeba nam wzmóc czujność!

Gdy zdarza się coś tragicznego, zaczynamy szukać winnych. Czym prędzej chcielibyśmy ustalić i ukarać sprawcę nieszczęścia. Nie zawsze jednak jest to możliwe. W świetle prawa nie można, na przykład, karać kogoś za jego czyn, jeżeli popełnił go w stanie niepoczytalności. Pozbawionego władz umysłowych człowieka nie można sądzić tak, jak kogoś normalnego, zdolnego ponosić odpowiedzialność za swoje czyny.

Jestem wstrząśnięty wczorajszym atakiem nożownika na Prezydenta Gdańska, Pana Pawła Adamowicza. Zamach miał charakter fizyczny, rzeczywisty, a do tego spektakularny. Dlatego tak poruszył nas wszystkich. Zaczęliśmy się modlić o Prezydenta. Zły, szalony człowiek targnął się na jego życie. Chciał mu je odebrać i - jak się dzisiaj okazało - niestety tego dokonał. Obawiam się, że nawet trudno go będzie za to ukarać, bo podobno jest chory psychicznie.

Jest w Biblii opowieść o Gedaliaszu, ustanowionym na okoliczność niewoli babilońskiej zarządcą Judei. Miał działać dla dobra pozostałej w miastach biednej ludności i z wielkim optymizmem do tego zadania przystąpił. Niestety, pojawił się człowiek z obsesyjnym zamiarem pozbawienia go życia. Przedostał się do najbliższego otoczenia Gedaliasza i w trakcie uczty, gdy siedzieli przy wspólnym stole, Ismael, syn Netaniasza, i dziesięciu ludzi, którzy mu towarzyszyli, zerwali się i zamordowali Gedaliasza, syna Achikama, wnuka Szafana! Zadali śmierć temu, którego król Babilonu ustanowił namiestnikiem w kraju! [Jr 41,2]. Gedaliasz był wcześniej ostrzegany, że takie niebezpieczeństwo mu grozi, lecz nie dawał temu wiary. Nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś mógłby targnąć się na jego życie.

Spróbujmy z tą myślą przenieść się w sferę duchową. Podobnie jak przez naturalne poczęcie i narodziny otrzymujemy doczesne, fizyczne życie w ciele, tak też przez wiarę w Jezusa Chrystusa i duchowe odrodzenie otrzymujemy dar życia wiecznego. Kto wierzy w Syna ma życie wieczne, kto natomiast odmawia Synowi posłuszeństwa, nie zazna życia, lecz ciąży na nim Boży gniew [J 3,36]. Jezus Chrystus dał nam dar życia wiecznego, diabeł natomiast chce nam je odebrać. I jest w tym skuteczny. Tysiące ludzi chodzi ulicami naszych miast nie zdając sobie sprawy z tego, że został im zadany śmiertelny cios.

Nie możemy obwiniać, a tym bardziej w żaden sposób nie możemy ukarać diabła za to, że atakuje z zamiarem pozbawienia nas życia wiecznego. Taką ma obsesję.  Jest całkowicie wynaturzony i nie potrafi inaczej działać. Złodziej przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i niszczyć [J 10,10] - powiedział o nim Jezus. Nie da się go zresocjalizować i nawrócić na dobrą drogę. Zawsze będzie chciał pozbawić nas życia wiecznego. Jak? Kusząc nas do grzechu. Odwołuje się przy tym do naszych naturalnych pragnień. Źródłem pokus człowieka są jego własne żądze. To one go pociągają i nęcą. Gdy żądza się rozwinie, rodzi grzech, a gdy grzech dojrzeje, rodzi śmierć [Jk 1,14-15]. Każdy niewyznany, nieusprawiedliwiony grzech to śmiertelne niebezpieczeństwo. Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi nie odziedziczą Królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ludzie dopuszczający się nierządu, bałwochwalcy, cudzołożnicy, mężczyźni współżyjący między sobą i ci, którzy sie im oddają, złodzieje, chciwcy, pijacy, oszczercy i zdziercy nie odziedziczą Królestwa Bożego [1Ko 6,9-10]. Gdy któremuś z tych grzechów ulegniemy i się z niego natychmiast nie opamiętamy, to jesteśmy pozbawieni życia wiecznego. Takie stanowisko prezentowali apostołowie Jezusa Chrystusa. Każdy, kto nienawidzi swojego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego [1J 3,15]. Czy dobrze myślę?

Zagrożenia nie da się zniwelować. Diabeł aż do końca świata pozostanie Złym, a cały świat tkwi w mocy złego [1J 5,19]. Jak wobec tego możemy być zbawieni? Jak uchronić się przed śmiertelnymi atakami diabła? Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Wasz przeciwnik, diabeł, krąży wokoło niczym lew ryczący, wypatrujący łupu. Przeciwstawcie mu się mocni w wierze... [1Pt 5,8-9]. Diabeł, dopóki ostatecznie nie zostanie odizolowany poprzez wrzucenie go do jeziora ognistego, jest śmiertelnie groźny. Musimy uważać na zagrożenie z jego strony. Zawsze wznoście tarczę wiary. Dzięki niej ugasicie każdy rozżarzony pocisk złego [Ef 6,16] - wzywa Słowo Boże. Każdego dnia duchowy przeciwnik - szatan - w różnej postaci i w rozmaitym przebraniu zbliża się niespodziewanie, aby nas ugodzić. Trzeba nam wzmóc czujność!

Jako chrześcijanie mamy też wielką rolę względem siebie nawzajem. Powinniśmy czujniej troszczyć się o duchowe bezpieczeństwo braci i sióstr w Chrystusie. Musimy w porę zauważać grożące im niebezpieczeństwo. Gdy dostrzegamy, że grzech zaczyna ich wciągać, nieraz dosłownie trzeba rzucić się im na pomoc. Stańmy się dla bliźnich prawdziwymi ochroniarzami i ratownikami wiedząc, że ten, kto nawrócił grzesznika z jego błędnej drogi, uratuje jego duszę od śmierci i zakryje mnóstwo grzechów [Jk 5,20].

Odkrywam w sobie tendencję do bagatelizowania grzechu i jego wpływu na moją przyszłość. Zbyt łatwo dopuszczam go do siebie, wypierając myśl, że jakaś tam słabostka, jakieś nieposłuszeństwo Słowu Bożemu mogłoby pozbawić mnie żywota wiecznego. Wstrząśnięty śmiercią Pana Prezydenta Pawła Adamowicza wzmagam osobistą czujność na zagrożenie ze strony grzechu. Od wszelkiego rodzaju zła z dala się trzymajcie [1Ts 5,22]. Niech ta tragedia nauczy mnie czegoś ważnego o zachowaniu przy życiu swojej duszy. Ciebie też do tego zachęcam.

Wolisz zmierzch czy brzask?

2018-11-30 - Marian Biernacki

Wolisz zmierzch czy brzask?

Zdrowy organizm człowieka potrzebuje światła. Coraz krótsze dni i chmurne niebo źle wpływają na nasze samopoczucie. Dla wielu jesień jest najmniej lubianą porą roku. Posiłkujemy się wtedy wypadami do miejsc, gdzie słońca nie brakuje albo przynajmniej witaminą D3. Wyczekujemy wiosny, gdy dni znowu staną się dostatecznie długie.

Ciemność. Czy ktoś w ogóle ją lubi? Owszem, są tacy. "Coraz to inni niegodziwi buntują się przeciw światłu, nie chcą znać jasnych dróg ani kroczyć ścieżkami dnia. Nim zaświta, powstają mordercy, napadają ubogich i potrzebujących, a w nocy są zwykłymi złodziejami. Cudzołożnik wypatruje zmierzchu, liczy na to, że nikt go nie dostrzeże i zakłada zasłonę na twarz. Włamują się po ciemku do domów, a za dnia zaszywają się głęboko, nawet nie chcą pokazać się w świetle. Bo dla nich wszystkich poranek to cień śmierci, dobrze znają wszystkie jego strachy" [Jb 24,13-17]. Zdaje się, że takich ludzi jest całkiem sporo. Książę ciemności na tyle opanował ich serca, że wolą przebywać w ciemnym kącie. Światło dla nich to dyskomfort.

A co z tymi, którzy pragną światłości? "Nowina, którą usłyszeliśmy od Niego i którą wam przekazujemy, brzmi tak: Bóg jest Światłem i nie ma w Nim żadnej ciemności. Gdybyśmy powiedzieli, że łączy nas z Nim jakaś więź, a jednocześnie żylibyśmy w ciemności, byłoby to kłamstwo. Nie postępowalibyśmy zgodnie z prawdą. Jeśli jednak żyjemy w Świetle, tak jak On sam jest w Świetle, to łączy nas wzajemna więź, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu" [1J 2,5-7].

Bóg jest Światłem. "Jedyny nieśmiertelny, żyjący w świetle niedostępnym, Ten, którego nikt z ludzi nie widział i zobaczyć nie jest w stanie" [1Tm 6,16]. W Bogu nie ma żadnej ciemności. Kto chce mieć z Nim społeczność, tym samym postanawia, że nie będzie miał już żadnej ciemnej strony życia. Standardem społeczności z Bogiem jest bowiem życie w światłości. Jak to możliwe? Dzięki Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi.

Bóg nie zostawił świata na pastwę sił ciemności. Zmiłował się nad pogrążonymi w duchowych mrokach ludźmi. "Na świat bowiem nadciągało prawdziwe światło, które oświeca każdego człowieka" [1J 1,9]. Tym światłem okazał się sam Syn Boży. "Jezus znów skierował do nich słowa: Ja jestem światłem świata. Kto idzie za Mną, na pewno nie będzie błądził w ciemności, lecz będzie miał światło życia" [J 8,12]. "Ja przyszedłem na świat jako światło, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostał w ciemności" [J 12,46]. Przez wiarę w Jezusa Chrystusa grzesznik staje się dzieckiem Bożym. Otrzymuje Jego naturę. Pozostawia mroczne zakamarki, "by rozgłaszać wspaniałość Tego, który go wyrwał z ciemności i wprowadził w swoje zachwycające światło" [1Pt 2,9]. Tak jest. Każdy prawdziwy chrześcijanin staje się synem światłości.

Cechą ludzi wierzących w Jezusa Chrystusa jest umiłowanie światła. Objawia się ono poprzez proces systematycznego rozświetlania ich życia. "Lecz ścieżka sprawiedliwych jest jak blask porannej zorzy, która z wolna sprowadza jasny dzień. Droga bezbożnych to stąpanie w gęstym mroku — nie wiadomo, o co można się potknąć!" [Prz 4,18-19]. Ta natchniona przez Ducha Świętego informacja pomaga nam lepiej poznać samych siebie. Wolimy brzask, czy zmierzch? W którą stronę zmierzamy? Kiedy czujemy się lepiej? Gdy robi się jaśniej, czy może wówczas, gdy zaczyna się ściemniać? "Oto na czym polega sąd: Światło przyszło na świat, lecz ludzie wybrali ciemność, gdyż ich postępki były złe. Ten bowiem, kto postępuje nieuczciwie, nie lubi światła i z obawy przed wykryciem nawet nie zbliża się do niego. Kto jednak postępuje zgodnie z prawdą, nie boi się światła; chce on, aby stało się jasne, że to, co czyni, wypływa z szacunku dla Boga" [J 3,19-21].

Światło Chrystusowe nie ogarnia nas ani automatycznie, ani wszystkich jednakowo. Trzeba nam świadomie go pragnąć i wystawiać się na jego działanie. "Noc przeminęła — i dzień się przybliżył. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a włóżmy na siebie zbroję światła. Postępujmy godnie, jak za dnia. Odrzućcie hulanki i libacje, rozpustę i rozwiązłość, kłótnię oraz zazdrość. Przywdziejcie raczej Pana Jezusa Chrystusa i nie czyńcie starań, by zaspokajać żądze ciała" [Rz 13,12-14]. Biblia wzywa nas, abyśmy już więcej nie wchodzili w mroczne miejsca i układy. "Przestańcie wprzęgać się w nierówne jarzmo z niewierzącymi. Cóż za towarzystwo sprawiedliwości z bezprawiem? Co za wspólnota światła i ciemności?"  [2Ko 6,14].

Przynależność do Jezusa Chrystusa zobowiązuje nas do nowej jakości życia i to w każdej dziedzinie. "Kiedyś wprawdzie byliście ciemnością, teraz jednak — światłem w Panu. Poczynajcie więc sobie jako dzieci światła; a owoc światła wyraża się we wszelkiej dobroci, w sprawiedliwości i prawdzie. Jako tacy skupiajcie się na tym, co jest miłe Panu. Nie bądźcie uczestnikami bezowocnych czynów ciemności. Obnażajcie raczej ich bezwartościowość. Bo o tym, co się wśród ludzi nieprawych potajemnie dzieje, wstyd nawet mówić. A wszystko to staje się jasne dzięki światłu. Światło ujawnia ukryte sprawy. Dlatego czytamy: Obudź się, który śpisz! Powstań z martwych! A zajaśnieje ci Chrystus" [Ef 5,8-14].

Jesteśmy odpowiedzialni za utrzymanie się w przypisanej nam strefie światła. "Wy wszyscy jesteście synami światła i synami dnia. Nie należymy do nocy ani do ciemności. Nie śpijmy więc jak pozostali, lecz czuwajmy i bądźmy trzeźwi. Bo ci, którzy śpią, śpią w nocy, a ci, którzy się upijają, upijają się w nocy. My zaś, którzy należymy do dnia, bądźmy trzeźwi, jako ci, którzy przywdziali pancerz wiary i miłości oraz hełm nadziei zbawienia. Gdyż Bóg nie przeznaczył nas na gniew, ale na zachowanie zbawienia przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa" [1Ts 5,5-9].

Chrystus Pan, mało tego, że nas oświecił i uczynił synami światła, to jeszcze powołał, abyśmy spełniali tę samą rolę, którą On pełnił chodząc po tej ziemi. "Wy jesteście światłem świata. Nie da się ukryć miasta, które leży na górze. Nie zapalają też lampy, by ją postawić pod garnkiem. Światło umieszcza się na świeczniku, skąd obecnym w domu świeci najskuteczniej. Tak niech i wasze światło świeci wobec wszystkich. Niech ludzie zobaczą wasze szlachetne czyny i wielbią waszego Ojca w niebie" [Mt 5,14-16]. To zadanie wykonujemy poprzez głoszenie ewangelii, uwierzytelniane nienagannym życiem, "tak byście jako dzieci Boga byli bez zarzutu, nienaganni i szczerzy pośród tego zepsutego, wynaturzonego pokolenia. Na jego tle świecicie jak gwiazdy na niebie" [Flp 2,15].

Duchowa ciemność wśród ludzi i wynikający zeń brak ich otwartości na ewangelię nie jest dla nas żadnym zaskoczeniem. "A jeśli nawet głoszona przez nas dobra nowina jest zakryta, to jest tak w przypadku tych, którzy giną, niewierzących, których umysły zaślepił bóg tego wieku, aby nie dotarło do nich światło dobrej nowiny o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga. Gdyż nie siebie samych głosimy, lecz Jezusa Chrystusa — Pana". Dziwić i niepokoić powinno nas to, gdy sami robimy się obojętni na Słowo Boże i sercem zaczynamy zwracać się ku duchowym mrokom. "Bo Bóg, który rozkazał, by w ciemności zabłysło światło, rozpromienił nim nasze serca, byśmy poznali blask chwały Boga promieniującej z oblicza Jezusa Chrystusa" [2Ko 4,3-6]. Czy naprawdę tak się stało?

Możemy to ustalić badając siebie samych, na ile pragniemy towarzystwa ludzi odrodzonych z Ducha Świętego i trwających w procesie uświęcenia. Gdyby ciągnęło nas bardziej do świeckiego towarzystwa, aniżeli do wierzących, to mogłoby oznaczać, że nasza wiara w Jezusa jest fikcją. "Jeśli jednak żyjemy w Świetle, tak jak On sam jest w Świetle, to łączy nas wzajemna więź, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu"  [1J 1,7]. Prawdziwi synowie światła kochają się wzajemnie. Przyjaźnią się z innymi świętymi i garną się do społeczności z nimi.  "Kto twierdzi, że jest w Świetle, a nienawidzi swojego brata, właściwie nie wyszedł z ciemności. W Świetle trwa ten, kto kocha swego brata. W takiej osobie nie ma też nic, co mogłoby dla innych stać się przyczyną upadku. Kto natomiast nienawidzi swojego brata, tkwi w ciemności i w niej się porusza. Człowiek ten nie wie, dokąd zmierza, gdyż ciemność dotknęła jego oczu" [1J 2,9-11].

Tak. Na postawie własnych upodobań, wyborów i kontaktów możemy na bieżąco ustalać, czy rzeczywiście chodzimy w światłości. Wystarczy przeanalizować swoje myśli i zachodzące w nas procesy. W którą stronę nas ciągnie? Wolimy zmierzch, czy brzask? Co jest bliższe naszemu sercu? Gdy ulegamy zeświecczeniu, gdy liberalizują się nasze poglądy, gdy coraz łatwiej i bez wyrzutów sumienia przechodzimy nad swoim grzechem do porządku dziennego, gdy stronimy od przebywania z ludźmi wierzącymi w Jezusa – to znaczy, że ogrania nas ciemność. Jeżeli natomiast ciągnie nas do Biblii, do modlitwy, do społeczności z innymi wierzącymi, a po duchowym upadku odczuwamy straszliwy dyskomfort – to znaczy, że zbliżamy się do światłości. Bo ścieżka sprawiedliwych jest jak blask porannej zorzy, która z wolna sprowadza jasny dzień

W tę miłość trzeba uwierzyć

2018-09-08

pisemna wersja kazania wygłoszonego w środę, 5 września 2018 roku

W tę miłość trzeba uwierzyć

Jak to jest z miłością Boga do mnie? Czy zasługuję na Jego miłość? Przecież wciąż zasmucam Go i jestem nieposłuszny. Czy Bóg może miłować kogoś takiego, jak ja?

Tego rodzaju dylematy biorą się z tego, że nie rozumiemy wyjątkowego charakteru miłości Bożej. On nie kocha nas za coś ani po coś. Powód tej miłości nie tkwi w nas, a tylko w Nim samym! On nas kocha, bo jest miłością! Trójjedyny Bóg jest całkowicie spełniony w miłości. Ojciec, Syn Boży i Duch Święty – to doskonała relacja Trzech Osób w Jednym Bogu. Nasza miłość domaga się jakiegoś zewnętrznego obiektu. Potrzebujemy kogoś kochać, bo inaczej czujemy się osamotnieni. Jeśli nie znajdujemy odpowiedniego człowieka – to obdarzamy miłością przynajmniej psa lub kota. Dość często też przeżywamy rozczarowanie w miłości. Boga nic takiego nie dotyka. On nie ma żadnego deficytu miłości. Dlatego w Bożą miłość do nas trzeba uwierzyć! A myśmy poznali i uwierzyli w miłość, którą Bóg ma do nas. Bóg jest miłością [1 Jn 4,16] – zaświadczyli apostołowie.

Podczas wtorkowego czytania Biblii zobaczyłem ją w obrazie miłości ojca do syna. Gdy Izrael był chłopcem, pokochałem go — i wezwałem mego syna z Egiptu. Ale im bardziej ich wzywałem, tym bardziej ode Mnie odchodzili. Składali ofiary baalom i spalali kadzidła bożyszczom. A przecież to Ja uczyłem Efraima chodzić, brałem go na swe ramiona. A jego ludzie? Nawet nie byli świadomi, że to Ja ich leczyłem. Przyciągałem go więzami ludzkimi, powrozami miłości — byłem dla Efraima jak ci, którzy podnoszą niemowlę do policzka, pochylałem się, aby go nakarmić [Oz 11,1-4].

Każdy z nas był dzieckiem. Wielu z nas ma dzieci. Wiemy coś o miłości rodziców do dziecka. Używając wyobraźni, wszyscy dostrzegamy szczerość miłości rodzicielskiej. Wyczuwamy jej temperaturę i trwałość. Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona? [Iz 49,15]. Miłości do dziecka towarzyszy pełne oddanie. Czegóż nie robi się dla dzieci?! – zwykliśmy mawiać i takie też mamy świadectwo samego Boga. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w jego ręce [Jn 3,35]. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje mu wszystko, co sam czyni, i ukaże mu jeszcze większe dzieła niż te, abyście się dziwili [Jn 5,20].

Ponieważ Bóg w zadziwiający sposób pokochał Izraela jak swego syna, porusza nas w tym narodzie brak stosownej wrażliwości na Jego miłość. Ale im bardziej ich wzywałem, tym bardziej ode Mnie odchodzili. Mamy w tym tekście szereg wspomnień normalnie wyciskających ojcu łzy z oczu: Pierwsze kroki syna -  "A przecież to Ja uczyłem Efraima chodzić". Noszenie go na rękach  - "brałem go na swe ramiona." Przytulanie – "byłem dla Efraima jak ci, którzy podnoszą niemowlę do policzka" i karmienie – "pochylałem się, aby go nakarmić". A oni? Nawet nie byli świadomi, że to Ja ich leczyłem – powiedział  Ojciec.

Bóg złożył nam świadectwo ojcowskich wzruszeń i przykrości w miłości do Izraela, którego pokochał i usynowił. To ważna lekcja dla chrześcijan, którym przez wiarę w Jezusa Chrystusa dał prawo nazywać się dziećmi Bożymi. Nam też Bóg na różne sposoby Bóg okazuje miłość. Uczy nas chodzenia, nosi na ramionach, leczy, przyciąga, przytula i karmi. Niestety, ze strony swoich dzieci tak często spotyka się z uporem, niewdzięcznością i przekorą. Nie też w nich świadomości Jego miłości.

Jako Ojciec musiał dla dobra Izraela zareagować. Teraz jednak zawróci do ziemi egipskiej! Asyria będzie mu królem, gdyż nie chcieli zawrócić do Mnie.  I miecz zawiruje w jego miastach, i pochłonie fałszywych proroków — pożre ich z powodu ich rad.  A mój lud? Uparty w odstępstwie ode Mnie, woła ku Baalowi, jego wszyscy wielbią! [Oz 11,5-7].

Święty Bóg nie mógł pobłażliwie patrzeć na grzechy Izraela. [Rozwińmy ten temat.] Otóż Bóg nie jest obojętny. Wszelki przejaw bezbożności i niesprawiedliwości ludzi, którzy nieprawością tłumią prawdę, spotyka się z gniewem nieba [Rz 1,18]. Kielich sprawiedliwego gniewu Bożego musiał zostać wylany. Bo nie chcieli zawrócić do Mnie – powiedział Bóg i posłużył się Asyrią, jako narzędziem dyscyplinowania swego syna, Izraela. Teraz jednak zawróci do ziemi egipskiej! Asyria będzie mu królem. Na własne życzenie wrócili do dawnego losu niewolników. Znowu mieli tak, jak kiedyś w Egipcie.

Wielu chrześcijan też nie chce się opamiętać. Dlaczego Bóg powiedział do chrześcijan: Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych [Hbr 4,7]? Ponieważ tracimy wrażliwość na głos Boży i potrafimy długo trwać w uporze serca. W takiej sytuacji Bóg Ojciec zaczyna nas dyscyplinować. Bo kogo Pan kocha, tego karci, i okazuje surowość wobec każdego syna, którego darzy uznaniem. Cierpliwie znoście karcenie. Jest ono dowodem, że Bóg obchodzi się z wami jak z synami. Bo nie ma syna, którego by ojciec nie karcił. Jeśli nie jesteście karceni — tak jak wszyscy — to jesteście dziećmi nieprawymi, a nie synami. Ponadto, jeśli nasi ziemscy ojcowie karcili nas, a my ich za to szanowaliśmy, to czy nie tym bardziej powinniśmy podporządkować się Ojcu duchów — po to, żeby żyć? Ziemscy ojcowie karcili nas według swego uznania, w trosce o nasze krótkie skądinąd życie. Bóg natomiast czyni to dla naszego dobra, abyśmy uczestniczyli w Jego świętości. Żadne karcenie w chwili, gdy nas dosięga, nie sprawia nam radości, lecz łączy się z bólem. Później jednak tym, którzy dzięki niemu zostali wyćwiczeni, zapewnia pełen pokoju owoc sprawiedliwości [Hbr 12,6-11].

Bóg może wystawić takich chrześcijan na pastwę przeciwnika. Dopuścić, że znowu opanuje ich dawne uzależnienie i powrócą do starych grzechów. W ten sposób spełni się na nich to trafne przysłowie: Pies powróci do tego co zwrócił. Albo: Świnię po kąpieli znów w błocie widzieli [2Pt 2,22]. Bóg dobiera się przy tym do źródła problemu. Trzeba nam większej uważności. Zbyt często nie rozumiemy, co się dzieje. Podnosimy lament i użalamy się nad sobą, zawracając innym głowę, a powinniśmy wejrzeć w siebie. Wsłuchać się w głos Boży i dotrzeć do źródła życiowej burzy, która nas ogarnęła. Kto bowiem je i pije niegodnie, bez uszanowania dla ciała Pańskiego, je i pije wyrok na samego siebie. Dlatego jest między wami tylu chorych i słabych, a wielu pomarło. Bo gdybyśmy osądzali samych siebie, nie bylibyśmy sądzeni. A tak, sądzeni przez Pana, jesteśmy karceni, aby wraz ze światem nie doznać potępienia [1Ko 11,29-32].

Jednak nawet w takich okolicznościach miłość Boża do Jego dzieci nie ustaje. Oto Słowo Boże, które wręcz powala mnie ogromem ojcowskiej wspaniałomyślności okazanej synowi. Jak mam cię porzucić, Efraimie? Jak pozostawić w nieszczęściu, Izraelu? Czy miałbym zostawić cię jak Admę? Postąpić z tobą jak z Seboim? Gdzie indziej kieruje Mnie serce, wezbrała we Mnie litość.  Nie spadnie na was żar mojego gniewu. Nie wrócę, by znów zniszczyć Efraima. Gdyż Ja jestem Bogiem, a nie człowiekiem, Świętym pośród was — nie przyjdę wywrzeć gniewu! A oni pójdą za PANEM, gdy ryknie jak lew! Tak, On ryknie! Wtedy przybędą z drżeniem synowie od strony morza, przylecą z drżeniem niczym ptak z Egiptu, niczym gołąb z Asyrii. I sprawię, że na nowo zamieszkają w swych domach — oto Słowo PANA [Oz 11,8-11].

Normalnie i po ludzku należałoby z takim synem dać sobie już spokój. Izrael nie zasługiwał na dalsze okazywanie mu miłości. Wobec tak licznych aktów buntu i braku opamiętania serce ludzkie zaczyna się zamykać. Ale nie Boże! Gdzie indziej kieruje Mnie serce, wezbrała we Mnie litość. Ojciec musiał skarcić syna, ale – o, dziwo! – wcale go nie porzucił i nie przekreślił na wieki. Nie spadnie na was żar mojego gniewu. Nie wrócę, by znów zniszczyć Efraima. Gdyż Ja jestem Bogiem, a nie człowiekiem, Świętym pośród was — nie przyjdę wywrzeć gniewu! Ta niepojęta miłość Boga do Izraela ostatecznie ma zaowocować powrotem marnotrawnych synów. I sprawię, że na nowo zamieszkają w swych domach.

Wczytujący się w powyższe słowa chrześcijanin może nabrać pełnego przekonania, że miłość Boża do niego w Jezusie Chrystusie nigdy nie ustaje. Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym [Rz 8,38-39]. Człowiek upada, wraca do starych grzechów, a Bóg wciąż go kocha i wyciąga ręce, aby go przytulić?! Patrząc na sprawę z ludzkiego punktu widzenia, aż tak zdeterminowana miłość może nie tylko zadziwiać ale i bulwersować.

Zaufajmy Bogu, że On wie co robi, gdy w Swojej miłości nie daje się zniechęcić naszymi grzechami. W świetle rozważanego fragmentu Biblii jaśniejsze staje się świadectwo apostołów Jezusa, że w tę miłość trzeba uwierzyć. I my poznaliśmy tę miłość, którą darzy nas Bóg, i zaufaliśmy jej. Bóg jest miłością [1Jn 4,16].

Bóg z nikim z nas jeszcze nie skończył! Oto stoję u drzwi! Pukam [Obj 3,20] – mówi do zeświecczałych chrześcijan. On nas miłuje miłością niezniszczalną! Nasz Pan doprowadzi dzieło naszego zbawienia do doskonałego końca. Dla niejednego błądzącego dziś i nurzającego się w grzechach dziecka Bożego zbliża się chwila, gdy znowu zaśpiewa: Jezu, Jezu, Jezu, Twa miłość me serce zdobyła!

Wzorując się na Bogu i Jego ojcowskiej miłości do nas – takimi też sami bądźmy względem upadających grzeszników. Takim sercem charakteryzowali się apostołowie. Wszak wiecie, że każdego z was, niczym ojciec dzieci swoje, napominaliśmy i zachęcali, i zaklinali, abyście prowadzili życie godne Boga, który was powołuje do swego Królestwa i chwały [1Ts 2,11-12]. Trzeba nam więcej i wciąż więcej miłości Bożej.

Miłość Boża jest całkowicie niezrozumiała dla ludzi bez Ojcowskiego serca. Nie można jej pojąć ani opisać. Nie mieści się w granicach zdrowego rozsądku. W tę miłość trzeba uwierzyć. Wierzę. A ty?

Jest nadzieja!

2018-07-31

Pisemna forma kazania z niedzieli, 29 lipca 2018 roku

Jest nadzieja!

Są chwile w naszym życiu, gdy przytłacza nas uczucie niepowodzenia, rozczarowania, tęsknoty za czymś, co dobrego miało się wydarzyć, a się nie stało. Miewamy dni, gdy znajdujemy się stanie niezadowolenia z samych siebie, gdy odczuwamy przykrość jakiejś niepowetowanej straty. Łatwo otwieramy się wtedy na każde dobre dla nas słowa – nieważne nawet czy prawdziwe – oby tylko zapowiadały nam szybką odmianę losu i jaśniejszą przyszłość. To dlatego taką popularnością cieszą się kaznodzieje sukcesu, coraz liczniejsi mówcy motywacyjni i rozmaitej maści dobre wróżki.

 

Rozpocznijmy nasze rozważanie od biblijnej ilustracji Judejczyków w niewoli babilońskiej. Trafili oni na wygnanie z powodu swoich grzechów. Bóg wielokrotnie zapowiadał im to przez swoich proroków. Deportowani do Babilonii źle się z tym mieli i bardzo nastawili się na szybkie rozwiązanie problemu. W ich oczekiwanie łatwo wstrzelili się więc fałszywi prorocy i rozmaici zapowiadacze dobrego losu. Opowiadali oni ludziom swoje sny i prorokowali rychłą odmianę losu. Jeden z nich – na przykład - obiecywał, że w dwa lata przykrości się skończą i znowu wszystko będzie dobrze. Biblia mówi, że przypłacił to przedwczesną śmiercią [Jr 28,17].

 

Faktycznie konsekwencje nieposłuszeństwa Judejczyków miały potrwać siedemdziesiąt lat. Do przetrwania tak długiego okresu wygnania potrzebna była nadzieja. Nadzieja oparta nie na złudnych przepowiedniach szybkiego sukcesu, lecz na prawdzie Słowa Bożego, które brzmiało następująco: Niechaj was nie zwodzą wasi prorocy, którzy są wśród was, ani wasi wróżbici, i nie słuchajcie waszych snów, które się wam śnią. Albowiem oni kłamliwie wam prorokują w moim imieniu, nie posłałem ich - mówi Pan. Bo tak mówi Pan: Gdy upłynie dla Babilonu siedemdziesiąt lat, nawiedzę was i spełnię na was swoją obietnicę, że sprowadzę was z powrotem na to miejsce. Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. Gdy będziecie mnie wzywać i zanosić do mnie modły, wysłucham was. A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem, objawię się wam - mówi Pan - odmienię wasz los i zgromadzę was ze wszystkich narodów i ze wszystkich miejsc, do których was rozproszyłem - mówi Pan - i sprowadzę was z powrotem do miejsca, skąd skazałem was na wygnanie [Jr 29,8-14].

 

Przypomnijmy, że Judejczycy zostali najechani, pokonani i deportowani do Babilonii z powodu własnych błędów. Sami sobie zgotowali ten los. Bóg wszakże miał w planach dobre zamiary względem nich i konkretny program odmiany ich losu. Chodziło o to, żeby na wygnaniu nie tyle skupiali się na próbach skrócenia sobie pobytu w Babilonie, co raczej wsłuchali się wreszcie w to, co mówił im Pan. A Jego instrukcje były wyraźne. Mieli zaprzestać słuchania fałszywych proroków obiecujących im gruszki na wierzbie. Trzeba im było uniżyć się przed Bogiem i szczerze opamiętać. Zabrać się na wygnaniu do normalnej pracy. Modlić się, szczerze wzywać Pana i czekać, aż On sam odmieni ich los.

 

Ażeby z klasą przetrwać czas wygnania i właściwe zachowywać się w Babilonii, Judejczycy potrzebowali nadziei. Wiarę w to, że Bóg przez Jeremiasza powiedział prawdę, podtrzymać i ponieść przez tyle lat mogła jedynie nadzieja. Sam Bóg chciał ją w nich rozbudzić. Ja wiem, jakie wiążę z wami plany – oświadcza PAN. – To plany o pokoju, a nie o niedoli. Chcę dać wam szczęśliwą przyszłość i uczynić was ludźmi nadziei [Jr 29,11 w przekładzie Biblii Ewangelicznej]. Mieli tam żyć nadzieją na odmianę losu w stosownym, wyznaczonym przez Boga czasie. I rzeczywiście, gdy minęło siedemdziesiąt lat, Judejczycy powrócili z wygnania do swojej ojczyzny i rozpoczęli w niej nowe życie.

 

Również i nam się zdarza popełniać błędy skutkujące przykrymi konsekwencjami. Jest nam wówczas źle i bardzo byśmy chcieli odmiany swego losu. Biblia poucza, że niezależnie od okoliczności i charakteru odczuwanego przez nas dyskomfortu, Bóg chce naszego dobra i zamierza odmienić nasz los w stosownym czasie. Rzecz w tym, abyśmy szczerze zwrócili się do Niego i przestali szukać łatwych, bezbolesnych rozwiązań. Bóg chce, abyśmy naprawdę Mu uwierzyli i żywili nadzieję na spełnienie Słowa Bożego. Właśnie dlatego przywołałem powyższą historię biblijną. Całe to rozważanie jest po to, aby natchnąć nas nadzieją biorącą się z wiary w naszego Pana, Jezusa Chrystusa.

 

Przede wszystkim powiedzmy, że źle jest nam bez Boga na świecie i bez pokoju Bożego w sercu. Każdy w jakimś stopniu wie, jak to jest być z dala od Niego. Wszyscy jesteśmy stworzeni i przeznaczeni do społeczności z Bogiem. Dlatego bez Niego wciąż czegoś nam brakuje. Serce jest niespokojne, sumienie obciążone, dusza tęskni i stara się czymś wypełnić powstałą po Nim pustkę. Rozrywka, rozkosze zmysłów, dobra praca, aktywność społeczna, poczucie władzy, sport, podróże, kariera naukowa lub artystyczna -  owszem, na jakiś czas potrafią złagodzić nam brak więzi z Bogiem, lecz potem duszę ogarnia tym dotkliwsza nostalgia i samotność.

 

Jest wielka różnica pomiędzy życiem w pojednaniu z Bogiem, a życiem po swojemu. Weźmy na przykład chrześcijan z Efezu. Dlatego pamiętajcie, że wy, niegdyś poganie z pochodzenia, […] żyliście bez Chrystusa. Byliście odcięci od wspólnoty Izraela, obcy przymierzom związanym z obietnicą, bez nadziei i bez Boga na tym świecie. Jednak teraz, w Chrystusie Jezusie, wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy — dzięki krwi Chrystusa. […]  Tak więc nie jesteście już obcymi, przybyszami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga [Ef 2,11-19].

 

Biblia mówi o wspaniałej zmianie, jaka bierze się z pojednania z Bogiem i napełnienia Duchem Świętym. Bo i my kiedyś byliśmy nierozumni, nieposłuszni, zagubieni, zniewoleni przez przeróżne żądze i rozkosze, żyjący w gniewie i zazdrości, znienawidzeni i do siebie nawzajem odnoszący się z nienawiścią. Gdy jednak objawiła się dobroć i miłość naszego Zbawcy, Boga, do ludzi,  zbawił nas nie dzięki naszym uczynkom, dokonanym w sprawiedliwości, lecz dzięki swemu miłosierdziu, przez kąpiel odrodzenia i odnowę, którą sprawia Duch Święty. Tego Ducha wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcę, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się dziedzicami, zgodnie z nadzieją życia wiecznego [Tt 3,3-7]. Byliście bowiem zbłąkani jak owce, lecz teraz nawróciliście się do pasterza i stróża dusz waszych [1Pt 2,25]. Byliście bowiem niegdyś ciemnością, a teraz jesteście światłością w Panu [Ef 5,8].

 

Opisani tu ludzie z natury nie byli lepsi od nas, a jednak dostąpili pojednania z Bogiem. Jest więc nadzieja i dla nas! Jakkolwiek zaniedbalibyśmy się duchowo, choćby nie wiem jak głęboko zabrnęlibyśmy w świat i zanurzyli się w grzech, możemy wstać i wrócić do Boga. Syn Boży przyszedł na ziemię, aby ten powrót nam umożliwić. Biblia mówi, że Bóg w Chrystusie świat ze sobą jedna, nie poczytując ludziom ich upadków [2Ko 5,19]. Aby przyjąć dar zbawienia trzeba uwierzyć w Pana Jezusa Chrystusa i dać się ochrzcić.

 

Rzecz w tym, że zbawienie jest długotrwałym procesem. Zaczyna się ono od aktu wiary w Jezusa Chrystusa, w wyniku której - korząc się przed Bogiem i wyznając swe grzechy - zostajemy usprawiedliwieni przez wiarę i z łaski otrzymujemy dar życia wiecznego. Dzięki temu ruszamy w drogę, której celem jest zbawienie naszej duszy, to znaczy całkowite upodobnienie się do Jezusa Chrystusa. Naszym Opiekunem w całym procesie zbawienia jest Duch Święty, który napełnia nas i prowadzi, kto zaś nie ma Ducha Chrystusa, ten do Niego nie należy [Rz 8,9].

 

Ponieważ przebywając w ciele, jesteśmy oddaleni od Pana [2Ko 5,6] na drodze zbawienia potrzebujemy nadziei. Nieraz się potykamy, słabniemy i popadamy w zniechęcenie. Podobnie jak zdążającego w stronę domu syna marnotrawnego prowadziła nadzieja, że osiągnie on cel swojego powrotu, tak też nam na co dzień przyświeca nadzieja, że jesteśmy dziedzicami żywota wiecznego [Tt 3,7] i w końcu czekają na nas szeroko otwarte drzwi Królestwa Bożego. Po drodze spotka nas jeszcze wiele przeciwności, cierpień i prób, ale mamy nadzieję na dotarcie do celu, a nadzieja nie zawodzi, bo miłość Boża rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego, który został nam dany [Rz 5,5]. Tak więc wszystkim, którzy są z dala od Boga i którym jest z tym źle, ogłaszam, że wciąż  jest dla was nadzieja na pojednanie z Bogiem i żywot wieczny w Królestwie Bożym. Wszystkim, którzy utrudzeni na drodze wiary popadli w zniechęcenie, mówię: Miejcie nadzieję, bo jeszcze tylko mała chwila, a przyjdzie Ten, który ma przyjść [Hbr 10,37] i szczęśliwie dotrzecie do celu.

 

Z wielu innych jeszcze, pomniejszych powodów, ktoś z nas może czuć się źle i martwić się o swoją przyszłość. Również takim osobom chciałbym powiedzieć, że w Chrystusie jest nadzieja! Na przykład, ktoś z nas utknął w martwym punkcie i przeżywa okres duchowego zastoju. Jest nadzieja, że znowu zaczniesz wzrastać i rozwiniesz się duchowo! Nie szukaj łatwych rozwiązań. W posłuszeństwie wiary w Jezusa Chrystusa zacznij pracować nad sobą i żyj nadzieją na upragniony postęp.

 

Być może ktoś ma problemy w kontaktach z innymi ludźmi. Od jakiegoś czasu jest skłócony z bliskimi i żyje w swoistej izolacji. Tak bywa. Nawet niektórzy chrześcijanie miewają trudności we wzajemnych relacjach. Nieudany wspólny biznes lub związek uczuciowy, potrafią zaowocować całkowitym zerwaniem kontaktów. Wydaje się, że już nie można będzie dłużej spoglądać sobie w oczy, uczestniczyć w tych samych nabożeństwach i należeć do jednego zboru. W Chrystusie jest jednak nadzieja na zmianę tego stanu rzeczy. Biblia mówi: Gdy drogi człowieka podobają się Panu, wtedy godzi on z nim nawet jego nieprzyjaciół [Prz 16,7].

 

A może ktoś czuje się bezużyteczny w swoim środowisku i bardzo źle się z tym czuje. Błędem wielu ludzi jest oczekiwanie, że trafiając do zboru, od razu będą uchodzić za bardzo potrzebnych i wartościowych. Jest tak być może dlatego, że dzisiaj niemal wszędzie w świecie mówi się ludziom, że są mega wyjątkowi, wspaniali itd. Bóg jednak nie nazywa białym tego, co jest co najmniej szare. Biblia poucza, jak można stać się użytecznym dla Boga i ludzi. W wielkim zaś domu są nie tylko naczynia złote i srebrne, ale też drewniane i gliniane; jedne służą do celów zaszczytnych, a drugie pospolitych. Jeśli tedy kto siebie czystym zachowa od tych rzeczy pospolitych, będzie naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, nadającym się do wszelkiego dzieła dobrego [2Tm 2,20-21]. Ażeby być przydatnym dla Pana – trzeba przejść różne próby, co wymaga wytrwałości i samozaparcia. Jest wszakże nadzieja, że gdy pójdziemy tym tropem, to po jakimś czasie staniemy się naczyniem nadającym się do wszelkiego dobrego dzieła.

 

Celem tego rozważania jest ukazanie funkcji nadziei w Bożym planie zbawienia grzeszników. Wielu ludzi nie chce czekać ani się trudzić. Nawet, gdy ich zły los jest wynikiem ich własnych błędów, chcą natychmiastowych efektów, szybkiej satysfakcji i łatwych rozwiązań. Uganiają się więc za złudnymi obietnicami i proroctwami, które faktycznie nadziei odmawiają racji bytu. Pismo Święte natomiast wciąż mówi o nadziei i wyznacza jej wielką rolę.  Wiemy bowiem, że całe stworzenie aż do teraz wzdycha i znosi bóle rodzenia. A nie tylko ono. Podobnie my sami, którzy już mamy pierwszy owoc — Ducha, wzdychamy w sobie, oczekując usynowienia, odkupienia naszego ciała. Z taką właśnie nadzieją zostaliśmy zbawieni. Nadzieja, której spełnienie się widzi, właściwie nie jest nadzieją. Bo kto żyje nadzieją na to, co już się spełniło? Ale jeśli spodziewamy się tego, czego jeszcze nie widać, to oczekujemy tego z całą wytrwałością [Rz 8,22-25].

 

Jakkolwiek zabrnęliśmy w naszym życiu, jest dla nas nadzieja! Jest nadzieja na pojednanie z Bogiem! Jest nadzieja na wzrost duchowy! Jest nadzieja na dobre relacje z ludźmi! Jest nadzieja na bycie przydatnym! Bóg chce uczynić nas ludźmi nadziei. Podobnie jak Judejczyków na wygnaniu w Babilonii – chce natchnąć nas nadzieją. Miej nadzieję w Panu! Bądź mężny i niech serce twoje będzie niezłomne! Miej nadzieję w Panu! [Ps 27,14].

Godnie jedzmy i pijmy przy Stole Pańskim

2018-05-15 - Marian Biernacki

Pisemna wersja kazania z pierwszej niedzieli maja 2018

Godnie jedzmy i pijmy przy Stole Pańskim

Przedmiotem tego rozważania jest Wieczerza Pańska czasem błędnie zwana "Pamiątką Wieczerzy Pańskiej". Błędnie, ponieważ Wieczerza Pańska jest wspominaniem śmierci Jezusa, a nie wspominaniem samej Wieczerzy. Jeżeli więc mówiąc o Wieczerzy Pańskiej chcielibyśmy koniecznie użyć słowa "pamiątka" to należałoby powiedzieć "Pamiątka Śmierci Pańskiej". Mamy wszakże inne biblijne jej nazwy, takie jak "Łamanie chleba" lub "Stół Pański".

Klasycznym fragmentem Biblii o ustanowieniu i praktykowaniu Wieczerzy Pańskiej jest nauka apostolska z jedenastego rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian. Albowiem jam wziął od Pana, com też wam podał, iż Pan Jezus tej nocy, której był wydan, wziął chleb, a podziękowawszy, złamał i rzekł: Bierzcie, jedzcie; to jest ciało moje, które za was bywa łamane; to czyńcie na pamiątkę moję. Także i kielich, gdy było po wieczerzy mówiąc: Ten kielich jest nowy testament we krwi mojej; to czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę moję. Albowiem ilekroć byście jedli ten chleb i ten kielich byście pili, śmierć Pańską opowiadajcie, ażby przyszedł. A tak, kto by jadł ten chleb, albo pił ten kielich Pański niegodnie, będzie winien ciała i krwi Pańskiej. Niechże tedy człowiek samego siebie doświadczy, a tak niech je z chleba tego i z kielicha tego niechaj pije. Albowiem kto je i pije niegodnie, sąd sobie samemu je i pije, nie rozsądzając ciała Pańskiego. Dlatego między wami wiele jest słabych i chorych, i niemało ich zasnęło. Bo gdybyśmy się sami rozsądzali, nie bylibyśmy sądzeni. Lecz gdy sądzeni bywamy, od Pana bywamy ćwiczeni, abyśmy z światem nie byli potępieni [1Ko 11,23-29  w przekładzie Biblii Gdańskiej]

Jak wiadomo, Paweł apostoł nie był w gronie uczniów w wieczerniku. Jednak nie tylko nauczał o Wieczerzy tak samo jak inni apostołowie, ale też bardzo dobrze rozumiał jej znaczenie. Sam zmartwychwstały Chrystus Pan objawił się Pawłowi i przekazał mu, czego i jak trzeba nauczać. Jest to wyraźny dowód, że Wieczerza Pańska nie jest pomysłem apostolskim. Pochodzi ona od samego Jezusa Chrystusa, jako czynność na Jego pamiątkę, wciąż na nowo przypominająca o Jego śmierci za nasze grzechy. Trzeba nam przy tym pamiętać, że śmierć krzyżowa Jezusa Chrystusa ma absolutnie wyjątkową rangę i znaczenie. Owszem, znamy w dziejach ludzkości takie przypadki, że ludzie oddawali swe życie za ojczyznę, rodzinę lub ideę, lecz ich śmierć w żadnym razie nie rozwiązywała problemu grzechu. Tylko śmierć wcielonego Syna Bożego, doskonałego Baranka Bożego, stanowiła ofiarę gładzącą grzech świata i jednającą nas z Bogiem.

Wieczerza Pańska jest głoszeniem śmierci Pańskiej, aż przyjdzie. Mowa tu o powtórnym przyjściu Jezusa Chrystusa. Do czasu powrotu Chrystusa na ziemię trwa czas łaski Bożej. Grzesznicy słysząc ewangelię, słuchając o śmierci Jezusa na krzyżu, mogą się opamiętać ze swoich grzechów i przez wiarę osobiście skorzystać z ofiary Chrystusowej. Trzeba nam więc opowiadać o ofierze złożonej przez Baranka Bożego aż do końca, aż On powróci.

Do wspominania śmierci Jezusa poprzez sprawowanie Wieczerzy Pańskiej używamy prostego obrazu podstawowego pokarmu i napoju w Izraelu z czasów Jezusa. Są to chleb i wino.  Pojawiają się one już na początku Biblii w rękach Melchizedeka, kapłana Boga Najwyższego [1Mo 14,18]. Obietnica Boża złożona Izraelowi, głosi o Ziemi Obiecanej, że w niej nie zabraknie im chleba i wina  [3Mo 26,5]. Chleb i wino było w Izraelu na każdym stole paschalnym i tak jest do dzisiaj. Księga Psalmów mówi o winie, które rozwesela serce człowieka i chlebie, co wzmacnia serce człowieka [Ps 104,15].

Chleb złamany rękami samego Syna Bożego, to obraz ciała Jezusa ubiczowanego i ukrzyżowanego jako ofiara za grzech świata. Wziął chleb, a podziękowawszy, złamał i rzekł: Bierzcie, jedzcie; to jest ciało moje, które za was bywa łamane. Z pewnością nikt z uczniów nie pomyślał wówczas, że Jezus daje im do jedzenia swoje ciało w sensie dosłownym. Tak. Jego ciało jest prawdziwym pokarmem, a Jego krew jest prawdziwym napojem, lecz są pokarmem i napojem duchowym, a nie materialnym. Łamiąc chleb własnymi rękami Syn Boży dał do zrozumienia, że oddanie życia za grzech świata jest Jego czynem osobistym i dobrowolnym. Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz oddaje za owce własne życie [Jn 10,11]. Ja kładę życie swoje, aby je znowu wziąć. Nikt mi go nie odbiera, ale Ja kładę je z własnej woli. Mam moc dać je i mam moc znowu je odzyskać; taki rozkaz wziąłem od Ojca mego [Jn 10,17-18].

Jedząc z jednego, rozłamanego chleba, karmiąc swe dusze Chrystusem, zbór daje tym samym świadectwo jedności Kościoła tj. Ciała Chrystusowego. Czy chleb, który łamiemy, nie oznacza udziału w Jego ciele? Ponieważ jest jeden chleb, my, choć liczni, stanowimy jedno ciało, wszyscy bowiem bierzemy cząstkę pochodzącą z jednego chleba [1Ko 10,16-17].

Kielich podany do picia uczniom – to obraz Nowego Przymierza Syna Bożego z wierzącymi w Niego ludźmi. Kielich ten jest Nowym Przymierzem we krwi mojej (wg BW-P). Biblia mówi, że bez krwi nie ma przebaczenia grzechów. Krew doskonałego Baranka Bożego musiała zostać wylana w ofierze, raz na zawsze złożonej za grzech świata. Syn Boży, Jezus Chrystus jako Arcykapłan złożył ofiarę z własnej krwi za nasze grzechy i w ten sposób ustanowił Nowe Przymierze, na mocy którego wszyscy wierzący w Niego zostali pojednani z Bogiem. 

Ideę Nowego Przymierza Boga z człowiekiem dobrze ilustruje związek małżeński w dawnym Izraelu. Tajemnica to wielka, ale ja odnoszę to do Chrystusa i Kościoła [Ef 5,31-32] – napisał o małżeństwie apostoł Paweł w natchnieniu Ducha Świętego. Przypatrując się żydowskim zaślubinom, rzeczywiście można lepiej zrozumieć, jak dochodzi do związku pomiędzy Chrystusem i wierzącym w Niego człowiekiem.

W tamtych czasach w Izraelu ojciec oblubieńca wyszukiwał synowi oblubienicę, wypłacał za nią określoną należność i wtedy następował akt zaręczyn. Podpisywano kontrakt, w którym oblubieniec zobowiązywał się, że zatroszczy się o całą przyszłość oblubienicy. Oblubieniec rozpoczynał przygotowanie domu, a oblubienica szykowała się do dnia ślubu i wesela, nie wiedząc, kiedy oblubieniec przyjdzie zabrać ją do ich wspólnego miejsca zamieszkania. W końcu następował ten wyczekiwany dzień zaślubin i czas wesela.

Czyż można lepiej zobrazować związek Chrystusa z Kościołem? Bóg Ojciec wybiera i pociąga człowieka do Syna Bożego. Nikt nie może przyjść do mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał [Jn 6,44] powiedział Jezus. Następnie grzesznik zostaje wykupiony ze swojej grzesznej przeszłości, ze wszystkich uzależnień, naturalnych powiązań i świeckiego środowiska. Wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego [1Pt 1,18-19]. Duch Święty wzbudza wiarę w sercu człowieka i w ten sposób powstaje osobista więź z Synem Bożym. Albowiem zaręczyłem was z jednym mężem, aby stawić przed Chrystusem dziewicę czystą [2Ko 11,2]. Tym samym Syn Boży bierze na Siebie odpowiedzialność za nasze zbawienie. Daje nam dar żywota wiecznego, a poprzez zadatek Ducha zapewnia wszystkich napełnionych Duchem Świętym, że doprowadzi do końca, to co z nimi zaczął i że zabierze ich do Siebie. Idę przygotować wam miejsce. A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie ja jestem [Jn 14,2-3].

Kościół - jako Oblubienica Chrystusowa - ma się przygotowywać na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o takiej godzinie, której się nie spodziewacie [Łk 12,40]. Wraz z ponownym przyjściem Chrystusa nadejdzie czas wesela Baranka.  Weselmy się i radujmy się, i oddajmy mu chwałę, gdyż nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się; i dano jej przyoblec się w czysty, lśniący bisior, a bisior oznacza sprawiedliwe uczynki świętych. I rzecze do mnie: Napisz: Błogosławieni, którzy są zaproszeni na weselną ucztę Baranka. I rzecze do mnie: To są prawdziwe Słowa Boże [Obj 19,7-9].

Czy wszystko w tym obrazie jest jasne? Kielich podczas Wieczerzy Pańskiej rozdzielany pomiędzy wiernych  obrazuje Nowe Przymierze, jakie Bóg zawarł z wierzącymi, poprzez krew Syna Bożego.

Z powyższych powodów odczytane Słowo Boże nakazuje konieczność rozsądzania Ciała Pańskiego i godnego przystępowania do Wieczerzy Pańskiej. W naszym tekście występują dwa ważne pojęcia: rozróżnianie i doświadczanie. Rozróżnianie, gr. diakrino, znaczy - rozdzielać, rozróżniać, rozstrzygać, rozsądzać. Albowiem kto je i pije niegodnie, nie rozróżniając ciała Pańskiego, sąd własny je i pije [w. 29]. To nie jest zwyczajne jedzenie chleba i picie wina. Udział w Wieczerzy Pańskiej domaga się rozróżnienia pomiędzy tym, co święte i godne, a tym, co jest duchowo nieczyste. Kto chce mieć udział w Łamaniu Chleba potrzebuje oddzielenia dla Pana! Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha demonów; nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu demonów [1Ko 10,21].

Aby należycie oddzielać się dla Chrystusa Pana, trzeba samego siebie wciąż na nowo poddawać próbie. Doświadczanie, gr. dokimadzo, znaczy próbować, doświadczać, poddać próbie, wybadać. Chodzi o zdolność duchową, niektórym ludziom zupełnie nieznaną. Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie; czy nie wiecie o sobie, że Jezus Chrystus jest w was? [2Ko 13,5]. Tylko ludzie dorośli i odrodzeni z Ducha Świętego potrafią na tyle wejrzeć w siebie, aby oczyścić się od wszelkiej zmazy ciała i ducha, dopełniając świątobliwości swojej w bojaźni Bożej [2Ko 7,1].

Oto dlaczego do Wieczerzy Pańskiej w naszym zborze przystępują wyłącznie osoby odrodzone duchowo i pojednane z Bogiem, będące we właściwych relacjach z innymi ludźmi. Oto dlaczego osobom przybliżonym i dzieciom zalecamy, aby z udziałem w Wieczerzy Pańskiej poczekali aż do chwili ich osobistego nawrócenia i przyjęcia chrztu wiary.

Coraz więcej wspólnot zaprasza do Wieczerzy wszystkich uczestników nabożeństwa, nawet dzieci, które do żadnego diakrino ani dokimadzo jeszcze nie są zdolne. My tak nie robimy, bo Słowo Boże mówi o konsekwencjach niegodnego jedzenia i picia przy Stole Pańskim. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winnym staje się Ciała i Krwi Pańskiej [1Ko 11,27]. Być winnym Ciała i Krwi Pańskiej to poważna sprawa. Taka wina musi wiązać się z konsekwencjami. Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też pomarło [1Ko 11,32].

Przystępowanie do Stołu Pańskiego z należytym respektem i oddzieleniem się dla Pana wzmacnia chrześcijanina duchowo i powoduje jego dalszy rozwój. Niegodny, lekkomyślny udział w Wieczerzy Pańskiej nie tylko mu nie pomaga, ale wręcz powoli go zabija i to nie tylko duchowo. Gdy ktoś ze zboru zachoruje nagle lub umrze, to najczęściej szukamy naturalnych przyczyn takiego stanu rzeczy. Nawet do głowy nam nie przychodzi, że mogło to nastąpić z omawianych tu powodów duchowych. Naprawdę warto o tym pomyśleć.

Oczywiście, nikt z nas nie potrafi policzyć, ile z znanych nam chorób i zgonów w kręgach chrześcijańskich nastąpiło z powodu niegodnego udziału w Wieczerzy Pańskiej. Zresztą, nie naszą rolą jest ocenianie innych ludzi. Słowo Boże zobowiązuje nas wszakże do rozsądzania znaczenia Ciała i Krwi Pańskiej. Przymusza nas też do należytej samooceny przed przystąpieniem do stołu Pańskiego. Jeżeli zaś sami siebie osądzimy, nie będziemy sądzeni. Lecz gdy jesteśmy sądzeni przez Pana, upomnienie otrzymujemy, abyśmy nie byli potępieni ze światem [1Ko 11,31-32].

Każdy własny ciężar poniesie – naucza Biblia [Ga 6,5]. Wieczerza Pańska jest nam dana, abyśmy wciąż na nowo karmili naszego wewnętrznego człowieka Ciałem i Krwią Pańską. Biorąc regularnie udział w Wieczerzy Pańskiej należycie pielęgnujemy społeczność z naszym Zbawicielem i Panem, Jezusem Chrystusem. Łamiąc chleb dajemy też świadectwo naszej jedności ze zborem Pańskim, a to ma również wielkie znaczenie w praktycznym zastosowaniu Bożego Planu Zbawienia. Chrystus Pan bowiem na ziemi działa poprzez zbór i na rzecz zboru.

Dlatego serdecznie zachęcam do godnego jedzenia i picia przy Stole Pańskim.

Dlaczego jedni mogą, a drudzy nie?

2018-04-24 - Marian Biernacki

Pisemna wersja kazania wygłoszonego w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku

Dlaczego jedni mogą, a drudzy nie?

Wielu dojrzałych duchowo chrześcijan stosuje dobrą zasadę, ażeby o innych mówić wyłącznie dobrze. Jeśli o kimś nie mają niczego dobrego do powiedzenia, to raczej w ogóle o nim nie mówią. Najwidoczniej Mojżesz również postanowił tak postąpić, gdy w ostatnich dniach życia chciał powiedzieć coś dobrego o każdym z plemion Izraela. Wszyscy zamienili się w słuch. Oto błogosławieństwo, którego Mojżesz, mąż Boży, udzielił Izraelitom przed swoją śmiercią [5Mo 33,1]. Słowa Mojżesza były mądre, wyważone i prawdziwe. Nawiązywały do zachowania, czynów i osiągnięć poszczególnych plemion Izraela, a w niektórych przypadkach zapowiadały także ich przyszłość.

 

Z własnego doświadczenia życiowego wiemy, że nie o każdym jednakowo dużo dobrego można powiedzieć. Na taką trudność napotkał też i Mojżesz. Przez ponad czterdzieści lat z wszystkimi plemionami Izraela wędrował z Egiptu do Kanaanu. Czegóż to nie naoglądał się, nie nasłuchał i nie naprzeżywał z nimi na pustyni?! Dobrze wiedział czym się charakteryzowali i aż nadto znał ich przeszłość. Jak wiele dobrego można było o nich powiedzieć?

 

Zaczynając od potomków najstarszego z synów Jakuba, Mojżesz powiedział jedynie: Niech żyje Ruben i niech nie umiera, niech mężczyzn jego będzie sporo [5Mo 33,6]. A o Danie rzekł: Dan jako lwie szczenię wyskakuje z Baszanu [5Mo 33,22]. Chociaż do wszystkich plemion był jednakowo pozytywnie nastawiony, to o kilku z nich - jak widać - nie za bardzo miał co mówić. Życzenie życia i licznego potomstwa to chyba niewiele, jak na czterdzieści lat wspólnej wędrówki z Rubenitami. Tylko parę dziwnych słów o Danie i to wszystko..? Zupełnie inaczej było z potomkami Józefa, Judy czy plemieniem Lewiego. W tym rozważaniu skupimy naszą uwagę właśnie na Lewim.

 

Słowo dla Lewiego: Twoje tummim i urim należą do twych pobożnych, których doświadczyłeś w Massa, z którymi walczyłeś u wód Meriba, do tego, który o ojcu i matce powiedział: Nie wziąłem na nich względu. I swoich braci nie rozpoznaje, i swoich synów nie zna, ponieważ strzeże Twych poleceń i dotrzymuje Twego przymierza. Niech tacy uczą Twych rozstrzygnięć Jakuba i Izraela — Twego Prawa. Niech spalają kadzidło, by Tobie pachniało, i całopalenia na Twoim ołtarzu. Błogosław, PANIE, jego trud, dziełu jego rąk bądź przychylny, skrusz biodra jego przeciwników, niech nienawidzący go nie powstaną [5Mo 33,8-11].

 

Każdy czytelnik Biblii wie, że wszyscy wędrujący do Ziemi Obiecanej Izraelici byli poddawani rozmaitym próbom. Wymienione wyżej Massa i Meriba można uznać za synonim licznych prób i doświadczeń wiary, którym Izraelici na pustyni byli poddawani. Nie znieczulajcie swoich serc jak w Meriba, lub jak w Massa, gdy byliście na pustyni [Ps 95,8] - śpiewano w Izraelu. Nie wszyscy w tych próbach jednakowo się zachowywali. Jedni wykazali się posłuszeństwem i wiernością Bogu. Drudzy kierowali się własnym rozumem i pożądliwościami ciała. Musiało to znaleźć odzwierciedlenie w końcowych słowach Mojżesza.

 

Weźmy na przykład zachowanie Lewitów pod górą Synaj. Powracający z tablicami Dekalogu Mojżesz po czterdziestu dniach nieobecności zastał Izraelitów zupełnie odwróconych. Ulali sobie złotego cielca. Bili przed nim pokłony, złożyli mu ofiary nazywając go swoim bogiem, który ich wyprowadził z ziemi egipskiej. Na tę okoliczność lud zasiadł do jedzenia i picia – a potem wstali, aby się bawić [2Mo 32,6]. Bałwochwalstwo i rozpasanie ludu przybrało takie rozmiary, że żadnymi słowami nie można już było tego powstrzymać. Mojżesz stanął zatem w bramie obozu i wezwał: Kto po stronie PANA - do mnie! I zebrali się przy nim wszyscy Lewici. Wtedy powiedział: Tak mówi PAN, Bóg Izraela: Uzbrójcie się w miecz! Przejdźcie tam i z powrotem, od bramy do bramy obozu i zabijajcie każdego, czy to brat, czy przyjaciel, czy ktoś bliski!  Lewici wykonali polecenie Mojżesza i padło tego dnia pośród ludu około trzech tysięcy mężczyzn. Wtedy Mojżesz powiedział: Przejmijcie dziś zadania, jakie PAN wam powierza! Każdy z was przecież wystąpił nawet przeciw własnemu synowi i bratu, by dostąpić dziś błogosławieństwa [2Mo 32,26-29].

 

Podobną postawą zabłysnął też później lewita Pinechas, gdy Izraelici dali się wciągnąć w nierząd z Moabitami. PAN zaś przemówił do Mojżesza: Pinechas, syn Eleazara, wnuk kapłana Aarona, odwrócił moje wzburzenie od synów Izraela. Uczynił tak przez to, że w swojej żarliwości wyraził wśród nich moją żarliwość. Dzięki temu, w mej własnej żarliwości, nie wytępiłem synów Izraela doszczętnie. Przekaż mu więc, że oto Ja zawrę z nim przymierze pokoju. Będzie ono dla niego i dla jego potomków przymierzem wieczystego kapłaństwa - za to, że okazał żarliwość dla swojego Boga i dokonał przebłagania za synów Izraela [4Mo 25,10-13].

 

W obydwu wspomnianych przypadkach Lewici wykazali się niezwykłą gorliwością w oddaniu się sprawie Bożej. Przez to sami się niejako wyświęcili do szczególnej służby pośród ludu Bożego. Pozwolę sobie tutaj na prostą ilustrację. Przejmując zabytkowy dwór w Gdańsku zastanawiałem się, komu mógłbym powierzyć w przyszłości pieczę nad siedzibą zboru. Od samego początku byłem zagadywany przez kilka osób, że chciałyby w nim zamieszkać, lecz w tej sprawie brakowało mi jasności. Odpowiedź przyszła niespodziewanie. Któregoś dnia wieczorem wjeżdżałem na nieogrodzoną jeszcze posesję, aby w nocy pilnować dworu. Ze zdumieniem zobaczyłem na dziedzińcu jakieś światło. Był to jeden z naszych młodych braci, który po pracy przyjechał wybierać cegły z kupy gruzu, a że nie mieliśmy jeszcze oświetlenia, robił to w światłach reflektorów swojego samochodu. Właśnie kogoś takiego chciałbym mieć jako opiekuna siedziby zboru – pomyślałem. I rzeczywiście tak się potem stało.

 

Lewici zwrócili uwagę Boga również tym, że postawili Go ponad własną rodziną i prywatnymi sprawami. Nie dziwię się, że Bóg chce mieć w swoich szeregach tego, który o ojcu i matce powiedział: Nie wziąłem na nich względu. I swoich braci nie rozpoznaje, i swoich synów nie zna, ponieważ strzeże Twych poleceń i dotrzymuje Twego przymierza [5Mo 33,9]. Taką postawę zaprezentował nam przecież sam Pan Jezus. Tymczasem przyszła Jego matka oraz Jego bracia. Zatrzymali się na zewnątrz i posłali do Niego wiadomość, aby Go przywołać. Wokół Niego natomiast siedział tłum. Donieśli Mu zatem: Twoja matka, Twoi bracia i Twoje siostry stoją na zewnątrz i proszą, abyś wyszedł. Wtedy im odpowiedział: Kto jest moją matką i moimi braćmi? Po czym powiódł oczyma po tych, którzy wokół Niego siedzieli, i oświadczył: Oto moja matka i moi bracia. Każdy bowiem, kto spełnia wolę Boga, ten jest moim bratem i siostrą, i matką  [Mk 3,31-35].

 

Bóg widząc w Lewitach gorliwość i całkowite nastawienie serca na to, co miłe w Jego oczach, ustami Mojżesza obwieścił im, że przeznacza ich do szczególnie ważnych i zaszczytnych zadań w Izraelu.

 

Po pierwsze, otrzymali od Boga prawo rozsądzania i rozstrzygania w ważnych sprawach. Tummim są twoje i urim są twoje [5Mo 33,8]. Słowa urim i tummim tłumaczone z hebrajskiego znaczą - światłość i doskonałość. Do napierśnika sądu każesz włożyć urim i tummim. Mają one pozostawać na sercu Aarona, gdy będzie wchodził przed oblicze PANA. W ten sposób Aaron będzie przed obliczem PANA wciąż nosił na sercu Jego rozstrzygnięcia dotyczące synów Izraela [2Mo 28,30]. Napierśnik to element stroju arcykapłana. Ozdobiony był dwunastoma oprawionymi w złoto drogimi kamieniami, ułożonymi w czterech rzędach, które symbolizowały dwanaście plemion izraelskich. Arcykapłan, wchodząc do miejsca zwanego Święte Świętych, miał zawsze nosić napierśnik na sercu, aby ustawicznie pamiętał przed Panem imiona synów Izraela.

 

W napierśniku przechowywane były losy urim i tummim, służące do zasięgania Bożych wyroczni. Arcykapłan posługiwał się nimi, gdy pojawiała się poważna kwestia do rozstrzygnięcia. Jak praktycznie przebiegał proces rozpoznawania woli Bożej poprzez urim i tummim -  to wciąż owiane jest tajemnicą. Z Biblii wiadomo, że nie każdy kapłan mógł skutecznie to robić [zob. Ezdr 2,63]. Losy te działały tylko w przypadku kapłana prowadzącego uświęcone życie. Przed Bogiem tylko "doskonałość" spotyka się ze "światłością". Kapłan wyjmował przed Panem obydwa losy i jeden z nich - "tak" lub "nie" - w jego oczach zaczynał jaśnieć. Raz Bóg dawał urim, a innym razem tummim [zob. 1Sm 14,41]. Jak najbardziej zgadza się to z dzisiejszym prowadzeniem wierzących ludzi poprzez Ducha Świętego. Wielu chrześcijan nie wie, jak w danej chwili i sprawie należy postąpić. Potrzebują mentorów, wskazówek, szkoleń i temu podobnych rzeczy. Napełniony Duchem Świętym i na co dzień żyjący według Ducha chrześcijanin, w stosownej chwili ma jasność, jaka jest wola Boża.

 

Lewici dostąpili zaszczytnej roli sędziów w narodzie. Obwieszczali wolę Bożą, bo zdali egzamin z ponadprzeciętnego przywiązania do Boga. W czasie doświadczeń i prób, w krytycznych chwilach odstępstwa Izraela, wszystko inne odsuwali na dalszy plan, a przede wszystkim gorliwie bronili sprawy Bożej. Właśnie dlatego Bóg wyznaczył im też rolę nauczania Słowa Bożego. Niech tacy uczą Twych rozstrzygnięć Jakuba i  Izraela - Twego Prawa [5Mo 33,10]. Nie każdy nauczyciel ma Boże kwalifikacje, ażeby nim być. Nie wiesz? A przecież nie jesteś zwykłym nauczycielem Izraela [J 3,10] – zadziwił się Jezus nad Nikodemem, który nie miał pojęcia, czym jest nowe narodzenie.

 

Biblia mówi, że pozycja nauczyciela wpośród ludu Bożego musi mieć konkretne uzasadnienie. Dlaczego Lewici, a nie, na przykład, Danici, otrzymali od Boga zadanie nauczania Słowa Bożego? Ponieważ charakteryzowali się stałością i gorliwością w oddaniu Panu. Dlaczego apostołowie kierowani Duchem Świętym we wczesnym kościele wyznaczali do przywództwa i nauczania mężczyzn? Nie pozwalam zaś kobiecie pouczać ani kierować mężem. Niech pozostaje w ciszy. Bo najpierw został ukształtowany Adam, potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz kobieta, gdy uległa zwiedzeniu, dopuściła się przestępstwa. Niech raczej spełnia się w macierzyństwie, pozostając w wierze, w miłości i w rozważnym poświęceniu [1Tm 2,12-15]. Taka jest argumentacja Słowa Bożego.

 

Po trzecie, z racji właściwego zachowania w wielu doświadczeniach i próbach, Lewitom przypadła służba przy Bożym ołtarzu. Niech spalają kadzidło, by Tobie pachniało, i całopalenia na Twoim ołtarzu [5Mo 33,11]. Nie każdy chętny mógł tę służbę pełnić. Swego czasu nawet i samego króla trzeba było w tej sprawie wezwać do opamiętania. Nie twoja to rzecz, Uzzjaszu, składać ofiary z kadzidła Panu, rzecz to kapłanów, synów Aarona, którzy są poświęceni na to, by kadzić. Wyjdź z przybytku, gdyż dopuściłeś się zniewagi, a nie przyniesie ci to chwały przed Panem, Bogiem [2Krn 26,18].

 

Przypominam, że tzw. powszechne kapłaństwo wierzących polega na tym, że każdy z nas jest kapłanem własnej duszy i sam za siebie odpowiada przed Bogiem. Nie oznacza, że wszyscy mogą pełnić każdą posługę. To Bóg ustanawia i powołuje w kościele konkretne osoby, wyznaczając im poszczególne zadania. Dlaczego Arcykapłanem wszechczasów Bóg ustanowił Jezusa? Dlaczego Dwunastu – to sami mężczyźni? Czy wszyscy są apostołami? Czy wszyscy prorokami? Czy wszyscy nauczycielami? [1Ko 12,29]. Tak jak służbę Bożą w okresie Starego Przymierza pełnić mogli tylko wypróbowani wcześniej i wyznaczeni przez Boga Lewici, tak i w czasach Nowego Przymierza służbę duchową określa Słowo Boże, a nie wpływy kulturowe, ludzkie pragnienia lub poglądy.

 

Nie o każdym człowieku można to samo i tyle samo dobrego powiedzieć. Gdybym twój pastor miał wypowiadać się o każdym po kolei członku zboru to – jak myślisz? Co miałby do powiedzenia o tobie?  A co o nas powie Chrystus Pan, gdy staniemy przed Bożym obliczem? Wtedy naprawdę nie będzie ważne, co mówili o nas ludzie. Dlatego warto zrobić wszystko, aby zyskać upodobanie w oczach Pana.

 

Lewici zaświecili nam przykładem, jak najlepiej można wpisać się w historię Królestwa Bożego i zyskać sobie wysokie stanowisko i prawo występowania w sprawie wiary, która jest w Chrystusie Jezusie [1Tm 3,13].  Doskonałym tego przykładem jest sam Jezus Chrystus. Dzięki Jego postawie u Niego jest ostateczne urim i tummim we wszystkich kwestiach. On jest naszym Nauczycielem. Także dzięki Niemu nasze życie jest miłym kadzidłem przed Bogiem. Gdy z racji wiary w Jezusa Chrystusa przyjmujemy postawę Lewitów – Bóg myśli o nas tylko dobrze i mówi same dobre rzeczy. Dlaczego? Bo gdy jesteśmy w Chrystusie i Bóg patrząc na nas, widzi już nie nas, ale Syna swego umiłowanego.

 

Taka pozycja w oczach Bożych ma swoją cenę. Nie można było zachowywać się jak Ruben, a otrzymać błogosławieństwo Lewiego. Jeśli więc ktoś zachowa siebie czystym od rzeczy pospolitych, będzie naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, gotowym do wszelkiego dobrego dzieła [2Tm 2,21]. W zapale bądźcie niestrudzeni, duchem płomienni, w Panu – gotowi do służby [Rz 12,11].

Zanim zmienisz zbór i miejsce służby

2018-03-09

Przestroga przed konsekwencjami samowoli

Zanim zmienisz zbór i miejsce służby

Wyobraź sobie, że jesteś plantatorem truskawek. W środku sezonu wyznaczyłeś swojemu pracownikowi konkretny fragment plantacji do zbioru owoców. Rankiem zawiozłeś go tam i wytłumaczyłeś, co i jak ma w tym miejscu robić. Przyjeżdżając w południe po kosze z truskawkami odkryłeś, że twój pracownik opuścił wyznaczone mu miejsce. Poszedł sobie zbierać  truskawki na innym polu, tam - gdzie jego zdaniem truskawki są ładniejsze i łatwiej się je zbiera.

Nie pytam, jak zareagowałbyś na taką samowolę swojego pracownika. Pytam natomiast, czy Chrystus Jezus -  Pan Żniwa, ma prawo oczekiwać, że Jego słudzy będą pracować dla Niego w wyznaczonym im miejscu? Czy którykolwiek chrześcijanin na własną rękę może wybierać sobie miejsce swej służby i zmieniać je samowolnie? Czy możemy służyć Bogu  gdziekolwiek i jakkolwiek nam się spodoba, czy raczej winniśmy trzymać się określonego dla nas zadania i wykonywać je we wskazanym miejscu?

Żaden przedsiębiorca nie zgodzi się na to, ażeby jego pracownicy krążyli w ciągu dnia po firmie, samowolnie zmieniając sobie stanowisko pracy i  rodzaj zajęcia. Dlaczego mielibyśmy więc sądzić, że w Królestwie Bożym dozwolone jest samowolne przemieszczanie się pracowników Pańskich?  Biblijne opisy Wczesnego Kościoła wskazują na ścisłe kierownictwo Ducha Świętego w określaniu miejsca i zakresu służby poszczególnych osób. Oto kilka przykładów: W Antiochii, w tamtejszym kościele, prorokami i nauczycielami byli: Barnaba, Symeon, noszący przydomek Niger, Lucjusz Cyrenejczyk, Manaem, który wychowywał się z tetrarchą Herodem, oraz Saul. W czasie gdy prowadzili publiczne nabożeństwo i pościli, Duch Święty powiedział: Oddzielcie mi Barnabę i Saula do tego dzieła, do którego ich powołałem [Dz 13,1-2]. Paweł natomiast obstawał przy tym, że lepiej nie zabierać z sobą kogoś, kto opuścił ich w Pamfilii i nie brał już udziału w ich dalszej pracy [Dz 15,38]. Uważajcie na samych siebie i na całą trzodę, w której was Duch Święty ustanowił przełożonymi [Dz 20,28]. On też uczynił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, jeszcze innych duszpasterzami i nauczycielami... [Ef 4,11].

Pierwszym czynnikiem określającym miejsce zaangażowania chrześcijanina w służbę jest środowisko, w którym rodzi się on duchowo. Podobnie jak przychodzące na świat dziecko w konkretnej rodzinie ma tym samym określone miejsce, gdzie będzie wyrastać, uczyć się i brać na siebie część obowiązków wspólnego zamieszkiwania, tak też niemowlę duchowe rodzi się w środowisku konkretnego zboru, aby właśnie w nim rosnąć, z czasem stając się użytecznym dla Boga i miejscowych ludzi. W świetle Biblii widać, że nawet stan cywilny nie jest tu bez znaczenia. Niech zatem każdy postępuje tak, jak mu wyznaczył Pan i jak go powołał Bóg. Tej zasady się trzymam we wszystkich kościołach. Ktoś został powołany jako obrzezany? Niech nie ukrywa obrzezania. Ktoś jako nieobrzezany? Niech się nie obrzezuje. […] Bracia, niech każdy pozostanie przed Bogiem w tym stanie, w którym został powołany [1Ko 7,17-24].

Chrystus Pan jako Głowa Kościoła troszczy się o poszczególne zbory. Dla ich dobra i rozwoju powołuje w nich do życia duchowego nowe, konkretne osoby. Nikt i nic w zborze nie pojawia się przypadkowo. Bóg ma swoje plany z każdym lokalnym zborem. Stosownie do tych planów sprawia, że w danej społeczności nawracają się określone osoby. Zamierzając posługiwać się jakimś zborem np. w dziedzinie muzyki lub pracy społecznej, Pan przydaje do zboru ludzi właśnie z takim obdarowaniem. Nie rozumiejąc tego niektórzy chrześcijanie - zamiast dążyć do rozpoznania swej roli na miejscu - rozglądają się za zewnętrznym miejscem aktywności, innym niż ich rodzimy zbór. Samowolnie opuszczają wyznaczone im stanowisko, a ich zbór nie jest w stanie spełnić roli wyznaczonej mu przez Boga.

Nie ma dla chrześcijanina ważniejszej sprawy ponad tę, żeby być posłusznym Bogu i wiernie wykonywać powierzone mu zadania w miejscu wyznaczonym przez Głowę Kościoła. Kto więc jest tym sługą wiernym i roztropnym, którego pan postawił nad czeladzią swoją, aby im dawał pokarm o właściwej porze? Szczęśliwy ów sługa, którego pan jego, gdy przyjdzie, zastanie tak czyniącego [Mt 24,45-46]. Trwożę się na myśl o tym, co czeka osoby, które do służby Bożej i miejsca jej pełnienia podchodzą tak, jakby to nie Chrystus, a oni sami byli jej panami.

Nie wiem, jak Chrystus Pan będzie nas rozliczał za tego rodzaju samowolę, ale wyraźnie dostrzegam problem. Wiem, że istniejącą od ponad dwu dekad wspólnotę Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE Bóg powołał do wielkich zadań duchowych w Gdańsku. Jak daleko posunęlibyśmy się już w wypełnieniu woli Bożej dla naszego zboru, gdyby wszystkie nowo narodzone tu osoby pozostały w wyznaczonym im przez Boga miejscu służby? Zjawisko samowolnej zmiany przynależności do zboru i przenoszenia swej aktywności do bardziej dogodnego miejsca, dotyczy nie tylko zboru, w którym posługuję. Ze smutkiem dowiaduję się i od innych pastorów, że np. niektórzy ich muzycy zaniedbują posługę muzyczną u siebie, łatwo dając się werbować do grania gdzieś daleko od domu. Inni ciągle wyjeżdżają gdzieś na akcje charytatywne do innych miast, podczas gdy służba socjalna ich własnego zboru cierpi na brak rąk do pracy.

Czy można tak postępować w Kościele i nie ponieść z tego tytułu żadnych konsekwencji? Również aniołów, którzy nie dbali o powierzone im stanowisko, lecz porzucili swój obszar działania, zatrzymał w wiecznych więzach i w mroku na wielki dzień sądu [Jd 1,6]. Serce mi drży na myśl o tym, że swoją samowolą miałbym stanąć w poprzek Bożym planom dla zboru i miasta, w którym Bóg wyznaczył mi służbę. Jeżeli aniołów, którzy odeszli z miejsc dla nich przeznaczonych, zatrzymał w ciemnościach, krępując ich więzami wiecznymi, aż do dnia wielkiego sądu [Jd 1,6 wg BW-P] to skąd pomysł, że mnie wolno w niedzielę pojechać sobie gdzie chcę i służyć tam, gdzie lubię..?

I mówił im: Żniwo co prawda wielkie, ale robotników mało. Proście przeto Pana żniwa, żeby posłał robotników do swego żniwa. Idźcie, oto posyłam was jak owce między wilki. […] Macie też pozostawać w tym samym domu, jedząc i pijąc to, co wam dadzą. Wart jest bowiem robotnik zapłaty swojej. Nie przenoście się z domu do domu [Łk 10,2-7 wg Biblii W-P]. 

Jeżeli Pan Żniwa posłał nas do pracy w określonym miejscu, lepiej dla nas, gdy okażemy Mu posłuszeństwo i pozostaniemy na wyznaczonym stanowisku, niezależnie od tego, jak wiele innych miejsc kusi nas milszym towarzystwem i lepszymi warunkami służby.

Przenosząc się do innego zboru i miejsca zaangażowania duchowego, trzeba mieć absolutną pewność, że taka jest wola Boża.

Kobiety tobą rządzą?

2018-03-08 - Marian Biernacki

Jeszcze raz w kwestii przywództwa kobiet w zborze

Kobiety tobą rządzą?
Obok wielu spraw poruszających środowiska ewangelicznego chrześcijaństwa w naszym kraju wciąż nie cichnie dyskusja, czy kobiety powinny stawać na czele zboru oraz czy z jego kazalnicy mogą nauczać Słowa Bożego? Również w środowisku Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku temat – jak świadczy bieżące wydanie miesięcznika PS – jest żywy. Wielokrotnie zabierałem już głos w tej sprawie i nie zamierzam powtarzać tu jednoznacznych wskazówek nauki apostolskiej. Ponieważ odnoszę wrażenie, że po obydwu stronach debaty przywołano już większość argumentów, pozwolę sobie tym razem zwrócić uwagę jedynie na prorockie zawołanie z przełomu VIII i VII wieku przed Chrystusem. Ludu mój! Twoi ciemiężcy są niczym dzieci! Kobiety tobą rządzą! Ludu mój! Zwodzą cię twoi przewodnicy! Gmatwają twoje ścieżki [Iz 3,12 wg BE].
 
Powyższa wypowiedź proroka Izajasza jest częścią szerszego proroctwa skierowanego do Judejczyków,  zatytułowanego w Biblii Ewangelicznej - Kres świetności i powodzenia. Bałwochwalstwo, samowola i otwarte nieposłuszeństwo ludu Bożego okresu Starego Przymierza musiało wywołać gniew Boży i sprowadzić na nich sąd. Zanim doszło do najazdu Babilończyków i upadku Jerozolimy, prorok zauważył w królestwie Judy dziwne zjawisko w sferze przywództwa. Książęta ludu mego są dziećmi, a niewiasty panują nad nimi. O ludu mój! ci, którzy cię wodzą, zwodzą cię, a drogę ścieżek twoich ukrywają [Iz 3,12 wg Biblii Gdańskiej].
 
Przywództwo ludu Bożego było sprawą na tyle poważną, że sam Bóg określał, kto ma stać na jego czele i sam przywódców Izraela ustanawiał. Wskazani przez JHWH mężowie Boży; Mojżesz, Jozue, Samuel i kolejni sędziowie, a potem namaszczani świętym olejem królowie, prowadzili zasadniczo lud Boży zgodnie z wolą Bożą. Problemy się zaczęły, gdy do władzy zaczęli dochodzić ludzie już wg innego klucza, a nie ze wskazania Bożego. Nie dbając o wyraźne wskazówki Tory rządzili bezbożnie i po swojemu.  Znamy z Biblii sytuacje, gdy na króla ustanowiono dzieciaka, a też, gdy żona króla miała więcej do powiedzenia niż sam król. Co gorsza, działo się to przy aprobacie ludzi odpowiedzialnych przed Bogiem za ustanawianie władzy.
 
Dwie myśli cisną się do głowy po przeczytaniu powyższego Słowa od Pana do Judejczyków. Odnoszę je do współczesnego zboru chrześcijańskiego.
 
Po pierwsze, najwidoczniej źle się dzieje, gdy na czele ludu Bożego zaczynają stawać dzieci i kobiety. Oznacza to kres świetności i powodzenia zboru. Kres – oczywiście - w sensie duchowym, bo pod względem socjologicznym wspólnoty z młodzieżą i kobietami na czele jak najbardziej dziś rozkwitają. Można nawet odnieść wrażenie, że zbór dzięki tym zmianom dopiero zaczął żyć. Jeden z pastorów stwierdził swego czasu, że dopuszczając kobiety do przywództwa i nauczania w zborze, uwolnił namaszczenie Ducha Świętego nad zborem. Cokolwiek jednak powie jeden czy drugi, Biblia mówi, że rolą młodzieży i kobiet nie jest przywództwo. Na czele zboru mają stać starsi, których obdarowanie i kwalifikacje są dość szczegółowo opisane w Piśmie Świętym. Żadne dziecko ani żadna kobieta – ze względów naturalnych -  nie są w stanie tych wymogów spełnić.
 
Po drugie, rolą przewodników ludu Bożego jest prowadzenie, a nie zwodzenie. Tak jak w Judzie doszło do wspomnianego nieposłuszeństwa Słowu Bożemu za sprawą chwiejnych kapłanów i królów, tak i we współczesnym chrześcijaństwie mielibyśmy jasność w kwestii przywództwa, gdyby nie rozchwianie duchowe prezbiterów kościoła. Słuchając wypowiedzi niektórych z nich odnoszę wrażenie, że bardziej zależy im na ukryciu, a przynajmniej - stępieniu ostrości wypowiedzi apostolskich, aniżeli na zaprezentowaniu ich rzeczywistego stanowiska. Mocno pogmatwana argumentacja, a na końcu jednoznaczny wniosek, że kobiety mogą nauczać i stać na czele zboru – taki jest mój odbiór nauczania kilku prezbiterów, które wysłuchałem.
 
Bracia i Siostry! W imię Boże proszę, nie zmieniajmy w zborze niczego, w czym Słowo Boże nakazuje nam stałość i obowiązek trzymania się nauki apostolskiej! Ludu mój! Zwodzą cię twoi przewodnicy! Gmatwają twoje ścieżki. Nie chcę nigdy stanąć pod takim zarzutem. Dlatego trzymam się tej zasady, że siłą apostolskiego autorytetu przywództwo w zborze zostało przypisane powołanym do tego mężczyznom. Nie próbujmy tego zmieniać. Skoncentrujmy się na tym, co w świetle Biblii ewidentnie zmian wymaga.

Dlaczego tylko w świątyni?

2018-02-09 - Marian Biernacki

o wyjątkowości posługi duchowej

Dlaczego tylko w świątyni?

Czytałem dziś rano w Księdze Wyjścia instrukcję przygotowywania olejku do poświęcania przez namaszczenie oraz kadzidła. Obydwa specyfiki miały być wykonane wg ścisłej receptury. Mogły być używane wyłącznie przez kapłanów i tylko w służbie Bożej.

Ten olejek należy do Mnie i będzie on służył do poświęcania przez namaszczanie po wszystkie wasze pokolenia. Nie wolno go nakładać na ciało innych ludzi ani sporządzać olejku o takim samym składzie. Olejek ten bowiem jest święty — i za taki macie go uważać. Ktokolwiek przygotuje olejek o takim samym składzie lub ktokolwiek nałoży go na osobę, dla której nie jest on przeznaczony, zostanie usunięty spośród swojego ludu [2Mo 30,31-33].

Kadzidło to będzie dla was największą świętością. Kadzidła o takim składzie nie sporządzajcie dla siebie. Masz je traktować jako święte — dla PANA. Ktokolwiek sporządzi takie jak to, aby używać go jako pachnidła, zostanie usunięty spośród swojego ludu [2Mo 30,36b-38].

Bóg ustanowił wyraźną różnicę pomiędzy tym, co było używane w służbie świątynnej, a wszystkim pozostałym, służącym do codziennego użytku. Proszę zauważyć, że skład i sposób przyrządzania  olejku i kadzidła wcale nie były ukryte i sekretne, jak receptura pączków u A. Blikle'go. Każdy Izraelita miał wiedzieć, co za olejek i kadzidło są używane w służbie Bożej. Jednak absolutnie nie wolno im było przygotowywać ich i używać dla celów poza świątynnych.

Stosując te zasady do dzisiejszej posługi w kościele można powiedzieć, że ani słudzy Boży, ani to, czego używają w służbie, a nawet i sama służba duchowa nie są mistyczne ani tajemnicze. Wszystko jest jawne i odbywa się wg powszechnie znaej "receptury" ewangelii Chrystusowej. Jednakże to, co jest używane  w służbie Bożej powinno być oddzielone od celów pospolitych. Innymi słowy, gitara używa podczas niedzielnego uwielbiania Boga nie powinna, nie ma prawa grać wcześniej ani później w bezbożnym rozgwarze i oparach alkoholowych nocnego klubu muzycznego. Nie możecie pić z kielicha Pańskiego i z kielicha demonów. Nie możecie brać cząstki ze stołu Pańskiego i stołu demonów [1Ko 10,21]. Osoby usługujące w kościele, z racji poświęcenia Panu, nie mogą udzielać się w bezbożnych lub bałwochwalczych imprezach. Nie możecie służyć Bogu i mamonie [Łk 16,13].

Żyjemy w czasach swobodnego mieszania świętego z pospolitym. Światowe trendy, metody, środki i zwyczaje powszechnie stosuje się w kościele, a określoną w Biblii świętość osób i akcesoriów służby Bożej ma się za nic. Gdzie podziała się powaga nabożeństwa chrześcijańskiego, chrztu wiary czy sprawowania Wieczerzy Pańskiej? Olejek poświęcenia leje się na prawo i lewo, bez należytej troski o uświęcenie życia namaszczanych, a kadzidło, miast uatrakcyjniać wyłącznie czas i miejsce zgromadzenia świętych,  staje się pachnidłem uprzyjemniającym prywatne i beztroskie życie kościelnych celebrytów. Wszystko, co jest przyniesione do domu Bożego i złożone w ofierze, jest poświęcone Panu i nie ma prawa być używane do zaspokajania prywatnych zachcianek i przyjemności.

Bogu niech będą dzięki, że mamy w Kościele i w poszczególnych zborach ludzi prawdziwie poświęconych Bogu i oddanych w służbie Bożej. Nie na każdego należy wylewać olej namaszczenia i go poświęcać. Bogu niech będą dzięki, że mamy miejsca i sprzęty przygotowane i przeznaczone do pełnienia posługi duchowej. Doceniamy nastrój domu Bożego i miejsce przebywania Jego chwały [Ps 26,8], bo pachną nam, niczym święte kadzidło. Nie opuszczajmy wspólnych zgromadzeń zboru i nie próbujmy kadzidlanej atmosfery stwarzać sobie w domu na użytek własny i swojego "kościoła domowego".

Tak Bóg postanowił, że niektóre czynności, przedmioty i miejsca mają być oddzielone od tego, co pospolite. Miejcie wiarę w Boga!

Życzenia świąteczne 2017

2017-12-23

Członkom i Przyjaciołom Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku

Życzenia świąteczne 2017

Syn Boży powiedział: Ja przyszedłem na świat jako światło, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostał w ciemności [J 12,46]. Zakomunikował też swoich uczniom: Jak Mnie posłał  Ojciec, tak i was posyłam [J20,21] i na nich przeniósł Swoje posłannictwo: Wy jesteście światłem świata. […] Tak niech i wasze światło świeci wobec wszystkich. Niech ludzie zobaczą wasze szlachetne czyny i wielbią waszego Ojca w niebie [Mt 5,14-16].

Moje tegoroczne życzenia świąteczne mocno wiążą się z nałożonym na nas zadaniem bycia światłem w otaczającym nas świecie. Chcę zainspirować nas wszystkich pragnieniem, abyśmy – ku czci naszego Pana, Jezusa Chrystusa – tak jak On, dobrze świecili w duchowych mrokach świata.

Każdemu z nas, kto już jest chrześcijaninem, życzę abyśmy mocniej zapalając się dla Jezusa, nabierali zdolności do świecenia jaśniej niż dotychczas. Życzę nam kierownictwa Ducha Świętego, byśmy – nie krytykując duchowych ciemności panujących wśród naszych drogich Rodaków – dostrzegali w tym mroku daną nam sposobność do sprawdzania się jako światło świata. Życzę, abyśmy wszędzie tym światłem byli. Mamy przed sobą wielkie zadanie i z radością je pełnijmy!

Wszystkim zaś moim Znajomym, którzy jeszcze naśladowcami Jezusa Chrystusa nie są, życzę, abyście któregoś dnia za sprawą Ducha Świętego i Pisma Świętego również doznali olśnienia. Życzę wam kontaktu z kimś, kto - sam oświecony przez zamieszkującego w nim Syna Bożego - stanie się światłem przewodnim na drodze Waszego poznania Boga. Ośmielam się mieć marzenie, żeby i mnie dane było choć troszkę tych duchowych lumenów Wam dostarczyć. Niech się stanie światło! 

Nie przestawaj czekać!

2017-12-06 - Marian Biernacki

Najnowsze rozważanie niedzielne w wersji pisemnej

Nie przestawaj czekać!

Każdy z nas na coś czeka. Różnej rangi są cele naszych oczekiwań, lecz bywa, że nawet w drobnych sprawach towarzyszą nam w tym silne emocje i rozterki. Wbrew pozorom czekanie proste nie jest. Dlatego dzisiaj właśnie o czekaniu porozmawiamy, a ściślej o tym, ażeby czekania nie zaprzestawać!

Za kanwę naszego rozważania niech posłuży nam sytuacja w Judei z przełomu VII i VI wieku przed Chrystusem, tuż przed najazdem i deportacją wielu jej obywateli do Babilonu. Dla ludzi bogobojnych były to czasy wielkiego dyskomfortu z powodu grzechów Judy i zerwanej więzi z Bogiem. Rządy sprawowali wówczas niesprawiedliwi i bezbożni królowie, co nieuchronnie prowadziło do moralnego upadku całego narodu.

Jednym z proroków Bożych, któremu przyszło się zmierzyć z tą sytuacją był prorok Habakuk. Ten sługa Boży wielce tęsknił za naprawieniem relacji z Bogiem. Największą wartością dla człowieka wierzącego jest przecież pokój z Bogiem! Wyczekujący na dobrą zmianę Habakuk miał świadomość, że pojednanie z Bogiem nie nastąpi bezboleśnie. Grzechy same przecież nie odchodzą. Dobrze znane w Judzie Prawo Boże mówiło, że karą za grzech jest śmierć! Ażeby cieszyć się z oczyszczenia i pojednania z Bogiem, trzeba było ponieść konsekwencje nieposłuszeństwa wobec Niego. Dlaczego?

Rozwińmy ten temat. Otóż Bóg nie jest obojętny. Wszelki przejaw bezbożności i niesprawiedliwości ludzi, którzy nieprawością tłumią prawdę, spotyka się z gniewem nieba [Rz 1,18]. Gniew Boży z powodu grzechu Judy musiał znaleźć ujście w celu naprawienia relacji. We wzburzeniu kroczysz po ziemi, w gniewie depczesz narody. Wyruszyłeś dla zbawienia Twojego ludu, dla zbawienia swojego pomazańca, zmiażdżyłeś szczyt domu bezbożnego, obnażyłeś fundament aż do skały [Hb 3,12-13].  Narzędziem sądu mieli być najeźdźcy – Chaldejczycy – co zapowiadało straszny czas, szereg przykrości i nieszczęść [zob. 2Krl 24 i 25]. Jednakże spoza tego nieszczęścia już przebłyskiwała Habakukowi radość z naprawionych relacji z Bogiem.

Dla osiągnięcia tego celu warto było nie tylko nie unikać sądu Bożego, ale nawet go z utęsknieniem wyczekiwać. Prorok Habakuk dobrze to wiedział i rozumiał. PANIE, usłyszałem Twą wieść! Przeraziło mnie, o PANIE, Twoje dzieło! Wzbudź je z biegiem lat, z biegiem czasu spraw jego poznanie, a we wzburzeniu pamiętaj o miłosierdziu! [Hb 3,2]. Ponieważ to wyczekiwanie wiązało się z atmosferą napięcia w narodzie i zrozumiałym prawdopodobieństwem sporej huśtawki nastrojów, Bóg skierował pod adresem proroka następujący apel: Zapisz to widzenie wyraźnie na tablicach, tak by ten, kto czyta, mógł to czynić bez trudu. Gdyż widzenie wciąż czeka na czas oznaczony, lecz wypełni się przy końcu – nie zawiedzie. Choćby się spóźniało, nie przestawaj czekać, gdyż spełni się na pewno i niezwłocznie [Hab. 2,2-3]. Bóg zapewnił, że czekający na moralne uzdrowienie Judy ludzie, jak najbardziej mają na co czekać i na pewno doczekają się radosnych dni. Chodziło o to, ażeby w tym czekaniu wytrwali.

Prorok Boży tak bardzo nastawił się na zbawienne skutki zbliżającego się sądu Bożego, że jego serce wypełniła radość w Panu. Pomimo szeregu nieuchronnych przykrości cieszył się nadchodzącym oczyszczeniem i naprawieniem relacji z Bogiem. Choćby nie zakwitły figowce, winorośl straciła swój plon, zabrakło na drzewach oliwek i nadziei na chleb z plonów pól; choć w zagrodach wybito by owce, obory opustoszałyby z krów, ja jednak będę radował się w PANU, cieszył Bogiem mojego zbawienia [Hb 3,17-18]. Zbliżający się sąd Boży oznaczał dla Habakuka wejście na duchowe wyżyny.

Czasem słyszymy, że ktoś na coś czekał i się nie doczekał.  Na przykład, nie żyjąca od października 2014 roku gdyńska aktorka Anna Przybylska mówiła tuż przed śmiercią: – Chciałabym jeszcze trochę pożyć, chciałabym doczekać się wiosny. Czekała na wiosnę, lecz się jej nie doczekała. To oczywista i wielka  przykrość, lecz całkowicie niezależna od osoby czekającej. Nie o takim czekaniu tu mowa.

Rozmawiamy teraz o sytuacji, gdy słusznie na coś czekaliśmy, lecz w pewnym momencie się zniecierpliwiliśmy i odstąpiliśmy od dalszego czekania. Ach, gdybyśmy wytrzymali jeszcze troszkę i nie zaprzestali czekać, to byśmy się doczekali. Czekałem kiedyś na autobus. Minęła rozkładowa godzina przyjazdu, a on nie nadjeżdżał. Czekałem, czekałem, aż w końcu nie wytrzymałem i odszedłem z przystanku, by przy wylocie z miasteczka łapać tzw. "okazję". Po przejściu kilkuset metrów zobaczyłem, jak upragniony autobus zatrzymuje się na przystanku, lecz mnie już tam nie było… Do dzisiaj pamiętam przykrość żalu mieszającego się ze złością na samego siebie, który wówczas ścisnął mi serce.

Pomyślmy o odczuwanym przez grzesznika ciężarze z powodu grzechu i życia z dala od Boga. Zazwyczaj towarzyszy temu niepokój, smutek, rozdrażnienie, jakieś próby zagłuszenia sumienia albo pogłębiająca się obojętność i depresja. Świadczy to o potrzebie pojednania się grzesznika z Bogiem. Lecz z kary za grzech nie można się ot tak, po prostu wywinąć; otrzepać ręce i jakby nigdy nic zacząć sobie nowe życie. Ktoś zawsze musi wypić kielich gniewu Bożego z powodu popełnionego grzechu.

Na szczęście dla każdego grzesznika jest nam zwiastowana dobra nowina o Jezusie Chrystusie. Głosi ona, że Syn Boży przyszedł na świat w ludzkim ciele i wziął na siebie Boży gniew z powodu popełnionych przez nas grzechów. Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg nie posłał swego Syna na świat, aby wydał On na świat wyrok, lecz aby świat został przez Niego zbawiony [J 3,16-17].

Ale uwaga! Przez sam fakt śmierci Jezusa na krzyżu automatycznie nie następuje dla każdego człowieka pojednanie z Bogiem, zbawienie od grzechu i nie przychodzi radość zbawienia. Grzesznik, jeśli chce pokoju z Bogiem, musi osobiście uwierzyć w Jezusa Chrystusa. Jak to odbywa się w praktyce? Otóż gdy człowiek zostanie nawiedzony przez Ducha  Świętego, gdy usłyszy ewangelię i ją przyjmie, wówczas zaczyna się w nim wspaniały proces zbawienia. Rodzi się wiara w Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego. Następuje nowe narodzenie z wody i z Ducha. Grzesznik zostaje zbawiony od mocy grzechu i praktycznie odwraca sie od niego. Otrzymuje nowy system wartości i zaczyna o wszystkim myśleć w nowy sposób.  Efektem tej wielkiej zmiany jest radość zbawienia! Radość w Panu i pokój z Bogiem! Usprawiedliwieni zatem na podstawie wiary, mamy pokój z Bogiem. Stało się to dzięki naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi. Przez Niego uzyskaliśmy dostęp, za sprawą wiary, do tej łaski, w której niewzruszenie stoimy i chlubimy się nadzieją chwały Boga [Rz 5,1-2]. 

Ale, ale! Jest to długotrwały proces. Wszystko odbywa się w Bożym czasie i wymaga od nas cierpliwości w czekaniu. Zewlekanie z siebie starego człowieka, którego gubią zwodnicze żądze, jest bolesne i potrafi trwać wiele lat. Uświęcenie, bez którego nikt nie ujrzy Pana, nie następuje w jeden sezon, zwłaszcza, gdy uwikłaliśmy się w szereg złych nawyków, nałogów i grzesznych przyzwyczajeń, które nie chcą dać za wygraną. To wszystko trwa.., musi trwać, aby wraz z rozwojem duchowym, zgodnie z Bożym planem zbawienia, serce chrześcijanina przepełnił trwały pokój Boży i radość w Panu.

Niektórzy nie mają ochoty czekać. Wielu współczesnych chrześcijan próbuje bez jakiegokolwiek czekania mieć wszystko w pełni i od razu! Chcą mieć od razu pełnię zbawienia od grzechu. Gdy jej nie mają – to wymyślają sobie naukę, która pozwala im akceptować szereg grzechów, jako nic nie znaczących dla ich zbawienia. Chcą mieć od razu odpowiedź na modlitwę. Ponieważ Bóg nie zawsze od razu odpowiada -wmawiają sobie, że im już odpowiedział.  Chcą być od razu dojrzałymi w wierze, a skoro tak nie jest – to udają dorosłych. Chcą mieć od razu pełnię radości w Panu, a jeśli tak nie jest – to przynajmniej tak sobie w niedzielę śpiewają.

W poczuciu takiego rozmijania się z rzeczywistością łatwo też - niestety - o zniecierpliwienie i rezygnację. Znam sporo takich osób, które nie chciały czekać i odeszły z drogi wiary stwierdzając, że "to nie działa", albo że "najwidoczniej to nie jest dla mnie". Wielka szkoda, że niektórzy z nas nie wytrzymują próby czasu i nie chcą zaczekać na obiecane w Biblii rezultaty wiary. Tym większa szkoda i przykrość, bo często spełnienie  jest już bardzo blisko.

Stąd dzisiejsze wezwanie Słowa Bożego, by nie przestawać czekać! Zadawanie śmierci temu, co w członkach ziemskie – mam na myśli rozwiązłość, nieczystość, zmysłowość, złe pragnienia i zachłanność równoznaczną z bałwochwalstwem [Kol 3,5] w swoim czasie z pewnością zaowocuje pełną wolnością od tych grzechów. Nie należy rezygnować, ani tym bardziej wmawiać sobie, że tę wolność już mamy, skoro jeszcze jej w naszym życiu nie widać. Dobrze jest czekać w milczeniu na ratunek PANA [Tr 3,26]. Ukształtowanie Chrystusa Jezusa w nas - to najważniejszy cel, na który - chociaż będzie boleć - z radością czekamy!

Wezwanie, by nie przestawać czekać, jak najbardziej należy stosować także do innych, nawet i przyziemnych sytuacji i spraw. Mam tu na uwadze, na przykład, zakochanie z wzajemnością i założenie rodziny. Jeśli modlisz się o to i czekasz na błogosławieństwo Boże w tej sferze, to nie zniechęcaj się upływem czasu. Nie zmieniaj poglądów, nie wyrzekaj się swych pragnień tylko dlatego, że tak długo już czekasz. Nie wybierając – broń Boże – drogi na skróty, nie przestawaj czekać  na swą wielką miłość.

Aktywnie wyczekuj też nawrócenia twoich bliskich. Nie zniechęcaj się ich aktualnym brakiem zainteresowania wstąpieniem w ślady Jezusa. Nie przestawaj modlić się o nich i mówić im o Jezusie. Także nadal pielęgnuj w sobie marzenia o udziale w pracy dla Pana. Bóg ma dla ciebie wiele zadań na rzecz Królestwa Bożego. Ważne, żebyś nie powoływał się do nich sam, lecz czekał na Boże powołanie. Pracuj nad osobistym rozwojem, przygotowuj się do służby, módl się i nie przestawaj wyglądać chwili, gdy On cię wezwie i wskaże zadanie do wykonania. Na początku może wydawać ci się ono mało znaczące, lecz jeśli okażesz się wierny w małym, Bóg zacznie powierzać ci rzeczy większe.

Tytułowe wezwanie niezwykle ważne jest również przy chrzcie w Duchu Świętym i korzystaniu z darów duchowych. Bywa, że ktoś pragnący napełnienia Duchem Świętym, gdy modlitwa nie przynosi pożądanego skutku, po jakimś czasie wymięka i przestaje zabiegać o dar Ducha Świętego. Nic bardziej błędnego. Nie oddalajcie się z Jerozolimy, ale oczekujcie obietnicy Ojca, o której słyszeliście ode Mnie [Dz 1,4] – powiedział Pan swoim uczniom i oni posłusznie czekali. I ty, gdy się modlisz o napełnienie Duchem Świętym, nie przestawaj czekać! Bądźcie wytrwali w modlitwie [Kol 4,2].

Ludzie miewają różne cele oczekiwań; realne i nierealne, zgodne z wolą Bożą, ale też samolubne i grzeszne. Należy to rozróżnić i prawidłowo ocenić charakter swoich oczekiwań. Jeżeli Biblia jasno stwierdza, że poza Jezusem nie ma w nikim innym zbawienia, gdyż nie dano nam ludziom żadnego innego imienia pod niebem, w którym moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12], to beznadziejne byłoby oczekiwanie zbawienia w jakiś inny sposób. Lepiej czym prędzej zaprzestać czekania na to, co jest niezgodne z wolą Bożą. Gdy bowiem przeciwnik Boży zauważy, że mocno na coś takiego się nastawiliśmy, podejdzie nas chytrze i podstawi nam jakąś "fałszywkę", abyśmy na domiar złego myśleli, że otrzymaliśmy Bożą odpowiedź na nasze modlitwy.

W niektórych z kolei sprawach trzeba wziąć się w garść, a nie czekać, że – na przykład - rektor przyniesie ci do domu dyplom ukończenia studiów. Trzeba po prostu zabrać się za naukę i chodzić na uczelnię. Nie ma co czekać też, że będziesz się rozwijać godzinami przesiadując przed telewizorem, albo że jesienią będziesz miał co zbierać, gdy nic nie siejesz wiosną. Czekanie w takich przypadkach na nic nam się nie przyda.

Gdy jednak zacząłeś czekać na Pana – i wiesz, że tak trzeba - to w imię Boże wołam: Nie przestawaj czekać! Czekanie na Boga w życiu chrześcijanina nie jest żadnym lenistwem, założeniem rąk ani bezradnością. Czekanie na Boga nie jest unikaniem wysiłku. Jest prostolinijnym, dobitnym wyrażeniem zaufania do naszego Zbawiciela i Pana, że On interesuje się naszym losem i w stosownym czasie przyjdzie nam w sukurs. Czekanie na Boga oznacza, że chcemy działać tylko na Boży głos. Jest utrzymywaniem się w gotowości do wykonania każdego nowego polecenia, gdy tylko Bóg je nam wyda. Czekanie na Boga jest zdolnością, by nie robić niczego, zanim nie usłyszy się Jego polecenia.

Jeśli wierzysz w Jezusa Chrystusa – to wszystko w Twoim życiu ma swój czas. Tak rozumiał to Dawid, bo śpiewał przed Panem: Wyznaczasz mi marszrutę i spoczynek [Ps 139,3]. Bogu podobają się ludzie, którzy na Niego czekają. Nie przestawaj więc czekać!