Artykuły w kategorii: Przegląd artykułów

Wolisz zmierzch czy brzask?

2018-11-30 - Marian Biernacki

Wolisz zmierzch czy brzask?

Zdrowy organizm człowieka potrzebuje światła. Coraz krótsze dni i chmurne niebo źle wpływają na nasze samopoczucie. Dla wielu jesień jest najmniej lubianą porą roku. Posiłkujemy się wtedy wypadami do miejsc, gdzie słońca nie brakuje albo przynajmniej witaminą D3. Wyczekujemy wiosny, gdy dni znowu staną się dostatecznie długie.

Ciemność. Czy ktoś w ogóle ją lubi? Owszem, są tacy. "Coraz to inni niegodziwi buntują się przeciw światłu, nie chcą znać jasnych dróg ani kroczyć ścieżkami dnia. Nim zaświta, powstają mordercy, napadają ubogich i potrzebujących, a w nocy są zwykłymi złodziejami. Cudzołożnik wypatruje zmierzchu, liczy na to, że nikt go nie dostrzeże i zakłada zasłonę na twarz. Włamują się po ciemku do domów, a za dnia zaszywają się głęboko, nawet nie chcą pokazać się w świetle. Bo dla nich wszystkich poranek to cień śmierci, dobrze znają wszystkie jego strachy" [Jb 24,13-17]. Zdaje się, że takich ludzi jest całkiem sporo. Książę ciemności na tyle opanował ich serca, że wolą przebywać w ciemnym kącie. Światło dla nich to dyskomfort.

A co z tymi, którzy pragną światłości? "Nowina, którą usłyszeliśmy od Niego i którą wam przekazujemy, brzmi tak: Bóg jest Światłem i nie ma w Nim żadnej ciemności. Gdybyśmy powiedzieli, że łączy nas z Nim jakaś więź, a jednocześnie żylibyśmy w ciemności, byłoby to kłamstwo. Nie postępowalibyśmy zgodnie z prawdą. Jeśli jednak żyjemy w Świetle, tak jak On sam jest w Świetle, to łączy nas wzajemna więź, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu" [1J 2,5-7].

Bóg jest Światłem. "Jedyny nieśmiertelny, żyjący w świetle niedostępnym, Ten, którego nikt z ludzi nie widział i zobaczyć nie jest w stanie" [1Tm 6,16]. W Bogu nie ma żadnej ciemności. Kto chce mieć z Nim społeczność, tym samym postanawia, że nie będzie miał już żadnej ciemnej strony życia. Standardem społeczności z Bogiem jest bowiem życie w światłości. Jak to możliwe? Dzięki Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi.

Bóg nie zostawił świata na pastwę sił ciemności. Zmiłował się nad pogrążonymi w duchowych mrokach ludźmi. "Na świat bowiem nadciągało prawdziwe światło, które oświeca każdego człowieka" [1J 1,9]. Tym światłem okazał się sam Syn Boży. "Jezus znów skierował do nich słowa: Ja jestem światłem świata. Kto idzie za Mną, na pewno nie będzie błądził w ciemności, lecz będzie miał światło życia" [J 8,12]. "Ja przyszedłem na świat jako światło, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostał w ciemności" [J 12,46]. Przez wiarę w Jezusa Chrystusa grzesznik staje się dzieckiem Bożym. Otrzymuje Jego naturę. Pozostawia mroczne zakamarki, "by rozgłaszać wspaniałość Tego, który go wyrwał z ciemności i wprowadził w swoje zachwycające światło" [1Pt 2,9]. Tak jest. Każdy prawdziwy chrześcijanin staje się synem światłości.

Cechą ludzi wierzących w Jezusa Chrystusa jest umiłowanie światła. Objawia się ono poprzez proces systematycznego rozświetlania ich życia. "Lecz ścieżka sprawiedliwych jest jak blask porannej zorzy, która z wolna sprowadza jasny dzień. Droga bezbożnych to stąpanie w gęstym mroku — nie wiadomo, o co można się potknąć!" [Prz 4,18-19]. Ta natchniona przez Ducha Świętego informacja pomaga nam lepiej poznać samych siebie. Wolimy brzask, czy zmierzch? W którą stronę zmierzamy? Kiedy czujemy się lepiej? Gdy robi się jaśniej, czy może wówczas, gdy zaczyna się ściemniać? "Oto na czym polega sąd: Światło przyszło na świat, lecz ludzie wybrali ciemność, gdyż ich postępki były złe. Ten bowiem, kto postępuje nieuczciwie, nie lubi światła i z obawy przed wykryciem nawet nie zbliża się do niego. Kto jednak postępuje zgodnie z prawdą, nie boi się światła; chce on, aby stało się jasne, że to, co czyni, wypływa z szacunku dla Boga" [J 3,19-21].

Światło Chrystusowe nie ogarnia nas ani automatycznie, ani wszystkich jednakowo. Trzeba nam świadomie go pragnąć i wystawiać się na jego działanie. "Noc przeminęła — i dzień się przybliżył. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a włóżmy na siebie zbroję światła. Postępujmy godnie, jak za dnia. Odrzućcie hulanki i libacje, rozpustę i rozwiązłość, kłótnię oraz zazdrość. Przywdziejcie raczej Pana Jezusa Chrystusa i nie czyńcie starań, by zaspokajać żądze ciała" [Rz 13,12-14]. Biblia wzywa nas, abyśmy już więcej nie wchodzili w mroczne miejsca i układy. "Przestańcie wprzęgać się w nierówne jarzmo z niewierzącymi. Cóż za towarzystwo sprawiedliwości z bezprawiem? Co za wspólnota światła i ciemności?"  [2Ko 6,14].

Przynależność do Jezusa Chrystusa zobowiązuje nas do nowej jakości życia i to w każdej dziedzinie. "Kiedyś wprawdzie byliście ciemnością, teraz jednak — światłem w Panu. Poczynajcie więc sobie jako dzieci światła; a owoc światła wyraża się we wszelkiej dobroci, w sprawiedliwości i prawdzie. Jako tacy skupiajcie się na tym, co jest miłe Panu. Nie bądźcie uczestnikami bezowocnych czynów ciemności. Obnażajcie raczej ich bezwartościowość. Bo o tym, co się wśród ludzi nieprawych potajemnie dzieje, wstyd nawet mówić. A wszystko to staje się jasne dzięki światłu. Światło ujawnia ukryte sprawy. Dlatego czytamy: Obudź się, który śpisz! Powstań z martwych! A zajaśnieje ci Chrystus" [Ef 5,8-14].

Jesteśmy odpowiedzialni za utrzymanie się w przypisanej nam strefie światła. "Wy wszyscy jesteście synami światła i synami dnia. Nie należymy do nocy ani do ciemności. Nie śpijmy więc jak pozostali, lecz czuwajmy i bądźmy trzeźwi. Bo ci, którzy śpią, śpią w nocy, a ci, którzy się upijają, upijają się w nocy. My zaś, którzy należymy do dnia, bądźmy trzeźwi, jako ci, którzy przywdziali pancerz wiary i miłości oraz hełm nadziei zbawienia. Gdyż Bóg nie przeznaczył nas na gniew, ale na zachowanie zbawienia przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa" [1Ts 5,5-9].

Chrystus Pan, mało tego, że nas oświecił i uczynił synami światła, to jeszcze powołał, abyśmy spełniali tę samą rolę, którą On pełnił chodząc po tej ziemi. "Wy jesteście światłem świata. Nie da się ukryć miasta, które leży na górze. Nie zapalają też lampy, by ją postawić pod garnkiem. Światło umieszcza się na świeczniku, skąd obecnym w domu świeci najskuteczniej. Tak niech i wasze światło świeci wobec wszystkich. Niech ludzie zobaczą wasze szlachetne czyny i wielbią waszego Ojca w niebie" [Mt 5,14-16]. To zadanie wykonujemy poprzez głoszenie ewangelii, uwierzytelniane nienagannym życiem, "tak byście jako dzieci Boga byli bez zarzutu, nienaganni i szczerzy pośród tego zepsutego, wynaturzonego pokolenia. Na jego tle świecicie jak gwiazdy na niebie" [Flp 2,15].

Duchowa ciemność wśród ludzi i wynikający zeń brak ich otwartości na ewangelię nie jest dla nas żadnym zaskoczeniem. "A jeśli nawet głoszona przez nas dobra nowina jest zakryta, to jest tak w przypadku tych, którzy giną, niewierzących, których umysły zaślepił bóg tego wieku, aby nie dotarło do nich światło dobrej nowiny o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga. Gdyż nie siebie samych głosimy, lecz Jezusa Chrystusa — Pana". Dziwić i niepokoić powinno nas to, gdy sami robimy się obojętni na Słowo Boże i sercem zaczynamy zwracać się ku duchowym mrokom. "Bo Bóg, który rozkazał, by w ciemności zabłysło światło, rozpromienił nim nasze serca, byśmy poznali blask chwały Boga promieniującej z oblicza Jezusa Chrystusa" [2Ko 4,3-6]. Czy naprawdę tak się stało?

Możemy to ustalić badając siebie samych, na ile pragniemy towarzystwa ludzi odrodzonych z Ducha Świętego i trwających w procesie uświęcenia. Gdyby ciągnęło nas bardziej do świeckiego towarzystwa, aniżeli do wierzących, to mogłoby oznaczać, że nasza wiara w Jezusa jest fikcją. "Jeśli jednak żyjemy w Świetle, tak jak On sam jest w Świetle, to łączy nas wzajemna więź, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu"  [1J 1,7]. Prawdziwi synowie światła kochają się wzajemnie. Przyjaźnią się z innymi świętymi i garną się do społeczności z nimi.  "Kto twierdzi, że jest w Świetle, a nienawidzi swojego brata, właściwie nie wyszedł z ciemności. W Świetle trwa ten, kto kocha swego brata. W takiej osobie nie ma też nic, co mogłoby dla innych stać się przyczyną upadku. Kto natomiast nienawidzi swojego brata, tkwi w ciemności i w niej się porusza. Człowiek ten nie wie, dokąd zmierza, gdyż ciemność dotknęła jego oczu" [1J 2,9-11].

Tak. Na postawie własnych upodobań, wyborów i kontaktów możemy na bieżąco ustalać, czy rzeczywiście chodzimy w światłości. Wystarczy przeanalizować swoje myśli i zachodzące w nas procesy. W którą stronę nas ciągnie? Wolimy zmierzch, czy brzask? Co jest bliższe naszemu sercu? Gdy ulegamy zeświecczeniu, gdy liberalizują się nasze poglądy, gdy coraz łatwiej i bez wyrzutów sumienia przechodzimy nad swoim grzechem do porządku dziennego, gdy stronimy od przebywania z ludźmi wierzącymi w Jezusa – to znaczy, że ogrania nas ciemność. Jeżeli natomiast ciągnie nas do Biblii, do modlitwy, do społeczności z innymi wierzącymi, a po duchowym upadku odczuwamy straszliwy dyskomfort – to znaczy, że zbliżamy się do światłości. Bo ścieżka sprawiedliwych jest jak blask porannej zorzy, która z wolna sprowadza jasny dzień

W tę miłość trzeba uwierzyć

2018-09-08

pisemna wersja kazania wygłoszonego w środę, 5 września 2018 roku

W tę miłość trzeba uwierzyć

Jak to jest z miłością Boga do mnie? Czy zasługuję na Jego miłość? Przecież wciąż zasmucam Go i jestem nieposłuszny. Czy Bóg może miłować kogoś takiego, jak ja?

Tego rodzaju dylematy biorą się z tego, że nie rozumiemy wyjątkowego charakteru miłości Bożej. On nie kocha nas za coś ani po coś. Powód tej miłości nie tkwi w nas, a tylko w Nim samym! On nas kocha, bo jest miłością! Trójjedyny Bóg jest całkowicie spełniony w miłości. Ojciec, Syn Boży i Duch Święty – to doskonała relacja Trzech Osób w Jednym Bogu. Nasza miłość domaga się jakiegoś zewnętrznego obiektu. Potrzebujemy kogoś kochać, bo inaczej czujemy się osamotnieni. Jeśli nie znajdujemy odpowiedniego człowieka – to obdarzamy miłością przynajmniej psa lub kota. Dość często też przeżywamy rozczarowanie w miłości. Boga nic takiego nie dotyka. On nie ma żadnego deficytu miłości. Dlatego w Bożą miłość do nas trzeba uwierzyć! A myśmy poznali i uwierzyli w miłość, którą Bóg ma do nas. Bóg jest miłością [1 Jn 4,16] – zaświadczyli apostołowie.

Podczas wtorkowego czytania Biblii zobaczyłem ją w obrazie miłości ojca do syna. Gdy Izrael był chłopcem, pokochałem go — i wezwałem mego syna z Egiptu. Ale im bardziej ich wzywałem, tym bardziej ode Mnie odchodzili. Składali ofiary baalom i spalali kadzidła bożyszczom. A przecież to Ja uczyłem Efraima chodzić, brałem go na swe ramiona. A jego ludzie? Nawet nie byli świadomi, że to Ja ich leczyłem. Przyciągałem go więzami ludzkimi, powrozami miłości — byłem dla Efraima jak ci, którzy podnoszą niemowlę do policzka, pochylałem się, aby go nakarmić [Oz 11,1-4].

Każdy z nas był dzieckiem. Wielu z nas ma dzieci. Wiemy coś o miłości rodziców do dziecka. Używając wyobraźni, wszyscy dostrzegamy szczerość miłości rodzicielskiej. Wyczuwamy jej temperaturę i trwałość. Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona? [Iz 49,15]. Miłości do dziecka towarzyszy pełne oddanie. Czegóż nie robi się dla dzieci?! – zwykliśmy mawiać i takie też mamy świadectwo samego Boga. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w jego ręce [Jn 3,35]. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje mu wszystko, co sam czyni, i ukaże mu jeszcze większe dzieła niż te, abyście się dziwili [Jn 5,20].

Ponieważ Bóg w zadziwiający sposób pokochał Izraela jak swego syna, porusza nas w tym narodzie brak stosownej wrażliwości na Jego miłość. Ale im bardziej ich wzywałem, tym bardziej ode Mnie odchodzili. Mamy w tym tekście szereg wspomnień normalnie wyciskających ojcu łzy z oczu: Pierwsze kroki syna -  "A przecież to Ja uczyłem Efraima chodzić". Noszenie go na rękach  - "brałem go na swe ramiona." Przytulanie – "byłem dla Efraima jak ci, którzy podnoszą niemowlę do policzka" i karmienie – "pochylałem się, aby go nakarmić". A oni? Nawet nie byli świadomi, że to Ja ich leczyłem – powiedział  Ojciec.

Bóg złożył nam świadectwo ojcowskich wzruszeń i przykrości w miłości do Izraela, którego pokochał i usynowił. To ważna lekcja dla chrześcijan, którym przez wiarę w Jezusa Chrystusa dał prawo nazywać się dziećmi Bożymi. Nam też Bóg na różne sposoby Bóg okazuje miłość. Uczy nas chodzenia, nosi na ramionach, leczy, przyciąga, przytula i karmi. Niestety, ze strony swoich dzieci tak często spotyka się z uporem, niewdzięcznością i przekorą. Nie też w nich świadomości Jego miłości.

Jako Ojciec musiał dla dobra Izraela zareagować. Teraz jednak zawróci do ziemi egipskiej! Asyria będzie mu królem, gdyż nie chcieli zawrócić do Mnie.  I miecz zawiruje w jego miastach, i pochłonie fałszywych proroków — pożre ich z powodu ich rad.  A mój lud? Uparty w odstępstwie ode Mnie, woła ku Baalowi, jego wszyscy wielbią! [Oz 11,5-7].

Święty Bóg nie mógł pobłażliwie patrzeć na grzechy Izraela. [Rozwińmy ten temat.] Otóż Bóg nie jest obojętny. Wszelki przejaw bezbożności i niesprawiedliwości ludzi, którzy nieprawością tłumią prawdę, spotyka się z gniewem nieba [Rz 1,18]. Kielich sprawiedliwego gniewu Bożego musiał zostać wylany. Bo nie chcieli zawrócić do Mnie – powiedział Bóg i posłużył się Asyrią, jako narzędziem dyscyplinowania swego syna, Izraela. Teraz jednak zawróci do ziemi egipskiej! Asyria będzie mu królem. Na własne życzenie wrócili do dawnego losu niewolników. Znowu mieli tak, jak kiedyś w Egipcie.

Wielu chrześcijan też nie chce się opamiętać. Dlaczego Bóg powiedział do chrześcijan: Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych [Hbr 4,7]? Ponieważ tracimy wrażliwość na głos Boży i potrafimy długo trwać w uporze serca. W takiej sytuacji Bóg Ojciec zaczyna nas dyscyplinować. Bo kogo Pan kocha, tego karci, i okazuje surowość wobec każdego syna, którego darzy uznaniem. Cierpliwie znoście karcenie. Jest ono dowodem, że Bóg obchodzi się z wami jak z synami. Bo nie ma syna, którego by ojciec nie karcił. Jeśli nie jesteście karceni — tak jak wszyscy — to jesteście dziećmi nieprawymi, a nie synami. Ponadto, jeśli nasi ziemscy ojcowie karcili nas, a my ich za to szanowaliśmy, to czy nie tym bardziej powinniśmy podporządkować się Ojcu duchów — po to, żeby żyć? Ziemscy ojcowie karcili nas według swego uznania, w trosce o nasze krótkie skądinąd życie. Bóg natomiast czyni to dla naszego dobra, abyśmy uczestniczyli w Jego świętości. Żadne karcenie w chwili, gdy nas dosięga, nie sprawia nam radości, lecz łączy się z bólem. Później jednak tym, którzy dzięki niemu zostali wyćwiczeni, zapewnia pełen pokoju owoc sprawiedliwości [Hbr 12,6-11].

Bóg może wystawić takich chrześcijan na pastwę przeciwnika. Dopuścić, że znowu opanuje ich dawne uzależnienie i powrócą do starych grzechów. W ten sposób spełni się na nich to trafne przysłowie: Pies powróci do tego co zwrócił. Albo: Świnię po kąpieli znów w błocie widzieli [2Pt 2,22]. Bóg dobiera się przy tym do źródła problemu. Trzeba nam większej uważności. Zbyt często nie rozumiemy, co się dzieje. Podnosimy lament i użalamy się nad sobą, zawracając innym głowę, a powinniśmy wejrzeć w siebie. Wsłuchać się w głos Boży i dotrzeć do źródła życiowej burzy, która nas ogarnęła. Kto bowiem je i pije niegodnie, bez uszanowania dla ciała Pańskiego, je i pije wyrok na samego siebie. Dlatego jest między wami tylu chorych i słabych, a wielu pomarło. Bo gdybyśmy osądzali samych siebie, nie bylibyśmy sądzeni. A tak, sądzeni przez Pana, jesteśmy karceni, aby wraz ze światem nie doznać potępienia [1Ko 11,29-32].

Jednak nawet w takich okolicznościach miłość Boża do Jego dzieci nie ustaje. Oto Słowo Boże, które wręcz powala mnie ogromem ojcowskiej wspaniałomyślności okazanej synowi. Jak mam cię porzucić, Efraimie? Jak pozostawić w nieszczęściu, Izraelu? Czy miałbym zostawić cię jak Admę? Postąpić z tobą jak z Seboim? Gdzie indziej kieruje Mnie serce, wezbrała we Mnie litość.  Nie spadnie na was żar mojego gniewu. Nie wrócę, by znów zniszczyć Efraima. Gdyż Ja jestem Bogiem, a nie człowiekiem, Świętym pośród was — nie przyjdę wywrzeć gniewu! A oni pójdą za PANEM, gdy ryknie jak lew! Tak, On ryknie! Wtedy przybędą z drżeniem synowie od strony morza, przylecą z drżeniem niczym ptak z Egiptu, niczym gołąb z Asyrii. I sprawię, że na nowo zamieszkają w swych domach — oto Słowo PANA [Oz 11,8-11].

Normalnie i po ludzku należałoby z takim synem dać sobie już spokój. Izrael nie zasługiwał na dalsze okazywanie mu miłości. Wobec tak licznych aktów buntu i braku opamiętania serce ludzkie zaczyna się zamykać. Ale nie Boże! Gdzie indziej kieruje Mnie serce, wezbrała we Mnie litość. Ojciec musiał skarcić syna, ale – o, dziwo! – wcale go nie porzucił i nie przekreślił na wieki. Nie spadnie na was żar mojego gniewu. Nie wrócę, by znów zniszczyć Efraima. Gdyż Ja jestem Bogiem, a nie człowiekiem, Świętym pośród was — nie przyjdę wywrzeć gniewu! Ta niepojęta miłość Boga do Izraela ostatecznie ma zaowocować powrotem marnotrawnych synów. I sprawię, że na nowo zamieszkają w swych domach.

Wczytujący się w powyższe słowa chrześcijanin może nabrać pełnego przekonania, że miłość Boża do niego w Jezusie Chrystusie nigdy nie ustaje. Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym [Rz 8,38-39]. Człowiek upada, wraca do starych grzechów, a Bóg wciąż go kocha i wyciąga ręce, aby go przytulić?! Patrząc na sprawę z ludzkiego punktu widzenia, aż tak zdeterminowana miłość może nie tylko zadziwiać ale i bulwersować.

Zaufajmy Bogu, że On wie co robi, gdy w Swojej miłości nie daje się zniechęcić naszymi grzechami. W świetle rozważanego fragmentu Biblii jaśniejsze staje się świadectwo apostołów Jezusa, że w tę miłość trzeba uwierzyć. I my poznaliśmy tę miłość, którą darzy nas Bóg, i zaufaliśmy jej. Bóg jest miłością [1Jn 4,16].

Bóg z nikim z nas jeszcze nie skończył! Oto stoję u drzwi! Pukam [Obj 3,20] – mówi do zeświecczałych chrześcijan. On nas miłuje miłością niezniszczalną! Nasz Pan doprowadzi dzieło naszego zbawienia do doskonałego końca. Dla niejednego błądzącego dziś i nurzającego się w grzechach dziecka Bożego zbliża się chwila, gdy znowu zaśpiewa: Jezu, Jezu, Jezu, Twa miłość me serce zdobyła!

Wzorując się na Bogu i Jego ojcowskiej miłości do nas – takimi też sami bądźmy względem upadających grzeszników. Takim sercem charakteryzowali się apostołowie. Wszak wiecie, że każdego z was, niczym ojciec dzieci swoje, napominaliśmy i zachęcali, i zaklinali, abyście prowadzili życie godne Boga, który was powołuje do swego Królestwa i chwały [1Ts 2,11-12]. Trzeba nam więcej i wciąż więcej miłości Bożej.

Miłość Boża jest całkowicie niezrozumiała dla ludzi bez Ojcowskiego serca. Nie można jej pojąć ani opisać. Nie mieści się w granicach zdrowego rozsądku. W tę miłość trzeba uwierzyć. Wierzę. A ty?

Jest nadzieja!

2018-07-31

Pisemna forma kazania z niedzieli, 29 lipca 2018 roku

Jest nadzieja!

Są chwile w naszym życiu, gdy przytłacza nas uczucie niepowodzenia, rozczarowania, tęsknoty za czymś, co dobrego miało się wydarzyć, a się nie stało. Miewamy dni, gdy znajdujemy się stanie niezadowolenia z samych siebie, gdy odczuwamy przykrość jakiejś niepowetowanej straty. Łatwo otwieramy się wtedy na każde dobre dla nas słowa – nieważne nawet czy prawdziwe – oby tylko zapowiadały nam szybką odmianę losu i jaśniejszą przyszłość. To dlatego taką popularnością cieszą się kaznodzieje sukcesu, coraz liczniejsi mówcy motywacyjni i rozmaitej maści dobre wróżki.

 

Rozpocznijmy nasze rozważanie od biblijnej ilustracji Judejczyków w niewoli babilońskiej. Trafili oni na wygnanie z powodu swoich grzechów. Bóg wielokrotnie zapowiadał im to przez swoich proroków. Deportowani do Babilonii źle się z tym mieli i bardzo nastawili się na szybkie rozwiązanie problemu. W ich oczekiwanie łatwo wstrzelili się więc fałszywi prorocy i rozmaici zapowiadacze dobrego losu. Opowiadali oni ludziom swoje sny i prorokowali rychłą odmianę losu. Jeden z nich – na przykład - obiecywał, że w dwa lata przykrości się skończą i znowu wszystko będzie dobrze. Biblia mówi, że przypłacił to przedwczesną śmiercią [Jr 28,17].

 

Faktycznie konsekwencje nieposłuszeństwa Judejczyków miały potrwać siedemdziesiąt lat. Do przetrwania tak długiego okresu wygnania potrzebna była nadzieja. Nadzieja oparta nie na złudnych przepowiedniach szybkiego sukcesu, lecz na prawdzie Słowa Bożego, które brzmiało następująco: Niechaj was nie zwodzą wasi prorocy, którzy są wśród was, ani wasi wróżbici, i nie słuchajcie waszych snów, które się wam śnią. Albowiem oni kłamliwie wam prorokują w moim imieniu, nie posłałem ich - mówi Pan. Bo tak mówi Pan: Gdy upłynie dla Babilonu siedemdziesiąt lat, nawiedzę was i spełnię na was swoją obietnicę, że sprowadzę was z powrotem na to miejsce. Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. Gdy będziecie mnie wzywać i zanosić do mnie modły, wysłucham was. A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem, objawię się wam - mówi Pan - odmienię wasz los i zgromadzę was ze wszystkich narodów i ze wszystkich miejsc, do których was rozproszyłem - mówi Pan - i sprowadzę was z powrotem do miejsca, skąd skazałem was na wygnanie [Jr 29,8-14].

 

Przypomnijmy, że Judejczycy zostali najechani, pokonani i deportowani do Babilonii z powodu własnych błędów. Sami sobie zgotowali ten los. Bóg wszakże miał w planach dobre zamiary względem nich i konkretny program odmiany ich losu. Chodziło o to, żeby na wygnaniu nie tyle skupiali się na próbach skrócenia sobie pobytu w Babilonie, co raczej wsłuchali się wreszcie w to, co mówił im Pan. A Jego instrukcje były wyraźne. Mieli zaprzestać słuchania fałszywych proroków obiecujących im gruszki na wierzbie. Trzeba im było uniżyć się przed Bogiem i szczerze opamiętać. Zabrać się na wygnaniu do normalnej pracy. Modlić się, szczerze wzywać Pana i czekać, aż On sam odmieni ich los.

 

Ażeby z klasą przetrwać czas wygnania i właściwe zachowywać się w Babilonii, Judejczycy potrzebowali nadziei. Wiarę w to, że Bóg przez Jeremiasza powiedział prawdę, podtrzymać i ponieść przez tyle lat mogła jedynie nadzieja. Sam Bóg chciał ją w nich rozbudzić. Ja wiem, jakie wiążę z wami plany – oświadcza PAN. – To plany o pokoju, a nie o niedoli. Chcę dać wam szczęśliwą przyszłość i uczynić was ludźmi nadziei [Jr 29,11 w przekładzie Biblii Ewangelicznej]. Mieli tam żyć nadzieją na odmianę losu w stosownym, wyznaczonym przez Boga czasie. I rzeczywiście, gdy minęło siedemdziesiąt lat, Judejczycy powrócili z wygnania do swojej ojczyzny i rozpoczęli w niej nowe życie.

 

Również i nam się zdarza popełniać błędy skutkujące przykrymi konsekwencjami. Jest nam wówczas źle i bardzo byśmy chcieli odmiany swego losu. Biblia poucza, że niezależnie od okoliczności i charakteru odczuwanego przez nas dyskomfortu, Bóg chce naszego dobra i zamierza odmienić nasz los w stosownym czasie. Rzecz w tym, abyśmy szczerze zwrócili się do Niego i przestali szukać łatwych, bezbolesnych rozwiązań. Bóg chce, abyśmy naprawdę Mu uwierzyli i żywili nadzieję na spełnienie Słowa Bożego. Właśnie dlatego przywołałem powyższą historię biblijną. Całe to rozważanie jest po to, aby natchnąć nas nadzieją biorącą się z wiary w naszego Pana, Jezusa Chrystusa.

 

Przede wszystkim powiedzmy, że źle jest nam bez Boga na świecie i bez pokoju Bożego w sercu. Każdy w jakimś stopniu wie, jak to jest być z dala od Niego. Wszyscy jesteśmy stworzeni i przeznaczeni do społeczności z Bogiem. Dlatego bez Niego wciąż czegoś nam brakuje. Serce jest niespokojne, sumienie obciążone, dusza tęskni i stara się czymś wypełnić powstałą po Nim pustkę. Rozrywka, rozkosze zmysłów, dobra praca, aktywność społeczna, poczucie władzy, sport, podróże, kariera naukowa lub artystyczna -  owszem, na jakiś czas potrafią złagodzić nam brak więzi z Bogiem, lecz potem duszę ogarnia tym dotkliwsza nostalgia i samotność.

 

Jest wielka różnica pomiędzy życiem w pojednaniu z Bogiem, a życiem po swojemu. Weźmy na przykład chrześcijan z Efezu. Dlatego pamiętajcie, że wy, niegdyś poganie z pochodzenia, […] żyliście bez Chrystusa. Byliście odcięci od wspólnoty Izraela, obcy przymierzom związanym z obietnicą, bez nadziei i bez Boga na tym świecie. Jednak teraz, w Chrystusie Jezusie, wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy — dzięki krwi Chrystusa. […]  Tak więc nie jesteście już obcymi, przybyszami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga [Ef 2,11-19].

 

Biblia mówi o wspaniałej zmianie, jaka bierze się z pojednania z Bogiem i napełnienia Duchem Świętym. Bo i my kiedyś byliśmy nierozumni, nieposłuszni, zagubieni, zniewoleni przez przeróżne żądze i rozkosze, żyjący w gniewie i zazdrości, znienawidzeni i do siebie nawzajem odnoszący się z nienawiścią. Gdy jednak objawiła się dobroć i miłość naszego Zbawcy, Boga, do ludzi,  zbawił nas nie dzięki naszym uczynkom, dokonanym w sprawiedliwości, lecz dzięki swemu miłosierdziu, przez kąpiel odrodzenia i odnowę, którą sprawia Duch Święty. Tego Ducha wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcę, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się dziedzicami, zgodnie z nadzieją życia wiecznego [Tt 3,3-7]. Byliście bowiem zbłąkani jak owce, lecz teraz nawróciliście się do pasterza i stróża dusz waszych [1Pt 2,25]. Byliście bowiem niegdyś ciemnością, a teraz jesteście światłością w Panu [Ef 5,8].

 

Opisani tu ludzie z natury nie byli lepsi od nas, a jednak dostąpili pojednania z Bogiem. Jest więc nadzieja i dla nas! Jakkolwiek zaniedbalibyśmy się duchowo, choćby nie wiem jak głęboko zabrnęlibyśmy w świat i zanurzyli się w grzech, możemy wstać i wrócić do Boga. Syn Boży przyszedł na ziemię, aby ten powrót nam umożliwić. Biblia mówi, że Bóg w Chrystusie świat ze sobą jedna, nie poczytując ludziom ich upadków [2Ko 5,19]. Aby przyjąć dar zbawienia trzeba uwierzyć w Pana Jezusa Chrystusa i dać się ochrzcić.

 

Rzecz w tym, że zbawienie jest długotrwałym procesem. Zaczyna się ono od aktu wiary w Jezusa Chrystusa, w wyniku której - korząc się przed Bogiem i wyznając swe grzechy - zostajemy usprawiedliwieni przez wiarę i z łaski otrzymujemy dar życia wiecznego. Dzięki temu ruszamy w drogę, której celem jest zbawienie naszej duszy, to znaczy całkowite upodobnienie się do Jezusa Chrystusa. Naszym Opiekunem w całym procesie zbawienia jest Duch Święty, który napełnia nas i prowadzi, kto zaś nie ma Ducha Chrystusa, ten do Niego nie należy [Rz 8,9].

 

Ponieważ przebywając w ciele, jesteśmy oddaleni od Pana [2Ko 5,6] na drodze zbawienia potrzebujemy nadziei. Nieraz się potykamy, słabniemy i popadamy w zniechęcenie. Podobnie jak zdążającego w stronę domu syna marnotrawnego prowadziła nadzieja, że osiągnie on cel swojego powrotu, tak też nam na co dzień przyświeca nadzieja, że jesteśmy dziedzicami żywota wiecznego [Tt 3,7] i w końcu czekają na nas szeroko otwarte drzwi Królestwa Bożego. Po drodze spotka nas jeszcze wiele przeciwności, cierpień i prób, ale mamy nadzieję na dotarcie do celu, a nadzieja nie zawodzi, bo miłość Boża rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego, który został nam dany [Rz 5,5]. Tak więc wszystkim, którzy są z dala od Boga i którym jest z tym źle, ogłaszam, że wciąż  jest dla was nadzieja na pojednanie z Bogiem i żywot wieczny w Królestwie Bożym. Wszystkim, którzy utrudzeni na drodze wiary popadli w zniechęcenie, mówię: Miejcie nadzieję, bo jeszcze tylko mała chwila, a przyjdzie Ten, który ma przyjść [Hbr 10,37] i szczęśliwie dotrzecie do celu.

 

Z wielu innych jeszcze, pomniejszych powodów, ktoś z nas może czuć się źle i martwić się o swoją przyszłość. Również takim osobom chciałbym powiedzieć, że w Chrystusie jest nadzieja! Na przykład, ktoś z nas utknął w martwym punkcie i przeżywa okres duchowego zastoju. Jest nadzieja, że znowu zaczniesz wzrastać i rozwiniesz się duchowo! Nie szukaj łatwych rozwiązań. W posłuszeństwie wiary w Jezusa Chrystusa zacznij pracować nad sobą i żyj nadzieją na upragniony postęp.

 

Być może ktoś ma problemy w kontaktach z innymi ludźmi. Od jakiegoś czasu jest skłócony z bliskimi i żyje w swoistej izolacji. Tak bywa. Nawet niektórzy chrześcijanie miewają trudności we wzajemnych relacjach. Nieudany wspólny biznes lub związek uczuciowy, potrafią zaowocować całkowitym zerwaniem kontaktów. Wydaje się, że już nie można będzie dłużej spoglądać sobie w oczy, uczestniczyć w tych samych nabożeństwach i należeć do jednego zboru. W Chrystusie jest jednak nadzieja na zmianę tego stanu rzeczy. Biblia mówi: Gdy drogi człowieka podobają się Panu, wtedy godzi on z nim nawet jego nieprzyjaciół [Prz 16,7].

 

A może ktoś czuje się bezużyteczny w swoim środowisku i bardzo źle się z tym czuje. Błędem wielu ludzi jest oczekiwanie, że trafiając do zboru, od razu będą uchodzić za bardzo potrzebnych i wartościowych. Jest tak być może dlatego, że dzisiaj niemal wszędzie w świecie mówi się ludziom, że są mega wyjątkowi, wspaniali itd. Bóg jednak nie nazywa białym tego, co jest co najmniej szare. Biblia poucza, jak można stać się użytecznym dla Boga i ludzi. W wielkim zaś domu są nie tylko naczynia złote i srebrne, ale też drewniane i gliniane; jedne służą do celów zaszczytnych, a drugie pospolitych. Jeśli tedy kto siebie czystym zachowa od tych rzeczy pospolitych, będzie naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, nadającym się do wszelkiego dzieła dobrego [2Tm 2,20-21]. Ażeby być przydatnym dla Pana – trzeba przejść różne próby, co wymaga wytrwałości i samozaparcia. Jest wszakże nadzieja, że gdy pójdziemy tym tropem, to po jakimś czasie staniemy się naczyniem nadającym się do wszelkiego dobrego dzieła.

 

Celem tego rozważania jest ukazanie funkcji nadziei w Bożym planie zbawienia grzeszników. Wielu ludzi nie chce czekać ani się trudzić. Nawet, gdy ich zły los jest wynikiem ich własnych błędów, chcą natychmiastowych efektów, szybkiej satysfakcji i łatwych rozwiązań. Uganiają się więc za złudnymi obietnicami i proroctwami, które faktycznie nadziei odmawiają racji bytu. Pismo Święte natomiast wciąż mówi o nadziei i wyznacza jej wielką rolę.  Wiemy bowiem, że całe stworzenie aż do teraz wzdycha i znosi bóle rodzenia. A nie tylko ono. Podobnie my sami, którzy już mamy pierwszy owoc — Ducha, wzdychamy w sobie, oczekując usynowienia, odkupienia naszego ciała. Z taką właśnie nadzieją zostaliśmy zbawieni. Nadzieja, której spełnienie się widzi, właściwie nie jest nadzieją. Bo kto żyje nadzieją na to, co już się spełniło? Ale jeśli spodziewamy się tego, czego jeszcze nie widać, to oczekujemy tego z całą wytrwałością [Rz 8,22-25].

 

Jakkolwiek zabrnęliśmy w naszym życiu, jest dla nas nadzieja! Jest nadzieja na pojednanie z Bogiem! Jest nadzieja na wzrost duchowy! Jest nadzieja na dobre relacje z ludźmi! Jest nadzieja na bycie przydatnym! Bóg chce uczynić nas ludźmi nadziei. Podobnie jak Judejczyków na wygnaniu w Babilonii – chce natchnąć nas nadzieją. Miej nadzieję w Panu! Bądź mężny i niech serce twoje będzie niezłomne! Miej nadzieję w Panu! [Ps 27,14].

Godnie jedzmy i pijmy przy Stole Pańskim

2018-05-15 - Marian Biernacki

Pisemna wersja kazania z pierwszej niedzieli maja 2018

Godnie jedzmy i pijmy przy Stole Pańskim

Przedmiotem tego rozważania jest Wieczerza Pańska czasem błędnie zwana "Pamiątką Wieczerzy Pańskiej". Błędnie, ponieważ Wieczerza Pańska jest wspominaniem śmierci Jezusa, a nie wspominaniem samej Wieczerzy. Jeżeli więc mówiąc o Wieczerzy Pańskiej chcielibyśmy koniecznie użyć słowa "pamiątka" to należałoby powiedzieć "Pamiątka Śmierci Pańskiej". Mamy wszakże inne biblijne jej nazwy, takie jak "Łamanie chleba" lub "Stół Pański".

Klasycznym fragmentem Biblii o ustanowieniu i praktykowaniu Wieczerzy Pańskiej jest nauka apostolska z jedenastego rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian. Albowiem jam wziął od Pana, com też wam podał, iż Pan Jezus tej nocy, której był wydan, wziął chleb, a podziękowawszy, złamał i rzekł: Bierzcie, jedzcie; to jest ciało moje, które za was bywa łamane; to czyńcie na pamiątkę moję. Także i kielich, gdy było po wieczerzy mówiąc: Ten kielich jest nowy testament we krwi mojej; to czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę moję. Albowiem ilekroć byście jedli ten chleb i ten kielich byście pili, śmierć Pańską opowiadajcie, ażby przyszedł. A tak, kto by jadł ten chleb, albo pił ten kielich Pański niegodnie, będzie winien ciała i krwi Pańskiej. Niechże tedy człowiek samego siebie doświadczy, a tak niech je z chleba tego i z kielicha tego niechaj pije. Albowiem kto je i pije niegodnie, sąd sobie samemu je i pije, nie rozsądzając ciała Pańskiego. Dlatego między wami wiele jest słabych i chorych, i niemało ich zasnęło. Bo gdybyśmy się sami rozsądzali, nie bylibyśmy sądzeni. Lecz gdy sądzeni bywamy, od Pana bywamy ćwiczeni, abyśmy z światem nie byli potępieni [1Ko 11,23-29  w przekładzie Biblii Gdańskiej]

Jak wiadomo, Paweł apostoł nie był w gronie uczniów w wieczerniku. Jednak nie tylko nauczał o Wieczerzy tak samo jak inni apostołowie, ale też bardzo dobrze rozumiał jej znaczenie. Sam zmartwychwstały Chrystus Pan objawił się Pawłowi i przekazał mu, czego i jak trzeba nauczać. Jest to wyraźny dowód, że Wieczerza Pańska nie jest pomysłem apostolskim. Pochodzi ona od samego Jezusa Chrystusa, jako czynność na Jego pamiątkę, wciąż na nowo przypominająca o Jego śmierci za nasze grzechy. Trzeba nam przy tym pamiętać, że śmierć krzyżowa Jezusa Chrystusa ma absolutnie wyjątkową rangę i znaczenie. Owszem, znamy w dziejach ludzkości takie przypadki, że ludzie oddawali swe życie za ojczyznę, rodzinę lub ideę, lecz ich śmierć w żadnym razie nie rozwiązywała problemu grzechu. Tylko śmierć wcielonego Syna Bożego, doskonałego Baranka Bożego, stanowiła ofiarę gładzącą grzech świata i jednającą nas z Bogiem.

Wieczerza Pańska jest głoszeniem śmierci Pańskiej, aż przyjdzie. Mowa tu o powtórnym przyjściu Jezusa Chrystusa. Do czasu powrotu Chrystusa na ziemię trwa czas łaski Bożej. Grzesznicy słysząc ewangelię, słuchając o śmierci Jezusa na krzyżu, mogą się opamiętać ze swoich grzechów i przez wiarę osobiście skorzystać z ofiary Chrystusowej. Trzeba nam więc opowiadać o ofierze złożonej przez Baranka Bożego aż do końca, aż On powróci.

Do wspominania śmierci Jezusa poprzez sprawowanie Wieczerzy Pańskiej używamy prostego obrazu podstawowego pokarmu i napoju w Izraelu z czasów Jezusa. Są to chleb i wino.  Pojawiają się one już na początku Biblii w rękach Melchizedeka, kapłana Boga Najwyższego [1Mo 14,18]. Obietnica Boża złożona Izraelowi, głosi o Ziemi Obiecanej, że w niej nie zabraknie im chleba i wina  [3Mo 26,5]. Chleb i wino było w Izraelu na każdym stole paschalnym i tak jest do dzisiaj. Księga Psalmów mówi o winie, które rozwesela serce człowieka i chlebie, co wzmacnia serce człowieka [Ps 104,15].

Chleb złamany rękami samego Syna Bożego, to obraz ciała Jezusa ubiczowanego i ukrzyżowanego jako ofiara za grzech świata. Wziął chleb, a podziękowawszy, złamał i rzekł: Bierzcie, jedzcie; to jest ciało moje, które za was bywa łamane. Z pewnością nikt z uczniów nie pomyślał wówczas, że Jezus daje im do jedzenia swoje ciało w sensie dosłownym. Tak. Jego ciało jest prawdziwym pokarmem, a Jego krew jest prawdziwym napojem, lecz są pokarmem i napojem duchowym, a nie materialnym. Łamiąc chleb własnymi rękami Syn Boży dał do zrozumienia, że oddanie życia za grzech świata jest Jego czynem osobistym i dobrowolnym. Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz oddaje za owce własne życie [Jn 10,11]. Ja kładę życie swoje, aby je znowu wziąć. Nikt mi go nie odbiera, ale Ja kładę je z własnej woli. Mam moc dać je i mam moc znowu je odzyskać; taki rozkaz wziąłem od Ojca mego [Jn 10,17-18].

Jedząc z jednego, rozłamanego chleba, karmiąc swe dusze Chrystusem, zbór daje tym samym świadectwo jedności Kościoła tj. Ciała Chrystusowego. Czy chleb, który łamiemy, nie oznacza udziału w Jego ciele? Ponieważ jest jeden chleb, my, choć liczni, stanowimy jedno ciało, wszyscy bowiem bierzemy cząstkę pochodzącą z jednego chleba [1Ko 10,16-17].

Kielich podany do picia uczniom – to obraz Nowego Przymierza Syna Bożego z wierzącymi w Niego ludźmi. Kielich ten jest Nowym Przymierzem we krwi mojej (wg BW-P). Biblia mówi, że bez krwi nie ma przebaczenia grzechów. Krew doskonałego Baranka Bożego musiała zostać wylana w ofierze, raz na zawsze złożonej za grzech świata. Syn Boży, Jezus Chrystus jako Arcykapłan złożył ofiarę z własnej krwi za nasze grzechy i w ten sposób ustanowił Nowe Przymierze, na mocy którego wszyscy wierzący w Niego zostali pojednani z Bogiem. 

Ideę Nowego Przymierza Boga z człowiekiem dobrze ilustruje związek małżeński w dawnym Izraelu. Tajemnica to wielka, ale ja odnoszę to do Chrystusa i Kościoła [Ef 5,31-32] – napisał o małżeństwie apostoł Paweł w natchnieniu Ducha Świętego. Przypatrując się żydowskim zaślubinom, rzeczywiście można lepiej zrozumieć, jak dochodzi do związku pomiędzy Chrystusem i wierzącym w Niego człowiekiem.

W tamtych czasach w Izraelu ojciec oblubieńca wyszukiwał synowi oblubienicę, wypłacał za nią określoną należność i wtedy następował akt zaręczyn. Podpisywano kontrakt, w którym oblubieniec zobowiązywał się, że zatroszczy się o całą przyszłość oblubienicy. Oblubieniec rozpoczynał przygotowanie domu, a oblubienica szykowała się do dnia ślubu i wesela, nie wiedząc, kiedy oblubieniec przyjdzie zabrać ją do ich wspólnego miejsca zamieszkania. W końcu następował ten wyczekiwany dzień zaślubin i czas wesela.

Czyż można lepiej zobrazować związek Chrystusa z Kościołem? Bóg Ojciec wybiera i pociąga człowieka do Syna Bożego. Nikt nie może przyjść do mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał [Jn 6,44] powiedział Jezus. Następnie grzesznik zostaje wykupiony ze swojej grzesznej przeszłości, ze wszystkich uzależnień, naturalnych powiązań i świeckiego środowiska. Wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego [1Pt 1,18-19]. Duch Święty wzbudza wiarę w sercu człowieka i w ten sposób powstaje osobista więź z Synem Bożym. Albowiem zaręczyłem was z jednym mężem, aby stawić przed Chrystusem dziewicę czystą [2Ko 11,2]. Tym samym Syn Boży bierze na Siebie odpowiedzialność za nasze zbawienie. Daje nam dar żywota wiecznego, a poprzez zadatek Ducha zapewnia wszystkich napełnionych Duchem Świętym, że doprowadzi do końca, to co z nimi zaczął i że zabierze ich do Siebie. Idę przygotować wam miejsce. A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie ja jestem [Jn 14,2-3].

Kościół - jako Oblubienica Chrystusowa - ma się przygotowywać na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o takiej godzinie, której się nie spodziewacie [Łk 12,40]. Wraz z ponownym przyjściem Chrystusa nadejdzie czas wesela Baranka.  Weselmy się i radujmy się, i oddajmy mu chwałę, gdyż nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się; i dano jej przyoblec się w czysty, lśniący bisior, a bisior oznacza sprawiedliwe uczynki świętych. I rzecze do mnie: Napisz: Błogosławieni, którzy są zaproszeni na weselną ucztę Baranka. I rzecze do mnie: To są prawdziwe Słowa Boże [Obj 19,7-9].

Czy wszystko w tym obrazie jest jasne? Kielich podczas Wieczerzy Pańskiej rozdzielany pomiędzy wiernych  obrazuje Nowe Przymierze, jakie Bóg zawarł z wierzącymi, poprzez krew Syna Bożego.

Z powyższych powodów odczytane Słowo Boże nakazuje konieczność rozsądzania Ciała Pańskiego i godnego przystępowania do Wieczerzy Pańskiej. W naszym tekście występują dwa ważne pojęcia: rozróżnianie i doświadczanie. Rozróżnianie, gr. diakrino, znaczy - rozdzielać, rozróżniać, rozstrzygać, rozsądzać. Albowiem kto je i pije niegodnie, nie rozróżniając ciała Pańskiego, sąd własny je i pije [w. 29]. To nie jest zwyczajne jedzenie chleba i picie wina. Udział w Wieczerzy Pańskiej domaga się rozróżnienia pomiędzy tym, co święte i godne, a tym, co jest duchowo nieczyste. Kto chce mieć udział w Łamaniu Chleba potrzebuje oddzielenia dla Pana! Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha demonów; nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu demonów [1Ko 10,21].

Aby należycie oddzielać się dla Chrystusa Pana, trzeba samego siebie wciąż na nowo poddawać próbie. Doświadczanie, gr. dokimadzo, znaczy próbować, doświadczać, poddać próbie, wybadać. Chodzi o zdolność duchową, niektórym ludziom zupełnie nieznaną. Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie; czy nie wiecie o sobie, że Jezus Chrystus jest w was? [2Ko 13,5]. Tylko ludzie dorośli i odrodzeni z Ducha Świętego potrafią na tyle wejrzeć w siebie, aby oczyścić się od wszelkiej zmazy ciała i ducha, dopełniając świątobliwości swojej w bojaźni Bożej [2Ko 7,1].

Oto dlaczego do Wieczerzy Pańskiej w naszym zborze przystępują wyłącznie osoby odrodzone duchowo i pojednane z Bogiem, będące we właściwych relacjach z innymi ludźmi. Oto dlaczego osobom przybliżonym i dzieciom zalecamy, aby z udziałem w Wieczerzy Pańskiej poczekali aż do chwili ich osobistego nawrócenia i przyjęcia chrztu wiary.

Coraz więcej wspólnot zaprasza do Wieczerzy wszystkich uczestników nabożeństwa, nawet dzieci, które do żadnego diakrino ani dokimadzo jeszcze nie są zdolne. My tak nie robimy, bo Słowo Boże mówi o konsekwencjach niegodnego jedzenia i picia przy Stole Pańskim. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winnym staje się Ciała i Krwi Pańskiej [1Ko 11,27]. Być winnym Ciała i Krwi Pańskiej to poważna sprawa. Taka wina musi wiązać się z konsekwencjami. Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też pomarło [1Ko 11,32].

Przystępowanie do Stołu Pańskiego z należytym respektem i oddzieleniem się dla Pana wzmacnia chrześcijanina duchowo i powoduje jego dalszy rozwój. Niegodny, lekkomyślny udział w Wieczerzy Pańskiej nie tylko mu nie pomaga, ale wręcz powoli go zabija i to nie tylko duchowo. Gdy ktoś ze zboru zachoruje nagle lub umrze, to najczęściej szukamy naturalnych przyczyn takiego stanu rzeczy. Nawet do głowy nam nie przychodzi, że mogło to nastąpić z omawianych tu powodów duchowych. Naprawdę warto o tym pomyśleć.

Oczywiście, nikt z nas nie potrafi policzyć, ile z znanych nam chorób i zgonów w kręgach chrześcijańskich nastąpiło z powodu niegodnego udziału w Wieczerzy Pańskiej. Zresztą, nie naszą rolą jest ocenianie innych ludzi. Słowo Boże zobowiązuje nas wszakże do rozsądzania znaczenia Ciała i Krwi Pańskiej. Przymusza nas też do należytej samooceny przed przystąpieniem do stołu Pańskiego. Jeżeli zaś sami siebie osądzimy, nie będziemy sądzeni. Lecz gdy jesteśmy sądzeni przez Pana, upomnienie otrzymujemy, abyśmy nie byli potępieni ze światem [1Ko 11,31-32].

Każdy własny ciężar poniesie – naucza Biblia [Ga 6,5]. Wieczerza Pańska jest nam dana, abyśmy wciąż na nowo karmili naszego wewnętrznego człowieka Ciałem i Krwią Pańską. Biorąc regularnie udział w Wieczerzy Pańskiej należycie pielęgnujemy społeczność z naszym Zbawicielem i Panem, Jezusem Chrystusem. Łamiąc chleb dajemy też świadectwo naszej jedności ze zborem Pańskim, a to ma również wielkie znaczenie w praktycznym zastosowaniu Bożego Planu Zbawienia. Chrystus Pan bowiem na ziemi działa poprzez zbór i na rzecz zboru.

Dlatego serdecznie zachęcam do godnego jedzenia i picia przy Stole Pańskim.

Dlaczego jedni mogą, a drudzy nie?

2018-04-24 - Marian Biernacki

Pisemna wersja kazania wygłoszonego w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku

Dlaczego jedni mogą, a drudzy nie?

Wielu dojrzałych duchowo chrześcijan stosuje dobrą zasadę, ażeby o innych mówić wyłącznie dobrze. Jeśli o kimś nie mają niczego dobrego do powiedzenia, to raczej w ogóle o nim nie mówią. Najwidoczniej Mojżesz również postanowił tak postąpić, gdy w ostatnich dniach życia chciał powiedzieć coś dobrego o każdym z plemion Izraela. Wszyscy zamienili się w słuch. Oto błogosławieństwo, którego Mojżesz, mąż Boży, udzielił Izraelitom przed swoją śmiercią [5Mo 33,1]. Słowa Mojżesza były mądre, wyważone i prawdziwe. Nawiązywały do zachowania, czynów i osiągnięć poszczególnych plemion Izraela, a w niektórych przypadkach zapowiadały także ich przyszłość.

 

Z własnego doświadczenia życiowego wiemy, że nie o każdym jednakowo dużo dobrego można powiedzieć. Na taką trudność napotkał też i Mojżesz. Przez ponad czterdzieści lat z wszystkimi plemionami Izraela wędrował z Egiptu do Kanaanu. Czegóż to nie naoglądał się, nie nasłuchał i nie naprzeżywał z nimi na pustyni?! Dobrze wiedział czym się charakteryzowali i aż nadto znał ich przeszłość. Jak wiele dobrego można było o nich powiedzieć?

 

Zaczynając od potomków najstarszego z synów Jakuba, Mojżesz powiedział jedynie: Niech żyje Ruben i niech nie umiera, niech mężczyzn jego będzie sporo [5Mo 33,6]. A o Danie rzekł: Dan jako lwie szczenię wyskakuje z Baszanu [5Mo 33,22]. Chociaż do wszystkich plemion był jednakowo pozytywnie nastawiony, to o kilku z nich - jak widać - nie za bardzo miał co mówić. Życzenie życia i licznego potomstwa to chyba niewiele, jak na czterdzieści lat wspólnej wędrówki z Rubenitami. Tylko parę dziwnych słów o Danie i to wszystko..? Zupełnie inaczej było z potomkami Józefa, Judy czy plemieniem Lewiego. W tym rozważaniu skupimy naszą uwagę właśnie na Lewim.

 

Słowo dla Lewiego: Twoje tummim i urim należą do twych pobożnych, których doświadczyłeś w Massa, z którymi walczyłeś u wód Meriba, do tego, który o ojcu i matce powiedział: Nie wziąłem na nich względu. I swoich braci nie rozpoznaje, i swoich synów nie zna, ponieważ strzeże Twych poleceń i dotrzymuje Twego przymierza. Niech tacy uczą Twych rozstrzygnięć Jakuba i Izraela — Twego Prawa. Niech spalają kadzidło, by Tobie pachniało, i całopalenia na Twoim ołtarzu. Błogosław, PANIE, jego trud, dziełu jego rąk bądź przychylny, skrusz biodra jego przeciwników, niech nienawidzący go nie powstaną [5Mo 33,8-11].

 

Każdy czytelnik Biblii wie, że wszyscy wędrujący do Ziemi Obiecanej Izraelici byli poddawani rozmaitym próbom. Wymienione wyżej Massa i Meriba można uznać za synonim licznych prób i doświadczeń wiary, którym Izraelici na pustyni byli poddawani. Nie znieczulajcie swoich serc jak w Meriba, lub jak w Massa, gdy byliście na pustyni [Ps 95,8] - śpiewano w Izraelu. Nie wszyscy w tych próbach jednakowo się zachowywali. Jedni wykazali się posłuszeństwem i wiernością Bogu. Drudzy kierowali się własnym rozumem i pożądliwościami ciała. Musiało to znaleźć odzwierciedlenie w końcowych słowach Mojżesza.

 

Weźmy na przykład zachowanie Lewitów pod górą Synaj. Powracający z tablicami Dekalogu Mojżesz po czterdziestu dniach nieobecności zastał Izraelitów zupełnie odwróconych. Ulali sobie złotego cielca. Bili przed nim pokłony, złożyli mu ofiary nazywając go swoim bogiem, który ich wyprowadził z ziemi egipskiej. Na tę okoliczność lud zasiadł do jedzenia i picia – a potem wstali, aby się bawić [2Mo 32,6]. Bałwochwalstwo i rozpasanie ludu przybrało takie rozmiary, że żadnymi słowami nie można już było tego powstrzymać. Mojżesz stanął zatem w bramie obozu i wezwał: Kto po stronie PANA - do mnie! I zebrali się przy nim wszyscy Lewici. Wtedy powiedział: Tak mówi PAN, Bóg Izraela: Uzbrójcie się w miecz! Przejdźcie tam i z powrotem, od bramy do bramy obozu i zabijajcie każdego, czy to brat, czy przyjaciel, czy ktoś bliski!  Lewici wykonali polecenie Mojżesza i padło tego dnia pośród ludu około trzech tysięcy mężczyzn. Wtedy Mojżesz powiedział: Przejmijcie dziś zadania, jakie PAN wam powierza! Każdy z was przecież wystąpił nawet przeciw własnemu synowi i bratu, by dostąpić dziś błogosławieństwa [2Mo 32,26-29].

 

Podobną postawą zabłysnął też później lewita Pinechas, gdy Izraelici dali się wciągnąć w nierząd z Moabitami. PAN zaś przemówił do Mojżesza: Pinechas, syn Eleazara, wnuk kapłana Aarona, odwrócił moje wzburzenie od synów Izraela. Uczynił tak przez to, że w swojej żarliwości wyraził wśród nich moją żarliwość. Dzięki temu, w mej własnej żarliwości, nie wytępiłem synów Izraela doszczętnie. Przekaż mu więc, że oto Ja zawrę z nim przymierze pokoju. Będzie ono dla niego i dla jego potomków przymierzem wieczystego kapłaństwa - za to, że okazał żarliwość dla swojego Boga i dokonał przebłagania za synów Izraela [4Mo 25,10-13].

 

W obydwu wspomnianych przypadkach Lewici wykazali się niezwykłą gorliwością w oddaniu się sprawie Bożej. Przez to sami się niejako wyświęcili do szczególnej służby pośród ludu Bożego. Pozwolę sobie tutaj na prostą ilustrację. Przejmując zabytkowy dwór w Gdańsku zastanawiałem się, komu mógłbym powierzyć w przyszłości pieczę nad siedzibą zboru. Od samego początku byłem zagadywany przez kilka osób, że chciałyby w nim zamieszkać, lecz w tej sprawie brakowało mi jasności. Odpowiedź przyszła niespodziewanie. Któregoś dnia wieczorem wjeżdżałem na nieogrodzoną jeszcze posesję, aby w nocy pilnować dworu. Ze zdumieniem zobaczyłem na dziedzińcu jakieś światło. Był to jeden z naszych młodych braci, który po pracy przyjechał wybierać cegły z kupy gruzu, a że nie mieliśmy jeszcze oświetlenia, robił to w światłach reflektorów swojego samochodu. Właśnie kogoś takiego chciałbym mieć jako opiekuna siedziby zboru – pomyślałem. I rzeczywiście tak się potem stało.

 

Lewici zwrócili uwagę Boga również tym, że postawili Go ponad własną rodziną i prywatnymi sprawami. Nie dziwię się, że Bóg chce mieć w swoich szeregach tego, który o ojcu i matce powiedział: Nie wziąłem na nich względu. I swoich braci nie rozpoznaje, i swoich synów nie zna, ponieważ strzeże Twych poleceń i dotrzymuje Twego przymierza [5Mo 33,9]. Taką postawę zaprezentował nam przecież sam Pan Jezus. Tymczasem przyszła Jego matka oraz Jego bracia. Zatrzymali się na zewnątrz i posłali do Niego wiadomość, aby Go przywołać. Wokół Niego natomiast siedział tłum. Donieśli Mu zatem: Twoja matka, Twoi bracia i Twoje siostry stoją na zewnątrz i proszą, abyś wyszedł. Wtedy im odpowiedział: Kto jest moją matką i moimi braćmi? Po czym powiódł oczyma po tych, którzy wokół Niego siedzieli, i oświadczył: Oto moja matka i moi bracia. Każdy bowiem, kto spełnia wolę Boga, ten jest moim bratem i siostrą, i matką  [Mk 3,31-35].

 

Bóg widząc w Lewitach gorliwość i całkowite nastawienie serca na to, co miłe w Jego oczach, ustami Mojżesza obwieścił im, że przeznacza ich do szczególnie ważnych i zaszczytnych zadań w Izraelu.

 

Po pierwsze, otrzymali od Boga prawo rozsądzania i rozstrzygania w ważnych sprawach. Tummim są twoje i urim są twoje [5Mo 33,8]. Słowa urim i tummim tłumaczone z hebrajskiego znaczą - światłość i doskonałość. Do napierśnika sądu każesz włożyć urim i tummim. Mają one pozostawać na sercu Aarona, gdy będzie wchodził przed oblicze PANA. W ten sposób Aaron będzie przed obliczem PANA wciąż nosił na sercu Jego rozstrzygnięcia dotyczące synów Izraela [2Mo 28,30]. Napierśnik to element stroju arcykapłana. Ozdobiony był dwunastoma oprawionymi w złoto drogimi kamieniami, ułożonymi w czterech rzędach, które symbolizowały dwanaście plemion izraelskich. Arcykapłan, wchodząc do miejsca zwanego Święte Świętych, miał zawsze nosić napierśnik na sercu, aby ustawicznie pamiętał przed Panem imiona synów Izraela.

 

W napierśniku przechowywane były losy urim i tummim, służące do zasięgania Bożych wyroczni. Arcykapłan posługiwał się nimi, gdy pojawiała się poważna kwestia do rozstrzygnięcia. Jak praktycznie przebiegał proces rozpoznawania woli Bożej poprzez urim i tummim -  to wciąż owiane jest tajemnicą. Z Biblii wiadomo, że nie każdy kapłan mógł skutecznie to robić [zob. Ezdr 2,63]. Losy te działały tylko w przypadku kapłana prowadzącego uświęcone życie. Przed Bogiem tylko "doskonałość" spotyka się ze "światłością". Kapłan wyjmował przed Panem obydwa losy i jeden z nich - "tak" lub "nie" - w jego oczach zaczynał jaśnieć. Raz Bóg dawał urim, a innym razem tummim [zob. 1Sm 14,41]. Jak najbardziej zgadza się to z dzisiejszym prowadzeniem wierzących ludzi poprzez Ducha Świętego. Wielu chrześcijan nie wie, jak w danej chwili i sprawie należy postąpić. Potrzebują mentorów, wskazówek, szkoleń i temu podobnych rzeczy. Napełniony Duchem Świętym i na co dzień żyjący według Ducha chrześcijanin, w stosownej chwili ma jasność, jaka jest wola Boża.

 

Lewici dostąpili zaszczytnej roli sędziów w narodzie. Obwieszczali wolę Bożą, bo zdali egzamin z ponadprzeciętnego przywiązania do Boga. W czasie doświadczeń i prób, w krytycznych chwilach odstępstwa Izraela, wszystko inne odsuwali na dalszy plan, a przede wszystkim gorliwie bronili sprawy Bożej. Właśnie dlatego Bóg wyznaczył im też rolę nauczania Słowa Bożego. Niech tacy uczą Twych rozstrzygnięć Jakuba i  Izraela - Twego Prawa [5Mo 33,10]. Nie każdy nauczyciel ma Boże kwalifikacje, ażeby nim być. Nie wiesz? A przecież nie jesteś zwykłym nauczycielem Izraela [J 3,10] – zadziwił się Jezus nad Nikodemem, który nie miał pojęcia, czym jest nowe narodzenie.

 

Biblia mówi, że pozycja nauczyciela wpośród ludu Bożego musi mieć konkretne uzasadnienie. Dlaczego Lewici, a nie, na przykład, Danici, otrzymali od Boga zadanie nauczania Słowa Bożego? Ponieważ charakteryzowali się stałością i gorliwością w oddaniu Panu. Dlaczego apostołowie kierowani Duchem Świętym we wczesnym kościele wyznaczali do przywództwa i nauczania mężczyzn? Nie pozwalam zaś kobiecie pouczać ani kierować mężem. Niech pozostaje w ciszy. Bo najpierw został ukształtowany Adam, potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz kobieta, gdy uległa zwiedzeniu, dopuściła się przestępstwa. Niech raczej spełnia się w macierzyństwie, pozostając w wierze, w miłości i w rozważnym poświęceniu [1Tm 2,12-15]. Taka jest argumentacja Słowa Bożego.

 

Po trzecie, z racji właściwego zachowania w wielu doświadczeniach i próbach, Lewitom przypadła służba przy Bożym ołtarzu. Niech spalają kadzidło, by Tobie pachniało, i całopalenia na Twoim ołtarzu [5Mo 33,11]. Nie każdy chętny mógł tę służbę pełnić. Swego czasu nawet i samego króla trzeba było w tej sprawie wezwać do opamiętania. Nie twoja to rzecz, Uzzjaszu, składać ofiary z kadzidła Panu, rzecz to kapłanów, synów Aarona, którzy są poświęceni na to, by kadzić. Wyjdź z przybytku, gdyż dopuściłeś się zniewagi, a nie przyniesie ci to chwały przed Panem, Bogiem [2Krn 26,18].

 

Przypominam, że tzw. powszechne kapłaństwo wierzących polega na tym, że każdy z nas jest kapłanem własnej duszy i sam za siebie odpowiada przed Bogiem. Nie oznacza, że wszyscy mogą pełnić każdą posługę. To Bóg ustanawia i powołuje w kościele konkretne osoby, wyznaczając im poszczególne zadania. Dlaczego Arcykapłanem wszechczasów Bóg ustanowił Jezusa? Dlaczego Dwunastu – to sami mężczyźni? Czy wszyscy są apostołami? Czy wszyscy prorokami? Czy wszyscy nauczycielami? [1Ko 12,29]. Tak jak służbę Bożą w okresie Starego Przymierza pełnić mogli tylko wypróbowani wcześniej i wyznaczeni przez Boga Lewici, tak i w czasach Nowego Przymierza służbę duchową określa Słowo Boże, a nie wpływy kulturowe, ludzkie pragnienia lub poglądy.

 

Nie o każdym człowieku można to samo i tyle samo dobrego powiedzieć. Gdybym twój pastor miał wypowiadać się o każdym po kolei członku zboru to – jak myślisz? Co miałby do powiedzenia o tobie?  A co o nas powie Chrystus Pan, gdy staniemy przed Bożym obliczem? Wtedy naprawdę nie będzie ważne, co mówili o nas ludzie. Dlatego warto zrobić wszystko, aby zyskać upodobanie w oczach Pana.

 

Lewici zaświecili nam przykładem, jak najlepiej można wpisać się w historię Królestwa Bożego i zyskać sobie wysokie stanowisko i prawo występowania w sprawie wiary, która jest w Chrystusie Jezusie [1Tm 3,13].  Doskonałym tego przykładem jest sam Jezus Chrystus. Dzięki Jego postawie u Niego jest ostateczne urim i tummim we wszystkich kwestiach. On jest naszym Nauczycielem. Także dzięki Niemu nasze życie jest miłym kadzidłem przed Bogiem. Gdy z racji wiary w Jezusa Chrystusa przyjmujemy postawę Lewitów – Bóg myśli o nas tylko dobrze i mówi same dobre rzeczy. Dlaczego? Bo gdy jesteśmy w Chrystusie i Bóg patrząc na nas, widzi już nie nas, ale Syna swego umiłowanego.

 

Taka pozycja w oczach Bożych ma swoją cenę. Nie można było zachowywać się jak Ruben, a otrzymać błogosławieństwo Lewiego. Jeśli więc ktoś zachowa siebie czystym od rzeczy pospolitych, będzie naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, gotowym do wszelkiego dobrego dzieła [2Tm 2,21]. W zapale bądźcie niestrudzeni, duchem płomienni, w Panu – gotowi do służby [Rz 12,11].

Normalne życie

2018-03-22 - Jarosław Wierzchołowski

Normalne życie

 Niedawno rozmawiałem z pewną starszą panią. „Ostatnio zaczęłam regularnie czytać Biblię…” - powiedziała po chwili rozmowy, ku mojemu zaskoczeniu i radości. „…Ale to przecież niemożliwe, żeby Jezus mówił niektóre rzeczy, o których piszą ewangeliści” - dodała. Oczywiście dopytałem o jakie wypowiedzi Jezusa jej chodzi, ale moja rozmówczyni początkowo nie była w stanie wskazać ich precyzyjnie. „Jezus przecież zna ludzi, nie może od nich wymagać takich rzeczy. Ja uważam, że Bóg stworzył nas po to byśmy mogli jakoś normalnie żyć na świecie” - argumentowała.

  Normalnie żyć - z takim postulatem w kontekście konfrontacji ze słowami Jezusa spotkałem się nie po raz pierwszy. Jeżeli tylko uczciwie i z zaangażowaniem czytamy Ewangelie nie możemy pominąć faktów, że zarówno Jezus jak i Jego uczniowie nie mieli raczej „normalnego życia”. Począwszy od powołania przez Jezusa, co wiązało się z „zostawieniem wszystkiego i pójściem za Nim”, poprzez uważne słuchanie i wykonywanie poleceń Mistrza wbrew wszelkim okolicznościom (patrz chociażby Ewangelia Mateusza 14, 22-32, Dzieje Apostolskie 14,7-12) aż po posłuszeństwo najważniejszemu nakazowi misyjnemu: Idźcie do najdalszych zakątków świata i głoście tam dobrą nowinę wszystkim bez wyjątku. (Ewangelia Marka 16,15). Pamiętajmy, że dla wszystkich apostołów to bezwzględne posłuszeństwo zakończyło się… no bynajmniej nie normalnym życiem, raczej w ogóle nie zakończyło się życiem. Byli za to pewni perspektywy życia wiecznego.
  Ale nawet tak „prosty” nakaz Jezusa: Kochajcie waszych nieprzyjaciół(Ewangelia Mateusza 5,44) w radykalny sposób oddala nas od „normalnego życia”. Normalnego czyli typowego - bezproblemowego, wygodnego, takiego gdy jesteśmy powszechnie lubiani, cenieni i doceniani. No właśnie, jak to pogodzić z zapowiedziami Jezusa: Na świecie będziecie doświadczać ucisku (Ew. Jana 16.33) czy Jeśli Mnie prześladowali, i was będą prześladować (Ew. Jana 15,20)…
  Tak naprawdę kluczowym wyborem jest to co uznamy za normalne życie. Jezus odpowiedział: Ręczę i zapewniam, kto się nie narodzi na nowo, nie może zobaczyć Królestwa Bożego. (Ew. Jana 3,3); Narodzić się na nowo do nowego życia, życia w którym „normalność” oznacza już tylko bezwzględne zaufanie, posłuszeństwo Jezusowi objawionemu w Słowie Bożym, nie naszym wyobrażeniom o Nim. Abyśmy wzorem Chrystusa, który został wzbudzony z martwych przez chwałę Ojca, my również prowadzili nowe życie. (List do Rzymian 6,4). Dla mnie bowiem życie - to Chrystus – oto normalne życie apostoła Pawła (List do Filipian 1,21).
  Kiedy po rozmowie opuszczałem mieszkanie starszej pani zobaczyłem nad drzwiami wizerunek Jezusa i napis „Jezu ufam Tobie”. Hmm… Jakiemu Jezusowi ufa moja rozmówczyni?

Zanim zmienisz zbór i miejsce służby

2018-03-09

Przestroga przed konsekwencjami samowoli

Zanim zmienisz zbór i miejsce służby

Wyobraź sobie, że jesteś plantatorem truskawek. W środku sezonu wyznaczyłeś swojemu pracownikowi konkretny fragment plantacji do zbioru owoców. Rankiem zawiozłeś go tam i wytłumaczyłeś, co i jak ma w tym miejscu robić. Przyjeżdżając w południe po kosze z truskawkami odkryłeś, że twój pracownik opuścił wyznaczone mu miejsce. Poszedł sobie zbierać  truskawki na innym polu, tam - gdzie jego zdaniem truskawki są ładniejsze i łatwiej się je zbiera.

Nie pytam, jak zareagowałbyś na taką samowolę swojego pracownika. Pytam natomiast, czy Chrystus Jezus -  Pan Żniwa, ma prawo oczekiwać, że Jego słudzy będą pracować dla Niego w wyznaczonym im miejscu? Czy którykolwiek chrześcijanin na własną rękę może wybierać sobie miejsce swej służby i zmieniać je samowolnie? Czy możemy służyć Bogu  gdziekolwiek i jakkolwiek nam się spodoba, czy raczej winniśmy trzymać się określonego dla nas zadania i wykonywać je we wskazanym miejscu?

Żaden przedsiębiorca nie zgodzi się na to, ażeby jego pracownicy krążyli w ciągu dnia po firmie, samowolnie zmieniając sobie stanowisko pracy i  rodzaj zajęcia. Dlaczego mielibyśmy więc sądzić, że w Królestwie Bożym dozwolone jest samowolne przemieszczanie się pracowników Pańskich?  Biblijne opisy Wczesnego Kościoła wskazują na ścisłe kierownictwo Ducha Świętego w określaniu miejsca i zakresu służby poszczególnych osób. Oto kilka przykładów: W Antiochii, w tamtejszym kościele, prorokami i nauczycielami byli: Barnaba, Symeon, noszący przydomek Niger, Lucjusz Cyrenejczyk, Manaem, który wychowywał się z tetrarchą Herodem, oraz Saul. W czasie gdy prowadzili publiczne nabożeństwo i pościli, Duch Święty powiedział: Oddzielcie mi Barnabę i Saula do tego dzieła, do którego ich powołałem [Dz 13,1-2]. Paweł natomiast obstawał przy tym, że lepiej nie zabierać z sobą kogoś, kto opuścił ich w Pamfilii i nie brał już udziału w ich dalszej pracy [Dz 15,38]. Uważajcie na samych siebie i na całą trzodę, w której was Duch Święty ustanowił przełożonymi [Dz 20,28]. On też uczynił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, jeszcze innych duszpasterzami i nauczycielami... [Ef 4,11].

Pierwszym czynnikiem określającym miejsce zaangażowania chrześcijanina w służbę jest środowisko, w którym rodzi się on duchowo. Podobnie jak przychodzące na świat dziecko w konkretnej rodzinie ma tym samym określone miejsce, gdzie będzie wyrastać, uczyć się i brać na siebie część obowiązków wspólnego zamieszkiwania, tak też niemowlę duchowe rodzi się w środowisku konkretnego zboru, aby właśnie w nim rosnąć, z czasem stając się użytecznym dla Boga i miejscowych ludzi. W świetle Biblii widać, że nawet stan cywilny nie jest tu bez znaczenia. Niech zatem każdy postępuje tak, jak mu wyznaczył Pan i jak go powołał Bóg. Tej zasady się trzymam we wszystkich kościołach. Ktoś został powołany jako obrzezany? Niech nie ukrywa obrzezania. Ktoś jako nieobrzezany? Niech się nie obrzezuje. […] Bracia, niech każdy pozostanie przed Bogiem w tym stanie, w którym został powołany [1Ko 7,17-24].

Chrystus Pan jako Głowa Kościoła troszczy się o poszczególne zbory. Dla ich dobra i rozwoju powołuje w nich do życia duchowego nowe, konkretne osoby. Nikt i nic w zborze nie pojawia się przypadkowo. Bóg ma swoje plany z każdym lokalnym zborem. Stosownie do tych planów sprawia, że w danej społeczności nawracają się określone osoby. Zamierzając posługiwać się jakimś zborem np. w dziedzinie muzyki lub pracy społecznej, Pan przydaje do zboru ludzi właśnie z takim obdarowaniem. Nie rozumiejąc tego niektórzy chrześcijanie - zamiast dążyć do rozpoznania swej roli na miejscu - rozglądają się za zewnętrznym miejscem aktywności, innym niż ich rodzimy zbór. Samowolnie opuszczają wyznaczone im stanowisko, a ich zbór nie jest w stanie spełnić roli wyznaczonej mu przez Boga.

Nie ma dla chrześcijanina ważniejszej sprawy ponad tę, żeby być posłusznym Bogu i wiernie wykonywać powierzone mu zadania w miejscu wyznaczonym przez Głowę Kościoła. Kto więc jest tym sługą wiernym i roztropnym, którego pan postawił nad czeladzią swoją, aby im dawał pokarm o właściwej porze? Szczęśliwy ów sługa, którego pan jego, gdy przyjdzie, zastanie tak czyniącego [Mt 24,45-46]. Trwożę się na myśl o tym, co czeka osoby, które do służby Bożej i miejsca jej pełnienia podchodzą tak, jakby to nie Chrystus, a oni sami byli jej panami.

Nie wiem, jak Chrystus Pan będzie nas rozliczał za tego rodzaju samowolę, ale wyraźnie dostrzegam problem. Wiem, że istniejącą od ponad dwu dekad wspólnotę Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE Bóg powołał do wielkich zadań duchowych w Gdańsku. Jak daleko posunęlibyśmy się już w wypełnieniu woli Bożej dla naszego zboru, gdyby wszystkie nowo narodzone tu osoby pozostały w wyznaczonym im przez Boga miejscu służby? Zjawisko samowolnej zmiany przynależności do zboru i przenoszenia swej aktywności do bardziej dogodnego miejsca, dotyczy nie tylko zboru, w którym posługuję. Ze smutkiem dowiaduję się i od innych pastorów, że np. niektórzy ich muzycy zaniedbują posługę muzyczną u siebie, łatwo dając się werbować do grania gdzieś daleko od domu. Inni ciągle wyjeżdżają gdzieś na akcje charytatywne do innych miast, podczas gdy służba socjalna ich własnego zboru cierpi na brak rąk do pracy.

Czy można tak postępować w Kościele i nie ponieść z tego tytułu żadnych konsekwencji? Również aniołów, którzy nie dbali o powierzone im stanowisko, lecz porzucili swój obszar działania, zatrzymał w wiecznych więzach i w mroku na wielki dzień sądu [Jd 1,6]. Serce mi drży na myśl o tym, że swoją samowolą miałbym stanąć w poprzek Bożym planom dla zboru i miasta, w którym Bóg wyznaczył mi służbę. Jeżeli aniołów, którzy odeszli z miejsc dla nich przeznaczonych, zatrzymał w ciemnościach, krępując ich więzami wiecznymi, aż do dnia wielkiego sądu [Jd 1,6 wg BW-P] to skąd pomysł, że mnie wolno w niedzielę pojechać sobie gdzie chcę i służyć tam, gdzie lubię..?

I mówił im: Żniwo co prawda wielkie, ale robotników mało. Proście przeto Pana żniwa, żeby posłał robotników do swego żniwa. Idźcie, oto posyłam was jak owce między wilki. […] Macie też pozostawać w tym samym domu, jedząc i pijąc to, co wam dadzą. Wart jest bowiem robotnik zapłaty swojej. Nie przenoście się z domu do domu [Łk 10,2-7 wg Biblii W-P]. 

Jeżeli Pan Żniwa posłał nas do pracy w określonym miejscu, lepiej dla nas, gdy okażemy Mu posłuszeństwo i pozostaniemy na wyznaczonym stanowisku, niezależnie od tego, jak wiele innych miejsc kusi nas milszym towarzystwem i lepszymi warunkami służby.

Przenosząc się do innego zboru i miejsca zaangażowania duchowego, trzeba mieć absolutną pewność, że taka jest wola Boża.

Kobiety tobą rządzą?

2018-03-08 - Marian Biernacki

Jeszcze raz w kwestii przywództwa kobiet w zborze

Kobiety tobą rządzą?
Obok wielu spraw poruszających środowiska ewangelicznego chrześcijaństwa w naszym kraju wciąż nie cichnie dyskusja, czy kobiety powinny stawać na czele zboru oraz czy z jego kazalnicy mogą nauczać Słowa Bożego? Również w środowisku Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku temat – jak świadczy bieżące wydanie miesięcznika PS – jest żywy. Wielokrotnie zabierałem już głos w tej sprawie i nie zamierzam powtarzać tu jednoznacznych wskazówek nauki apostolskiej. Ponieważ odnoszę wrażenie, że po obydwu stronach debaty przywołano już większość argumentów, pozwolę sobie tym razem zwrócić uwagę jedynie na prorockie zawołanie z przełomu VIII i VII wieku przed Chrystusem. Ludu mój! Twoi ciemiężcy są niczym dzieci! Kobiety tobą rządzą! Ludu mój! Zwodzą cię twoi przewodnicy! Gmatwają twoje ścieżki [Iz 3,12 wg BE].
 
Powyższa wypowiedź proroka Izajasza jest częścią szerszego proroctwa skierowanego do Judejczyków,  zatytułowanego w Biblii Ewangelicznej - Kres świetności i powodzenia. Bałwochwalstwo, samowola i otwarte nieposłuszeństwo ludu Bożego okresu Starego Przymierza musiało wywołać gniew Boży i sprowadzić na nich sąd. Zanim doszło do najazdu Babilończyków i upadku Jerozolimy, prorok zauważył w królestwie Judy dziwne zjawisko w sferze przywództwa. Książęta ludu mego są dziećmi, a niewiasty panują nad nimi. O ludu mój! ci, którzy cię wodzą, zwodzą cię, a drogę ścieżek twoich ukrywają [Iz 3,12 wg Biblii Gdańskiej].
 
Przywództwo ludu Bożego było sprawą na tyle poważną, że sam Bóg określał, kto ma stać na jego czele i sam przywódców Izraela ustanawiał. Wskazani przez JHWH mężowie Boży; Mojżesz, Jozue, Samuel i kolejni sędziowie, a potem namaszczani świętym olejem królowie, prowadzili zasadniczo lud Boży zgodnie z wolą Bożą. Problemy się zaczęły, gdy do władzy zaczęli dochodzić ludzie już wg innego klucza, a nie ze wskazania Bożego. Nie dbając o wyraźne wskazówki Tory rządzili bezbożnie i po swojemu.  Znamy z Biblii sytuacje, gdy na króla ustanowiono dzieciaka, a też, gdy żona króla miała więcej do powiedzenia niż sam król. Co gorsza, działo się to przy aprobacie ludzi odpowiedzialnych przed Bogiem za ustanawianie władzy.
 
Dwie myśli cisną się do głowy po przeczytaniu powyższego Słowa od Pana do Judejczyków. Odnoszę je do współczesnego zboru chrześcijańskiego.
 
Po pierwsze, najwidoczniej źle się dzieje, gdy na czele ludu Bożego zaczynają stawać dzieci i kobiety. Oznacza to kres świetności i powodzenia zboru. Kres – oczywiście - w sensie duchowym, bo pod względem socjologicznym wspólnoty z młodzieżą i kobietami na czele jak najbardziej dziś rozkwitają. Można nawet odnieść wrażenie, że zbór dzięki tym zmianom dopiero zaczął żyć. Jeden z pastorów stwierdził swego czasu, że dopuszczając kobiety do przywództwa i nauczania w zborze, uwolnił namaszczenie Ducha Świętego nad zborem. Cokolwiek jednak powie jeden czy drugi, Biblia mówi, że rolą młodzieży i kobiet nie jest przywództwo. Na czele zboru mają stać starsi, których obdarowanie i kwalifikacje są dość szczegółowo opisane w Piśmie Świętym. Żadne dziecko ani żadna kobieta – ze względów naturalnych -  nie są w stanie tych wymogów spełnić.
 
Po drugie, rolą przewodników ludu Bożego jest prowadzenie, a nie zwodzenie. Tak jak w Judzie doszło do wspomnianego nieposłuszeństwa Słowu Bożemu za sprawą chwiejnych kapłanów i królów, tak i we współczesnym chrześcijaństwie mielibyśmy jasność w kwestii przywództwa, gdyby nie rozchwianie duchowe prezbiterów kościoła. Słuchając wypowiedzi niektórych z nich odnoszę wrażenie, że bardziej zależy im na ukryciu, a przynajmniej - stępieniu ostrości wypowiedzi apostolskich, aniżeli na zaprezentowaniu ich rzeczywistego stanowiska. Mocno pogmatwana argumentacja, a na końcu jednoznaczny wniosek, że kobiety mogą nauczać i stać na czele zboru – taki jest mój odbiór nauczania kilku prezbiterów, które wysłuchałem.
 
Bracia i Siostry! W imię Boże proszę, nie zmieniajmy w zborze niczego, w czym Słowo Boże nakazuje nam stałość i obowiązek trzymania się nauki apostolskiej! Ludu mój! Zwodzą cię twoi przewodnicy! Gmatwają twoje ścieżki. Nie chcę nigdy stanąć pod takim zarzutem. Dlatego trzymam się tej zasady, że siłą apostolskiego autorytetu przywództwo w zborze zostało przypisane powołanym do tego mężczyznom. Nie próbujmy tego zmieniać. Skoncentrujmy się na tym, co w świetle Biblii ewidentnie zmian wymaga.

Dlaczego tylko w świątyni?

2018-02-09 - Marian Biernacki

o wyjątkowości posługi duchowej

Dlaczego tylko w świątyni?

Czytałem dziś rano w Księdze Wyjścia instrukcję przygotowywania olejku do poświęcania przez namaszczenie oraz kadzidła. Obydwa specyfiki miały być wykonane wg ścisłej receptury. Mogły być używane wyłącznie przez kapłanów i tylko w służbie Bożej.

Ten olejek należy do Mnie i będzie on służył do poświęcania przez namaszczanie po wszystkie wasze pokolenia. Nie wolno go nakładać na ciało innych ludzi ani sporządzać olejku o takim samym składzie. Olejek ten bowiem jest święty — i za taki macie go uważać. Ktokolwiek przygotuje olejek o takim samym składzie lub ktokolwiek nałoży go na osobę, dla której nie jest on przeznaczony, zostanie usunięty spośród swojego ludu [2Mo 30,31-33].

Kadzidło to będzie dla was największą świętością. Kadzidła o takim składzie nie sporządzajcie dla siebie. Masz je traktować jako święte — dla PANA. Ktokolwiek sporządzi takie jak to, aby używać go jako pachnidła, zostanie usunięty spośród swojego ludu [2Mo 30,36b-38].

Bóg ustanowił wyraźną różnicę pomiędzy tym, co było używane w służbie świątynnej, a wszystkim pozostałym, służącym do codziennego użytku. Proszę zauważyć, że skład i sposób przyrządzania  olejku i kadzidła wcale nie były ukryte i sekretne, jak receptura pączków u A. Blikle'go. Każdy Izraelita miał wiedzieć, co za olejek i kadzidło są używane w służbie Bożej. Jednak absolutnie nie wolno im było przygotowywać ich i używać dla celów poza świątynnych.

Stosując te zasady do dzisiejszej posługi w kościele można powiedzieć, że ani słudzy Boży, ani to, czego używają w służbie, a nawet i sama służba duchowa nie są mistyczne ani tajemnicze. Wszystko jest jawne i odbywa się wg powszechnie znaej "receptury" ewangelii Chrystusowej. Jednakże to, co jest używane  w służbie Bożej powinno być oddzielone od celów pospolitych. Innymi słowy, gitara używa podczas niedzielnego uwielbiania Boga nie powinna, nie ma prawa grać wcześniej ani później w bezbożnym rozgwarze i oparach alkoholowych nocnego klubu muzycznego. Nie możecie pić z kielicha Pańskiego i z kielicha demonów. Nie możecie brać cząstki ze stołu Pańskiego i stołu demonów [1Ko 10,21]. Osoby usługujące w kościele, z racji poświęcenia Panu, nie mogą udzielać się w bezbożnych lub bałwochwalczych imprezach. Nie możecie służyć Bogu i mamonie [Łk 16,13].

Żyjemy w czasach swobodnego mieszania świętego z pospolitym. Światowe trendy, metody, środki i zwyczaje powszechnie stosuje się w kościele, a określoną w Biblii świętość osób i akcesoriów służby Bożej ma się za nic. Gdzie podziała się powaga nabożeństwa chrześcijańskiego, chrztu wiary czy sprawowania Wieczerzy Pańskiej? Olejek poświęcenia leje się na prawo i lewo, bez należytej troski o uświęcenie życia namaszczanych, a kadzidło, miast uatrakcyjniać wyłącznie czas i miejsce zgromadzenia świętych,  staje się pachnidłem uprzyjemniającym prywatne i beztroskie życie kościelnych celebrytów. Wszystko, co jest przyniesione do domu Bożego i złożone w ofierze, jest poświęcone Panu i nie ma prawa być używane do zaspokajania prywatnych zachcianek i przyjemności.

Bogu niech będą dzięki, że mamy w Kościele i w poszczególnych zborach ludzi prawdziwie poświęconych Bogu i oddanych w służbie Bożej. Nie na każdego należy wylewać olej namaszczenia i go poświęcać. Bogu niech będą dzięki, że mamy miejsca i sprzęty przygotowane i przeznaczone do pełnienia posługi duchowej. Doceniamy nastrój domu Bożego i miejsce przebywania Jego chwały [Ps 26,8], bo pachną nam, niczym święte kadzidło. Nie opuszczajmy wspólnych zgromadzeń zboru i nie próbujmy kadzidlanej atmosfery stwarzać sobie w domu na użytek własny i swojego "kościoła domowego".

Tak Bóg postanowił, że niektóre czynności, przedmioty i miejsca mają być oddzielone od tego, co pospolite. Miejcie wiarę w Boga!

Dialog z Bogiem

2018-01-20 - Jarosław Wierzchołowski

Dialog z Bogiem
Księga Jonasza wciąż zajmuje moje myśli. Zapomniałem już jak jest niewielka, zajmuje w Biblii niewiele ponad jedną kartkę. To aż nie do wiary, że w tak krótkim tekście znalazła się tak niesamowita fabuła, emocje, tyle prawdy o naturze Stwórcy!
  Ostatnio przeczytałem tę księgę kilka razy, za każdym starając się zwracać uwagę na coś innego. Sporo odkryłem, ale dla mnie prawdziwą rewelację był fakt, że jest ona tak naprawdę jednym wielkim dialogiem pomiędzy Jonaszem a Bogiem. Kiedy na tablecie pokolorowałem sobie „kwestie” obu rozmówców nagle okazało się, że cała księga jest naprzemiennie zielono-czerwona (takie kolory akurat wybrałem). I Jonasz i Bóg nie zawsze przemawiają dosłownie, werbalnie. Przecież każdy czyn jest także naszą wypowiedzią, ekspresją i często mówi więcej niż słowa. Przecież Jonasz nic nie powiedział gdy wstał, ale po to, by uciec do Tarszisz i znaleźć się jak najdalej od PANA. Wyruszył w drogę do Jafy. Tam znalazł okręt płynący do Tarszisz. Zapłacił za podróż, wszedł na pokład i popłynął z załogą do Tarszisz, możliwie jak najdalej od PANA. (Księga Jonasza 1,3) Podobnie Pan nie wyrzekł słowa (choć wiemy ze Słowa Bożego, że On wypowiada Słowa i dzieje się) gdy zesłał na morze potężny wiatr. Zerwał się gwałtowny sztorm. Okrętowi groziło rozbicie. (1,4)
  Radzę zrobić podobny zabieg (choćby przy użyciu ołówka). Wtedy okaże się, że wszystkie te niesamowite rzeczy poczynając od wielkiej burzy na morzu poprzez połknięcie przez wielką rybę, ocalenie Jonasza, nawrócenie mieszkańców Niniwy po krzew rycynowy i robaczka, który przyczynił się do jego uschnięcia - nie wydarzyłyby się gdyby Jonasz nie nawiązał i nie prowadził dialogu z Bogiem. Dialogu niełatwego i mającego czasem wręcz znamiona kłótni, ale jednak!
  Widzę, jak często Biblia mówi o mężach Bożych, którzy wcale nie byli tak poprawni, potulni i grzeczni w relacjach ze Stwórcą. Izajasz chciał umrzeć z rozpaczy, mimo, że Bóg był z nim i objawiał swoją obecność, Jeremiasza ogarniał smutek i przerażenie (jak tak można!), Job robił Bogu wyrzuty a Jakub?... No wstyd powiedzieć, Jakub walczył z aniołem Pana! No nie… Ale przecież właśnie po tym „wybryku” otrzymał nowe imię - Izrael. Wszyscy oni utrzymywali żywą, autentyczną  relację, dialog z Bogiem.
  Nasza „religijna” natura tak często każe nam „wygładzać” naszą postawę przed Bogiem, czesać i przycinać niesforne myśli. Ale ze Słowa Bożego widzę, że On pragnie naszej autentyczności. Wystarczy sięgnąć do psalmów - ile w nich czasami żalu, skarg, otwartego mówienia o swoich pragnieniach, złości na innych! Przyznam, że dla mnie kiedyś wręcz wstrząsem było przeczytanie słów psalmisty: Jestem osłabiony i bardzo załamany, zawodzę z powodu trwogi mego serca. (…) Moje serce trzepocze, opuściła mnie siła, a światło moich oczu znikło. - (Psalm 38, 8-9; Uwspółcześniona Biblia Gdańska) Czy to jest postawa wierzącego człowieka, pokładającego w Bogu całą swoją ufność? Czy taki człowiek może być „bardzo załamany” mimo świadomości Bożego błogosławieństwa? Ogarnęła mnie słabość, wielkie przygnębienie (przekład Ewangelicznego Instytutu Biblijnego); zemdlałem, i startym jest bardzo, ryczę dla trwogi serca mego (Biblia Gdańska); jestem osłabiony i bardzo przygnębiony (Biblia Warszawska). No ładne świadectwo…
  Dziś wiem, że Bóg pragnie żywej, autentycznej relacji ze Swoim dzieckiem. On wie o nas wszystko, przenika nas całkowicie i nie ukryjemy przed Nim żadnych naszych niepoprawnych myśli. Trzeba Mu o nich powiedzieć i ewentualnie prosić by wyprostował to, co krzywi się w nas. W tym samym psalmie 38. czytamy: Panie, przed tobą są wszystkie moje pragnienia i moje wzdychanie nie jest przed tobą ukryte. (UBG); Wiem, mój Boże, że Ty doświadczasz serca i kochasz szczerość (1 Księga Kronik 29,17).
  Jestem bogatszy o tę prawdę – jeśli nie rozmawiam szczerze z Bogiem, nie utrzymuję cały czas tej relacji to zamykam sobie szansę na to, że w moim życiu BĘDZIE SIĘ DZIAŁO.

Cytaty z Biblii pochodzą z tłumaczenia Ewangelicznego Instytutu Biblijnego, chyba że zaznaczono inaczej.

Życzenia świąteczne 2017

2017-12-23

Członkom i Przyjaciołom Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku

Życzenia świąteczne 2017

Syn Boży powiedział: Ja przyszedłem na świat jako światło, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostał w ciemności [J 12,46]. Zakomunikował też swoich uczniom: Jak Mnie posłał  Ojciec, tak i was posyłam [J20,21] i na nich przeniósł Swoje posłannictwo: Wy jesteście światłem świata. […] Tak niech i wasze światło świeci wobec wszystkich. Niech ludzie zobaczą wasze szlachetne czyny i wielbią waszego Ojca w niebie [Mt 5,14-16].

Moje tegoroczne życzenia świąteczne mocno wiążą się z nałożonym na nas zadaniem bycia światłem w otaczającym nas świecie. Chcę zainspirować nas wszystkich pragnieniem, abyśmy – ku czci naszego Pana, Jezusa Chrystusa – tak jak On, dobrze świecili w duchowych mrokach świata.

Każdemu z nas, kto już jest chrześcijaninem, życzę abyśmy mocniej zapalając się dla Jezusa, nabierali zdolności do świecenia jaśniej niż dotychczas. Życzę nam kierownictwa Ducha Świętego, byśmy – nie krytykując duchowych ciemności panujących wśród naszych drogich Rodaków – dostrzegali w tym mroku daną nam sposobność do sprawdzania się jako światło świata. Życzę, abyśmy wszędzie tym światłem byli. Mamy przed sobą wielkie zadanie i z radością je pełnijmy!

Wszystkim zaś moim Znajomym, którzy jeszcze naśladowcami Jezusa Chrystusa nie są, życzę, abyście któregoś dnia za sprawą Ducha Świętego i Pisma Świętego również doznali olśnienia. Życzę wam kontaktu z kimś, kto - sam oświecony przez zamieszkującego w nim Syna Bożego - stanie się światłem przewodnim na drodze Waszego poznania Boga. Ośmielam się mieć marzenie, żeby i mnie dane było choć troszkę tych duchowych lumenów Wam dostarczyć. Niech się stanie światło! 

Nie przestawaj czekać!

2017-12-06 - Marian Biernacki

Najnowsze rozważanie niedzielne w wersji pisemnej

Nie przestawaj czekać!

Każdy z nas na coś czeka. Różnej rangi są cele naszych oczekiwań, lecz bywa, że nawet w drobnych sprawach towarzyszą nam w tym silne emocje i rozterki. Wbrew pozorom czekanie proste nie jest. Dlatego dzisiaj właśnie o czekaniu porozmawiamy, a ściślej o tym, ażeby czekania nie zaprzestawać!

Za kanwę naszego rozważania niech posłuży nam sytuacja w Judei z przełomu VII i VI wieku przed Chrystusem, tuż przed najazdem i deportacją wielu jej obywateli do Babilonu. Dla ludzi bogobojnych były to czasy wielkiego dyskomfortu z powodu grzechów Judy i zerwanej więzi z Bogiem. Rządy sprawowali wówczas niesprawiedliwi i bezbożni królowie, co nieuchronnie prowadziło do moralnego upadku całego narodu.

Jednym z proroków Bożych, któremu przyszło się zmierzyć z tą sytuacją był prorok Habakuk. Ten sługa Boży wielce tęsknił za naprawieniem relacji z Bogiem. Największą wartością dla człowieka wierzącego jest przecież pokój z Bogiem! Wyczekujący na dobrą zmianę Habakuk miał świadomość, że pojednanie z Bogiem nie nastąpi bezboleśnie. Grzechy same przecież nie odchodzą. Dobrze znane w Judzie Prawo Boże mówiło, że karą za grzech jest śmierć! Ażeby cieszyć się z oczyszczenia i pojednania z Bogiem, trzeba było ponieść konsekwencje nieposłuszeństwa wobec Niego. Dlaczego?

Rozwińmy ten temat. Otóż Bóg nie jest obojętny. Wszelki przejaw bezbożności i niesprawiedliwości ludzi, którzy nieprawością tłumią prawdę, spotyka się z gniewem nieba [Rz 1,18]. Gniew Boży z powodu grzechu Judy musiał znaleźć ujście w celu naprawienia relacji. We wzburzeniu kroczysz po ziemi, w gniewie depczesz narody. Wyruszyłeś dla zbawienia Twojego ludu, dla zbawienia swojego pomazańca, zmiażdżyłeś szczyt domu bezbożnego, obnażyłeś fundament aż do skały [Hb 3,12-13].  Narzędziem sądu mieli być najeźdźcy – Chaldejczycy – co zapowiadało straszny czas, szereg przykrości i nieszczęść [zob. 2Krl 24 i 25]. Jednakże spoza tego nieszczęścia już przebłyskiwała Habakukowi radość z naprawionych relacji z Bogiem.

Dla osiągnięcia tego celu warto było nie tylko nie unikać sądu Bożego, ale nawet go z utęsknieniem wyczekiwać. Prorok Habakuk dobrze to wiedział i rozumiał. PANIE, usłyszałem Twą wieść! Przeraziło mnie, o PANIE, Twoje dzieło! Wzbudź je z biegiem lat, z biegiem czasu spraw jego poznanie, a we wzburzeniu pamiętaj o miłosierdziu! [Hb 3,2]. Ponieważ to wyczekiwanie wiązało się z atmosferą napięcia w narodzie i zrozumiałym prawdopodobieństwem sporej huśtawki nastrojów, Bóg skierował pod adresem proroka następujący apel: Zapisz to widzenie wyraźnie na tablicach, tak by ten, kto czyta, mógł to czynić bez trudu. Gdyż widzenie wciąż czeka na czas oznaczony, lecz wypełni się przy końcu – nie zawiedzie. Choćby się spóźniało, nie przestawaj czekać, gdyż spełni się na pewno i niezwłocznie [Hab. 2,2-3]. Bóg zapewnił, że czekający na moralne uzdrowienie Judy ludzie, jak najbardziej mają na co czekać i na pewno doczekają się radosnych dni. Chodziło o to, ażeby w tym czekaniu wytrwali.

Prorok Boży tak bardzo nastawił się na zbawienne skutki zbliżającego się sądu Bożego, że jego serce wypełniła radość w Panu. Pomimo szeregu nieuchronnych przykrości cieszył się nadchodzącym oczyszczeniem i naprawieniem relacji z Bogiem. Choćby nie zakwitły figowce, winorośl straciła swój plon, zabrakło na drzewach oliwek i nadziei na chleb z plonów pól; choć w zagrodach wybito by owce, obory opustoszałyby z krów, ja jednak będę radował się w PANU, cieszył Bogiem mojego zbawienia [Hb 3,17-18]. Zbliżający się sąd Boży oznaczał dla Habakuka wejście na duchowe wyżyny.

Czasem słyszymy, że ktoś na coś czekał i się nie doczekał.  Na przykład, nie żyjąca od października 2014 roku gdyńska aktorka Anna Przybylska mówiła tuż przed śmiercią: – Chciałabym jeszcze trochę pożyć, chciałabym doczekać się wiosny. Czekała na wiosnę, lecz się jej nie doczekała. To oczywista i wielka  przykrość, lecz całkowicie niezależna od osoby czekającej. Nie o takim czekaniu tu mowa.

Rozmawiamy teraz o sytuacji, gdy słusznie na coś czekaliśmy, lecz w pewnym momencie się zniecierpliwiliśmy i odstąpiliśmy od dalszego czekania. Ach, gdybyśmy wytrzymali jeszcze troszkę i nie zaprzestali czekać, to byśmy się doczekali. Czekałem kiedyś na autobus. Minęła rozkładowa godzina przyjazdu, a on nie nadjeżdżał. Czekałem, czekałem, aż w końcu nie wytrzymałem i odszedłem z przystanku, by przy wylocie z miasteczka łapać tzw. "okazję". Po przejściu kilkuset metrów zobaczyłem, jak upragniony autobus zatrzymuje się na przystanku, lecz mnie już tam nie było… Do dzisiaj pamiętam przykrość żalu mieszającego się ze złością na samego siebie, który wówczas ścisnął mi serce.

Pomyślmy o odczuwanym przez grzesznika ciężarze z powodu grzechu i życia z dala od Boga. Zazwyczaj towarzyszy temu niepokój, smutek, rozdrażnienie, jakieś próby zagłuszenia sumienia albo pogłębiająca się obojętność i depresja. Świadczy to o potrzebie pojednania się grzesznika z Bogiem. Lecz z kary za grzech nie można się ot tak, po prostu wywinąć; otrzepać ręce i jakby nigdy nic zacząć sobie nowe życie. Ktoś zawsze musi wypić kielich gniewu Bożego z powodu popełnionego grzechu.

Na szczęście dla każdego grzesznika jest nam zwiastowana dobra nowina o Jezusie Chrystusie. Głosi ona, że Syn Boży przyszedł na świat w ludzkim ciele i wziął na siebie Boży gniew z powodu popełnionych przez nas grzechów. Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg nie posłał swego Syna na świat, aby wydał On na świat wyrok, lecz aby świat został przez Niego zbawiony [J 3,16-17].

Ale uwaga! Przez sam fakt śmierci Jezusa na krzyżu automatycznie nie następuje dla każdego człowieka pojednanie z Bogiem, zbawienie od grzechu i nie przychodzi radość zbawienia. Grzesznik, jeśli chce pokoju z Bogiem, musi osobiście uwierzyć w Jezusa Chrystusa. Jak to odbywa się w praktyce? Otóż gdy człowiek zostanie nawiedzony przez Ducha  Świętego, gdy usłyszy ewangelię i ją przyjmie, wówczas zaczyna się w nim wspaniały proces zbawienia. Rodzi się wiara w Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego. Następuje nowe narodzenie z wody i z Ducha. Grzesznik zostaje zbawiony od mocy grzechu i praktycznie odwraca sie od niego. Otrzymuje nowy system wartości i zaczyna o wszystkim myśleć w nowy sposób.  Efektem tej wielkiej zmiany jest radość zbawienia! Radość w Panu i pokój z Bogiem! Usprawiedliwieni zatem na podstawie wiary, mamy pokój z Bogiem. Stało się to dzięki naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi. Przez Niego uzyskaliśmy dostęp, za sprawą wiary, do tej łaski, w której niewzruszenie stoimy i chlubimy się nadzieją chwały Boga [Rz 5,1-2]. 

Ale, ale! Jest to długotrwały proces. Wszystko odbywa się w Bożym czasie i wymaga od nas cierpliwości w czekaniu. Zewlekanie z siebie starego człowieka, którego gubią zwodnicze żądze, jest bolesne i potrafi trwać wiele lat. Uświęcenie, bez którego nikt nie ujrzy Pana, nie następuje w jeden sezon, zwłaszcza, gdy uwikłaliśmy się w szereg złych nawyków, nałogów i grzesznych przyzwyczajeń, które nie chcą dać za wygraną. To wszystko trwa.., musi trwać, aby wraz z rozwojem duchowym, zgodnie z Bożym planem zbawienia, serce chrześcijanina przepełnił trwały pokój Boży i radość w Panu.

Niektórzy nie mają ochoty czekać. Wielu współczesnych chrześcijan próbuje bez jakiegokolwiek czekania mieć wszystko w pełni i od razu! Chcą mieć od razu pełnię zbawienia od grzechu. Gdy jej nie mają – to wymyślają sobie naukę, która pozwala im akceptować szereg grzechów, jako nic nie znaczących dla ich zbawienia. Chcą mieć od razu odpowiedź na modlitwę. Ponieważ Bóg nie zawsze od razu odpowiada -wmawiają sobie, że im już odpowiedział.  Chcą być od razu dojrzałymi w wierze, a skoro tak nie jest – to udają dorosłych. Chcą mieć od razu pełnię radości w Panu, a jeśli tak nie jest – to przynajmniej tak sobie w niedzielę śpiewają.

W poczuciu takiego rozmijania się z rzeczywistością łatwo też - niestety - o zniecierpliwienie i rezygnację. Znam sporo takich osób, które nie chciały czekać i odeszły z drogi wiary stwierdzając, że "to nie działa", albo że "najwidoczniej to nie jest dla mnie". Wielka szkoda, że niektórzy z nas nie wytrzymują próby czasu i nie chcą zaczekać na obiecane w Biblii rezultaty wiary. Tym większa szkoda i przykrość, bo często spełnienie  jest już bardzo blisko.

Stąd dzisiejsze wezwanie Słowa Bożego, by nie przestawać czekać! Zadawanie śmierci temu, co w członkach ziemskie – mam na myśli rozwiązłość, nieczystość, zmysłowość, złe pragnienia i zachłanność równoznaczną z bałwochwalstwem [Kol 3,5] w swoim czasie z pewnością zaowocuje pełną wolnością od tych grzechów. Nie należy rezygnować, ani tym bardziej wmawiać sobie, że tę wolność już mamy, skoro jeszcze jej w naszym życiu nie widać. Dobrze jest czekać w milczeniu na ratunek PANA [Tr 3,26]. Ukształtowanie Chrystusa Jezusa w nas - to najważniejszy cel, na który - chociaż będzie boleć - z radością czekamy!

Wezwanie, by nie przestawać czekać, jak najbardziej należy stosować także do innych, nawet i przyziemnych sytuacji i spraw. Mam tu na uwadze, na przykład, zakochanie z wzajemnością i założenie rodziny. Jeśli modlisz się o to i czekasz na błogosławieństwo Boże w tej sferze, to nie zniechęcaj się upływem czasu. Nie zmieniaj poglądów, nie wyrzekaj się swych pragnień tylko dlatego, że tak długo już czekasz. Nie wybierając – broń Boże – drogi na skróty, nie przestawaj czekać  na swą wielką miłość.

Aktywnie wyczekuj też nawrócenia twoich bliskich. Nie zniechęcaj się ich aktualnym brakiem zainteresowania wstąpieniem w ślady Jezusa. Nie przestawaj modlić się o nich i mówić im o Jezusie. Także nadal pielęgnuj w sobie marzenia o udziale w pracy dla Pana. Bóg ma dla ciebie wiele zadań na rzecz Królestwa Bożego. Ważne, żebyś nie powoływał się do nich sam, lecz czekał na Boże powołanie. Pracuj nad osobistym rozwojem, przygotowuj się do służby, módl się i nie przestawaj wyglądać chwili, gdy On cię wezwie i wskaże zadanie do wykonania. Na początku może wydawać ci się ono mało znaczące, lecz jeśli okażesz się wierny w małym, Bóg zacznie powierzać ci rzeczy większe.

Tytułowe wezwanie niezwykle ważne jest również przy chrzcie w Duchu Świętym i korzystaniu z darów duchowych. Bywa, że ktoś pragnący napełnienia Duchem Świętym, gdy modlitwa nie przynosi pożądanego skutku, po jakimś czasie wymięka i przestaje zabiegać o dar Ducha Świętego. Nic bardziej błędnego. Nie oddalajcie się z Jerozolimy, ale oczekujcie obietnicy Ojca, o której słyszeliście ode Mnie [Dz 1,4] – powiedział Pan swoim uczniom i oni posłusznie czekali. I ty, gdy się modlisz o napełnienie Duchem Świętym, nie przestawaj czekać! Bądźcie wytrwali w modlitwie [Kol 4,2].

Ludzie miewają różne cele oczekiwań; realne i nierealne, zgodne z wolą Bożą, ale też samolubne i grzeszne. Należy to rozróżnić i prawidłowo ocenić charakter swoich oczekiwań. Jeżeli Biblia jasno stwierdza, że poza Jezusem nie ma w nikim innym zbawienia, gdyż nie dano nam ludziom żadnego innego imienia pod niebem, w którym moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12], to beznadziejne byłoby oczekiwanie zbawienia w jakiś inny sposób. Lepiej czym prędzej zaprzestać czekania na to, co jest niezgodne z wolą Bożą. Gdy bowiem przeciwnik Boży zauważy, że mocno na coś takiego się nastawiliśmy, podejdzie nas chytrze i podstawi nam jakąś "fałszywkę", abyśmy na domiar złego myśleli, że otrzymaliśmy Bożą odpowiedź na nasze modlitwy.

W niektórych z kolei sprawach trzeba wziąć się w garść, a nie czekać, że – na przykład - rektor przyniesie ci do domu dyplom ukończenia studiów. Trzeba po prostu zabrać się za naukę i chodzić na uczelnię. Nie ma co czekać też, że będziesz się rozwijać godzinami przesiadując przed telewizorem, albo że jesienią będziesz miał co zbierać, gdy nic nie siejesz wiosną. Czekanie w takich przypadkach na nic nam się nie przyda.

Gdy jednak zacząłeś czekać na Pana – i wiesz, że tak trzeba - to w imię Boże wołam: Nie przestawaj czekać! Czekanie na Boga w życiu chrześcijanina nie jest żadnym lenistwem, założeniem rąk ani bezradnością. Czekanie na Boga nie jest unikaniem wysiłku. Jest prostolinijnym, dobitnym wyrażeniem zaufania do naszego Zbawiciela i Pana, że On interesuje się naszym losem i w stosownym czasie przyjdzie nam w sukurs. Czekanie na Boga oznacza, że chcemy działać tylko na Boży głos. Jest utrzymywaniem się w gotowości do wykonania każdego nowego polecenia, gdy tylko Bóg je nam wyda. Czekanie na Boga jest zdolnością, by nie robić niczego, zanim nie usłyszy się Jego polecenia.

Jeśli wierzysz w Jezusa Chrystusa – to wszystko w Twoim życiu ma swój czas. Tak rozumiał to Dawid, bo śpiewał przed Panem: Wyznaczasz mi marszrutę i spoczynek [Ps 139,3]. Bogu podobają się ludzie, którzy na Niego czekają. Nie przestawaj więc czekać!

Test "Na Listopad"

2017-11-10

Jak utrzymać pogodę ducha mimo jesiennej słoty

Test
Trwa sezon naturalnego opadania nie tylko liści ale i pozytywnych emocji. Nie jest wielką sztuką być radosnym i pełnym wigoru chrześcijaninem w maju. Wiosną, to nawet i natura wspomaga nas w utrzymaniu dobrego nastroju. Co innego w listopadzie. Jesienne szarugi, brak promieni słonecznych, coraz krótszy dzień i spadek temperatury – obniżają nam poziom hormonu szczęścia.
 
By przeciwdziałać wszechogarniającemu ponuractwu, sporo ludzi sięga po środki typu dobre wino, muzyka lub film. Kogo stać, robi wypady  w stronę słońca. Byleby tylko nie poddać się wpływom złej pogody i nie popaść w apatię. Mimo wszystko jednak wiele twarzy jesienią szarzeje.
 
A jak w tych dniach mają się ludzie z Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE? Czy jest w nas coś takiego, co wyróżnia nas w pejzażu listopadowej ulicy? Jesteśmy wprawdzie ulepieni z takiej samej gliny co wszyscy ludzie, lecz przecież nie jesteśmy już z tego świata. Owszem, wciąż podlegamy prawom naturalnym, ale napełnia nas Duch Święty, a Duch ożywia!
 
Chrześcijanin ma do dyspozycji środki stabilizujące go emocjonalnie i gwarantujące mu pogodę ducha, niezależnie od zmieniających się okoliczności. Usprawiedliwiony z wiary ma przecież przebaczone wszystkie grzechy i pokój z Bogiem. Wystarczy, że zadba o społeczność z Jezusem w rozważaniu Słowa Bożego i modlitwie. Dość, że podzieli się z kimś ewangelią. Gdy doda do tego szukanie przede wszystkim Królestwa Bożego, a więc regularne ćwiczenie się w pobożności, trwanie we wspólnocie świętych, pomaganie ludziom w potrzebie, wierność w oddawaniu dziesięciny itp. – to  już o jesiennym nastroju nie może być mowy. Takie bowiem czynniki rozradowują serce i rozświetlają życie słońcem błogosławieństwa Bożego.
 
Pogodę ducha człowieka wierzącego trafnie wyraził prorok Habakuk. Choćby nie zakwitły figowce, winorośl straciła swój plon, zabrakło na drzewach oliwek i nadziei na chleb z plonów pól; choć w zagrodach wybito by owce, obory opustoszałyby z krów, ja jednak będę radował się w PANU, cieszył Bogiem mojego zbawienia [Hb 3,17-18]. Czasem jakaś przykrość kładzie się cieniem na nasze życie. Spotyka nas niepomyślność lub cierpienie wyciska nam łzy. W głębi duszy jednak zachowujemy pokój i wewnętrzną równowagę. Okoliczności, owszem, potrafią nas na krótko zasmucić, ale nie są w stanie odebrać nam głębokiej radości w Panu.   
 
W tym miesiącu każdy z nas przechodzi test "Na Listopad". Jak sobie z nim radzisz? Zaliczysz go, czy przełożysz na wiosnę przyszłego roku? ;)

Potrzeby męża

2017-11-01 - Marian Biernacki

Ostatnia część rozważań o małżeństwie

Potrzeby męża

Żona wg oryginalnego zamysłu Bożego miała odpowiadać potrzebom męża. Z tym zamiarem została powołana do życia i dopasowana do potrzeb męża, a nie odwrotnie. PAN, Bóg, stwierdził też: Niedobrze jest być człowiekowi samemu. Uczynię mu pomoc pasującą do niego. […] I człowiek nadał nazwy wszelkiemu bydłu i ptactwu, i wszystkim zwierzętom pól, ale nie znalazł pomocy, która odpowiadałaby jemu. Wówczas… [1Mo 2,18-23]. Dlatego na zakończenie tej serii rozważań o małżeństwie trzeba nam porozmawiać o potrzebach męża.

Pozwólcie, że zacznę od uwagi poruszonej swego czasu w moim kazaniu ślubnym, wygłoszonym w Warszawie na okoliczność ślubu mojego syna. Otóż w przekładzie dosłownym Biblii Ewangelicznej czytamy: I powiedział JHWH, Bóg: Niedobrze jest być człowiekowi samemu. Uczynię mu pomoc jak [kogoś] naprzeciw niego. Inaczej: "jakby naprzeciw niego"  lub  "stosowną [do stania] naprzeciw niego". Z takiego odczytania świętego tekstu wynika, że nie chodziło o pomoc li tylko wg upodobań mężczyzny. Chodziło o kogoś, kto będzie się podobał człowiekowi, a zarazem będzie mógł stanąć naprzeciw niego. Adam po prostu potrzebował kobiety, która i będzie mu uległa, i - w pewnych okolicznościach - będzie w stanie mu się sprzeciwić.

Gdyby człowiek sam i po swojemu miał zaprojektować sobie pomoc, to stworzyłby kogoś ostatecznie dla siebie bardzo niebezpiecznego. Kogoś, kto by popierał go we wszystkim, co tylko przyjdzie mu do głowy. Kto mógłby się stać nawet kompanem w czynieniu zła, takiego jak lenistwo, alkoholizm, oszustwa itd. Bóg dał mężczyźnie kobietę, aby ona stała naprzeciw niego, by stanowić dla niego pozytywne wyzwania. By utrzymywał poziom moralny i etyczny, by się rozwijał, by był pracowity itp.

Jakie są więc potrzeby męża – chrześcijanina? Przedstawię je w punktach, po męsku, bez rozwodzenia się nad każdym z nich, żywiąc nadzieję, że każda żona potrafi je stosownie na swój użytek rozwinąć.

1. Potrzebuje żony, która szanuje go jako mężczyznę.

Żona może zniszczyć w mężu poczucie "męskości" poprzez:
·        Oczekiwanie, że sam będzie się domyślać, jakiej ochrony od niego ona potrzebuje.
·        Niezależność finansową.
·        Większą lojalność w stosunku do przywództwa zewnętrznego.
·        Duchowe opieranie się jego decyzjom.
·        Opieranie się jego zainteresowaniu nią pod względem fizycznym.
·        Ciągłe przejmowanie inicjatywy.
 
2. Potrzebuje żony, która akceptuje go jako przywódcę i wierzy w odpowiedzialność, jaką obdarzył go Bóg.

 

Chce widzieć w żonie:
·        Pewność, że jego autorytet pochodzi od Boga.
·        Lojalność w sytuacjach, kiedy popełnia błąd i znajduje się pod presją.
·        Przekonanie, że Bóg działa przez niego.
·        Uznanie jego cech przywódcy w ogólnym sensie [Ps 15]
·        Pochwałę za przejawianie męskich cech w zborze [1Tm 3,2-5]
·        Zachętę, aby nie porzucał celów nadanych mu przez Boga
·        Cierpliwość w jego trudnych momentach (nie zrzędzi, nie narzeka)
·        Entuzjazm z powodu jego osiągnięć
·        Uwagę, kiedy do niej mówi

 

3. Potrzebuje żony, która będzie stale rozwijała swoje wewnętrzne i zewnętrzne piękno.

 

Warto tu wziąć pod uwagę:
·        Dbałość o włosy, ubiór, wnętrze mieszkania i ogólną kondycję fizyczną.
·        Rozwijanie w sobie cichego, łagodnego ducha [1Pt 3,1-7].


4. Potrzebuje żony, która w kochający sposób potrafi odnieść się do niego, kiedy przekracza swoje ograniczenia.


Jakieś wskazówki?
·        Ucz się biblijnych zasad odnoszenia się do Boga.
·        Stosuj te same zasady w odnoszeniu się do męża.
·        Upewniaj się, że twoje nastawienie do męża cały czas jest właściwe.
·        Pomagaj innym zrozumieć sposób myślenia swojego męża.
·        Nie łagodź zaistniałych sytuacji dyskredytowaniem swojego męża.
·        Ucz się mądrości od pobożnych kobiet biblijnych


5. Potrzebuje odpowiedniego czasu sam z sobą i z Panem.


Pamiętaj, że:

·        Bóg najpierw stworzył Adama, aby mieć z nim osobistą społeczność.
·        Im bogatsza jest społeczność męża z Bogiem, tym słodsza będzie jego relacja z żoną.
·        Każdy mężczyzna potrzebuje swojego "Betelu".
·        Pragnienie bycia od czasu do czasu sam – nie oznacza odrzucenia żony.
·        Każdy mężczyzna musi ponieść własny ciężar [Ga 6,5]
·        Nie zakładaj, że ty jesteś jego ciężarem lub że jesteś odpowiedzialna za to, aby mu ulżyć.


6. Potrzebuje żony, która jest wdzięczna za wszystko co mąż dla niej zrobił i robi.


Oto, co pomaga w zachowaniu postawy wdzięczności i praktycznym jej okazywaniu:
·        Powierzenie wszystkich swoich oczekiwań Bogu  [Ps 62,6].
·        Wyrabianie w sobie zadowolenia, biorącego się z pobożności [1Tm 6,6].
·        Wyliczanie tego, co twój mąż robi dla ciebie i to w kolejności, która jest ważna dla niego.
·        Wyliczanie tego, czego twój mąż dzięki swej mądrości nie uczynił.
·        Dostrzeganie tego, jak wszystko współdziała ku dobremu.


7. Potrzebuje żony, która będzie chwalona przez innych za swój charakter i postępowanie.


·        Jej duchowi przywódcy powinni ją chwalić.
·        Jej dzieci powinni ją chwalić.
·        Przełożeni w pracy powinni ją chwalić.
·        Jej sąsiedzi powinni ją chwalić.
·        Zbór powinien ją chwalić.

Tak kończymy nasze rozważania o małżeństwie. Niechby okazały się komuś pomocne :)

Potrzeby żony

2017-10-03 - Marian Biernacki

Czwarta część wykładu o małżeństwie

Potrzeby żony

Jedno ze środowych spotkań w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku poświeciliśmy ostatnio na rozmowę o potrzebach żony. W luźnej rozmowie staraliśmy się ustalić, czego kobiety spodziewają się po swoich mężach i jakie pragnienia przechowują w swoich sercach. 

Zgodnie mówiły, że pragną, aby mąż był odpowiedzialny, wierzący, bogobojny, trzymał się Słowa Bożego i chodził z Bogiem. Wymieniały takie cechy jak troskliwość, wyrozumiałość, łagodność. Niektóre podkreślały, że bardziej od górnolotnej wielomówności wolą w swoich mężach praktyczne czyny. Chciałyby, aby mąż był taktowny, niekonfliktowy, znajdował czas na rozmowę z nimi, pomagał w wychowywaniu dzieci itd.
 
Uwzględniając zasłyszane postulaty, poniżej omawiam kilka podstawowych potrzeb naszych żon. Polecam je uwadze każdego wierzącego mężczyzny.
 
 
I. POTRZEBA STABILNOŚCI I PRZYWÓDZTWA DUCHOWEGO ZE STRONY MĘŻA
 
Każda kobieta ma pewne potrzeby, które mogą być zaspokojone tylko przez mocne kierownictwo duchowe. Potrzebuje takiego mężczyzny – męża, który stałby się jej duchowym przewodnikiem. Jest to jeden z podstawowych bodźców pociągających młodą kobietę do małżeństwa. Mężowie często popełniają błąd sądząc, że ich żony związały się z nimi przede wszystkim dlatego, że są przystojni, bogaci, utalentowani albo inteligentni. Niektórym nawet przychodzi do głowy prymitywna myśl, że żonie chodziło o partnera do zabaw seksualnych. Tymczasem zaś podstawowa potrzeba żony jest całkiem inna. Nie chodzi jej o pieniądze ani o to, aby mieć z nami wesołe, rozrywkowe życie. Nie potrzebuje nas do niczego tak bardzo, jak do tego, abyśmy byli jej duchowym przywódcą. Owszem, jeżeli jej podstawowa potrzeba nie jest przy nas zaspokojona i żona zorientuje się, że nie zanosi się na to w ogóle, to wówczas będzie zabiegać przynajmniej o to, co przy nas jest do osiągniecia i się tym zadowalać. Nie ma to jednak związku z jej szczęściem, a raczej świadczy o tym, że pogodziła się ze swoim losem.
 
Można wyróżnić przynajmniej cztery główne cechy duchowego przewodnictwa, których żona szuka w swoim mężu.  
 
1. Pragnienie szukania Boga.
Tak naprawdę to mąż jest głową żony tylko na tyle, na ile jego głową jest Chrystus. Żona ulega mężowi, chętnie poddaje się jego kierownictwu wtedy, gdy widzi, że lgnie on całą duszą do Chrystusa.
 
Tylko wtedy gdy mąż przejawia pragnienie szukania Boga uległość chrześcijańskiej żony wolna jest od zahamowani i wątpliwości. Inaczej żona – pod presją środowiska i ze względu na posłuszeństwo Słowu Bożemu – wprawdzie poddaje się mężowi, ale towarzyszą temu wewnętrzne napięcia i tarcia w małżeństwie. Dzieje się tak zwłaszcza wówczas, gdy mąż często cytuje jej Biblię i wymusza posłuszeństwo, a sam swoim zachowaniem nie pokazuje szczerego przywiązania do Chrystusa. W takiej sytuacji mąż przestaje być dla swoje żony wiarygodnym przewodnikiem duchowym.
Oczywiście, biblijna teoria porządku w małżeństwie wciąż i niezmiennie obowiązuje w każdych okolicznościach, lecz jej praktykowanie przestaje być błogosławieństwem, gdy nasza żona za każdym razem, zanim okaże uległość, musi stoczyć ciężki bój wewnętrzny. Jako mężowie winniśmy dbać o to, aby takich rozterek miała jak najmniej.
 
Żona chce widzieć w swoim mężu pragnienie szukania Boga, aby móc bez zastrzeżeń poddać się jego prowadzeniu. Chce widzieć, że mąż bierze to kierownictwo od Niego, że przed podjęciem każdej poważniejszej decyzji szuka światła Bożego. Gdy widzi męża regularnie czytającego Biblię, trwającego w systematycznej modlitwie, przyjaźniącego się ze szczerymi chrześcijanami, chętnie dyskutującego o sprawach duchowych itp. – wówczas nabiera przekonania, że mąż miłuje Boga, uspokaja się wewnętrznie i z radością poddaje się jego kierownictwu.
Mężowie! Zechciejmy się zastanowić, co w naszym postępowaniu najskuteczniej przekonuje żonę, że mamy w sercu pragnienie szukania Boga i naprawdę to robimy. Ona musi być tego pewna jeżeli chcemy, aby traktowała nas jako swego przywódcę duchowego.                                                                                                                                                                                             
 
2. Przekonania oparte na Słowie Bożym.
Każda chrześcijanka pragnie, aby poglądy i przekonania jej męża były zgodne z Biblią. Kiedy zobaczy, że w domu ustanawiamy biblijne prawa i zasady – to z chęcią będzie się im podporządkowywać.
 
Przykładem może być wychowywanie dzieci. Proponowane dzisiaj rodzicom metody wychowawcze budzą w środowisku chrześcijańskim szereg obaw i kontrowersji. Nic dziwnego, że i między małżonkami może dochodzić do rozbieżności poglądów w tym zakresie. Nie przekonamy żony argumentami pochodzącymi z poradników psychologicznych, a tym bardziej z doświadczenia naszej ciotki lub matki. Cechą dobrego przewodnika duchowego są poglądy wypływające ze Słowa Bożego. Powinniśmy więc dokładnie poznać naukę biblijną na ten temat, omówić ją ze swoją żoną, wspólnie wyciągnąć z niej wnioski i tak skonkretyzować metody wychowawcze, które postanowiliśmy stosować w naszej rodzinie.
 
Gdy żona nabierze pewności, że nasze przekonania dotyczące wychowywania dzieci zostały ukształtowane przez Słowo Boże, a nie przez wpływa jakiegoś człowieka, wówczas będzie z nami jednomyślna i tak będziemy zgodnie realizować jedno z najważniejszych zadań małżeńskich.
Jak praktycznie przejawiać przekonania oparte na Piśmie Świętym? Mam kilka sugestii. Bądźmy naśladowcami Jezusa w każdej sytuacji. Za wszelką cenę unikajmy hipokryzji. Gdy żona zauważy, że jednakowo dobrze wychodzi nam bycie "świętoszkiem" jak i "rozpustnikiem" – to przestaniemy być dla niej odpowiednim oparciem. Skończymy się w jej oczach, jako jej duchowy przywódca. Uczyńmy swój dom ośrodkiem nauki i życia chrześcijańskiego. Tak odnośnie swego domu postanowił swego czasu król Dawid. Nauczę się drogi doskonałej, abyś mógł przyjść do mnie. W domu swoim będę chodził w niewinności serca. Nie stawiam przed oczy swoje niegodziwej rzeczy; Nienawidzę zachowania się odstępców, nie przylgnie ono do mnie. Przewrotność serca niech obca mi będzie, nie chcę znać złego człowieka. Kto skrycie oczernia bliźniego swego, tego zniszczę; Nie ścierpię oczu wyniosłych i serca nadętego. Oczy moje zwrócone są na wiernych w kraju, aby mieszkali ze mną. Kto chodzi drogą prawa, ten mi służyć będzie. Oszust nie zamieszka w domu moim, kłamca nie ostoi się w oczach moich [Ps 101,2-7].
 
Unikajmy czynów, które mogłyby zgorszyć i zachwiać w wierze naszą żonę i dzieci. Sprawdzajmy swoje przekonania. Poprawność przekonań w jednej sprawie nie gwarantuje tego samego w każdej innej dziedzinie. Miejmy odwagę przyznać się do błędu, gdy odkryjemy w Biblii, że nasze dotychczasowe stanowisko było niewłaściwe. Słowo Boże radzi: Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie [2Ko 13,5].
                                                                
3. Konsekwentne przestrzeganie zasad biblijnych
Jednym z naszych poważniejszych problemów jest rozbieżność między teorią, a praktyką. Wiemy co i jak należy robić. Mamy prawidłowo ukształtowane, biblijne przekonania ale brakuje nam konsekwencji w praktycznym ich zastosowaniu. Nie można być dobrym przewodnikiem dla innych, jeżeli samemu nie idzie się wskazywaną drogą. W krótkim czasie ludzie stracą do nas zaufanie.
Nasza żona chce nie tylko widzieć, że mamy biblijne poglądy, ale chce również, abyśmy je konsekwentnie stosowali na co dzień. Gdy zauważy, że jej mąż swoje poglądy dopasowuje do okoliczności, gdy zauważy, że na różne okazje ma różne zestawy przekonań, to z pewnością straci poczucie bezpieczeństwa. Po prostu przestanie mu ufać i to nie ze względu na złą wolę, ale dlatego, że jej mąż nie ma jednej z podstawowych cech przywódcy duchowego.
 
Jakiś przykład? Załóżmy, że postanowiłeś aby w twoim domu nie pić alkoholu. Na podstawie Słowa Bożego wyjaśniłeś żonie i dzieciom zasadność takiego stanowiska i oni chętnie na to przystali. Lecz oto sprowadziłeś fachowca do wykonania bardzo pilnej pracy po godzinach i dowiadujesz się, że zrobi to od ręki, jeżeli przyniesiesz mu butelkę piwa, bo lubi sobie popijać przy pracy. Dla dobra rodziny gotowi jesteśmy w takich chwilach odstąpić od wcześniejszego postanowienia. Jednakże, ktoś, kto chce być duchowym przywódcą nie może pozwolić sobie na brak konsekwencji w przestrzeganiu przyjętych zasad wynikających ze Słowa Bożego. Nie chodzi tu o to, że żona zgani nas za taką postawę. Może nawet być wprost przeciwnie. Może będzie  w takim momencie zadowolona, że jej mąż okazał się "elastyczny" i zachował się tak normalnie. Lecz jej chwilowe zadowolenie niekoniecznie będzie równoznaczne z zaufaniem do nas, jako jej duchowego przewodnika.
 
Dlatego lepiej jest w takich sytuacjach ponieść szkodę materialną, znieść narzekanie żony i kpiny ze strony znajomych, a zachować godność i świadectwo dobrego przywódcy. Nasza żona może dojść przy nas do wniosku, że nie  zrobimy w tym świecie kariery ani wielkich pieniędzy. Może stracić nadzieję na wiele rzeczy, ale nie może stracić przekonania, że pod naszym przywództwem osiągnie wiekuistą chwałę Królestwa Bożego.
 
4. Kierowanie się miłością w każdym uczynku.
Jest to dla naszej żony najbardziej przekonująca cecha duchowego przywódcy, a zarazem cecha, którą najtrudniej przejawiać stale i niezmiennie. Żyjemy przecież w rozmaitych, najczęściej trudnych warunkach, mieszkamy w ciasnych mieszkaniach, ciągle gdzieś się śpieszymy i mamy do czynienia ze złymi ludźmi. Bardzo łatwo więc o irytację, zniechęcenie i choćby odrobinę egoizmu.
Jeżeli żona zauważy, że w niektórych sytuacjach kierujemy się miłością, a w innych niechęcią, czy wręcz wrogością, to nasza pozycja jej przewodnika duchowego staje pod znakiem zapytania. Przecież dowodem kierownictwa Ducha Świętego w naszym życiu jest owoc Ducha, a jego pierwszym prawem jest miłość [Ga 5,22].
 
Tak więc bądźmy czujni. Gdy zauważymy, że narasta w nas negatywne uczucie w stosunku do naszej żony, raczej w ogóle powstrzymajmy się od działania, niż działajmy pod jego wpływem. Szybko skierujmy nasze myśli na naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jeżeli jest to możliwe i nie zostanie źle odczytane przez naszą żonę, wyjdźmy na chwilę, np. do łazienki, aby się pomodlić. Z pewnością będzie to miało zbawienny dla nas skutek. Później, w pogodnym nastroju, dobrze jest wyjawić żonie to, co dzieje się w naszej duszy. Pomoże to jej w przyszłości unikać sytuacji, które wystawiają nas na tak wielką próbę.

Oczywiście, kierowanie się miłością w każdym uczynku nie polega na ustępowaniu żonie we wszystkim i sprawianiu jej samych przyjemności. Prawdziwa miłość jest wymagająca i czasem zmusza nawet do przekazania gorzkiej prawdy. Miłość nigdy jednak nie traci swej tożsamości i nie zamienia się w niechęć czy gniew.

Dobrze jest pamiętać, że jeżeli nawet udaje się nam przekonać kogoś z zewnątrz, że nasze zachowanie było wyrazem miłości, to nasza żona dobrze wie, jak było naprawdę. Jej wielką potrzebą jest wyraźne przekonanie, że każdy nasz czyn jest motywowany miłością. Tylko wtedy chętnie podda się naszemu kierownictwu duchowemu i tylko wtedy będzie przy nas naprawdę szczęśliwa.
Pomyślmy o tym, bracia! Czy w odniesieniu do żony wypracowaliśmy już w sobie zasadę kierowania się miłością we wszystkim?  Wstydzę się, że czasem miłość we mnie miesza się z egoizmem, irytacją, lenistwem i moja żona jest adresatem takiej
 
I jeszcze jedno. Czy staramy się, aby nasze wyrazy miłości były zrozumiałe dla naszej żony i dopasowane do jej oczekiwań? Ileż tu może być nieporozumień! Czasem tak bywa, że to co my nazywamy miłością, w rzeczywistości głęboko rani naszą żonę.
 
Podsumujmy. Nasza żona potrzebuje stabilności i przywództwa duchowego. Chce, aby tę życiową potrzebę zaspokajał jej własny mąż. Bracia! Jako mężowie jesteśmy powołani do tego, aby być dla swojej żony duchowym przewodnikiem. Kimś, kto nosi w sercu pragnienie szukania Boga, ma przekonania oparte na Słowie Bożym, konsekwentnie przestrzega zasad biblijnych i kieruje się miłością w każdym uczynku.
 
 
II. POTRZEBA POCZUCIA UŻYTECZNOŚCI W ŻYCIU I PRACY SWOJEGO MĘŻA
 
W świetle drugiego rozdziału Księgi Genesis jest oczywiste, że Bóg dał mężczyźnie kobietę, aby uzupełniała jego braki. Zgodnie z zamiarem Stwórcy, "mężatka" to odpowiednia pomocnica dana mężowi.
 
W każdej chrześcijance ta potrzeba bycia rzeczywistą pomocą dla męża jest głęboko wpisana. Nie jest to zauważalne w postawach kobiet nieodrodzonych duchowo. Grzech tak dalece wypaczył ludzką psychikę, że bardzo często obserwujemy zachowanie wręcz przeciwne kobiecej naturze. Wiele współczesnych kobiet neguje i opuszcza pozycję pomocnicy. Niemniej jednak w każdej kobiecie drzemie gdzieś ta potrzeba psychologiczna, głęboko ukryta i zagłuszana przez hałaśliwą, pozornie uszczęśliwiającą emancypację. Dopiero wówczas, gdy kobieta zostanie odrodzona z Ducha Świętego, kiedy nawróci się do Boga, odkrywa błogosławieństwo życia zgodnego z zamiarami Stwórcy i chętnie zajmuje wyznaczoną przez Niego pozycję. Budzi się w niej potrzeba związana z głównym celem powołania mężatki.
 
W związku z tym nasza żona powinna otrzymywać z naszej strony czytelne sygnały, że jest kimś szczególnym i bardzo potrzebnym. Trzeba, żeby nie tylko to wiedziała ale również odczuwała. Nie wystarczy jej o tym powiedzieć. Jako mężowie powinniśmy na co dzień okazywać, jak wiele dla nas znaczy jej obecność w naszym życiu i pracy. Postarajmy się o to, aby została i stale była o tym przekonana. Pamiętajmy przy tym, że nasza żona wyczuje, jeśli będziemy mówić jej takie rzeczy bez głębokiego osobistego przekonania. Powierzchowne gesty i słowa tu nie wystarczą.
 
Poczucie użyteczności żony w naszym życiu i pracy powinniśmy budować w oparciu o jej autentyczne walory i zdolności. Każda żona potrafi pewne rzeczy zrobić lepiej od innych kobiet. Może nie umieć wszystkiego ale wystarczy choćby coś pojedynczego, na czym się zna, aby można było zbudować w niej przekonanie, jak wiele dla nas znaczy.
 
Należy uważać, aby w trosce o zaspokojenie tej potrzeby żony nie posługiwać się banałami, a także by nie opierać się na wydumanych zaletach. Potrzeby, które żona zaspokaja w naszym życiu muszą być dla nas ważne, jeśli nimi chcemy argumentować jej wartość. Mówienie żonie, że żadna inna kobieta tak dobrze nie wyprałaby nam koszuli jest żałosną forma pochwały i wątpliwym sposobem na wzbudzenie w niej poczucia użyteczności. Podobnie, jeśli żona jest przy sobie, raczej nie należy opiewać jej zgrabnej i zwiewnej sylwetki.
 
Przy zaspokajaniu omawianej tu potrzeby żony grozi nam niebezpieczeństwo braku wyczucia, w czym żona jest naprawdę dobra, w czym zaledwie przeciętna, a w czym całkiem słaba. Mówi się, że miłość zaślepia. Gdy zaczniemy ja chwalić i przekonywać, że była w czymś rewelacyjna, a tak nie było, to stanie się dla niej jasne, że nie poświęcamy jej samej ani jej zajęciom dostatecznej uwagi. Może to dotyczyć jej udziału w prowadzonym przez nas biznesie, sposobu przyjmowania gości, ewangelizowania wspólnych znajomych, wychowywania dzieci, czy nawet utrzymywania czystości w naszym mieszkaniu. Żona szybko odkryje, że nie mamy właściwej orientacji w czym jest dobra i przestanie ufać naszym zapewnieniom. Trzeba nam więc odkrywać prawdziwe zalety żony i uświadamiać jej, jak wiele one dla nas znaczą. Im poważniejsze potrzeby zaspokoiła, tym wyraźniej wyrażajmy pochwałę i zadowolenie.
 
Niszczycielską postawa męża w sferze tej potrzeby jest powierzanie zadań żony innej kobiecie, a potem chwalenie tej kobiety w obecności żony. Bądźmy mądrzy, bracia! W ten sposób możemy zranić najbliższą nam osobę. Wielu z nas robi to nieświadomie zlecając pewne sprawy swojej matce lub koleżance, chociaż nasza żona bardzo chętnie zrobiłaby to dla nas. Nawet jeśli – obiektywnie rzecz biorąc – robi to trochę gorzej, koniecznie w pierwszej kolejności korzystajmy z jej pomocy. To jest jej prawo i zadanie.
 
W rezultacie powyższych błędów męża w duszy żony może zrodzić się uczucie zazdrości. Zazdrość to obawa przed utrata pozycji, a właśnie pozycja żony, jako "odpowiedniej pomocy" zostaje w takich sytuacjach zakwestionowana w jej świadomości. Unikajmy tego. Prośmy żonę o pomoc i jej wyrażajmy potem wdzięczność, budując w ten sposób jej poczucie wartości jako naszej "pomocnicy".
 
Trzeba w tym miejscu wspomnieć o potrzebie otwartości męża w artykułowaniu jego potrzeb. Wielu
młodych mężczyzn, zwłaszcza przed ożenkiem, stara się zaimponować kobietom uprawiając swego rodzaju szpan, skrzętnie za to ukrywając swoje słabości i rzeczywiste potrzeby. Później przenoszę ten nawyk na grunt małżeński i nigdy nie dzielą się z żoną swoimi słabościami i problemami. Chcą aby żona znała ich i podziwiała jako mężczyznę, który ze wszystkim potrafi sobie poradzić.
 
Prawdziwy mężczyzna – nawet jeśli nie zawsze i przed każdym należy przyznawać się do swoich ułomności – absolutnie wystrzega się takiej gry w obecności swojej żony. Przed żoną nie trzeba i nie wypada się popisywać. Ona przecież nas zna i wyczuwa, gdy mamy trudności. Jest dużo korzystniej, gdy nasze ambicje i męskie honory poprzedza pokora. Zwłaszcza, że miłość żony pozyskujemy bardziej przez dzielenie się swoimi niepowodzeniami, niż przez chwalenie się sukcesami.
 
Oczywiście, należy współczuć żonie, której mąż nieustannie użala się nad sobą i wypłakuje się na jej ramieniu. Z pewnością żal nam takiej żony, która na co dzień musi patrzeć na niezaradność męża, ale czyż nie należy tak samo współczuć żonie, której mąż udaje kogoś innego, niż jest w rzeczywistości? Czyż nie żal nam takiej żony, która pragnie być pomocna swojemu mężowi, ale nie wie jak, bo jej mąż odgrywa rolę doskonałego i samowystarczalnego?
 
Myślę, że żony takich "idealnych" mężów mają o wiele trudniejsze życie, ponieważ ich potrzeba bycia użyteczną w życiu i pracy męża bardzo często pozostaje zupełnie nie zaspokojona. Zdarza się nawet, że taka żona przeżywa obawy, czy przypadkiem nie przeszkadza mężowi w jego "doskonałym" życiu. Oczywiście, pozornie doskonałym, bo doskonałych mężów na ziemi nie ma.
Nie mniejsze trudności trapią żonę pragnącą poczucia użyteczności, gdy jej mąż – wprawdzie nie ukrywa szeregu swoich słabości – ale nie wyjawia żonie, w jaki sposób mogłaby okazać mu pomoc. Liczenie w tym na tzw. domysł, wystawia żonę na wielki dyskomfort nieutrafionych pomysłów.
 
Bywa, że żona naprawdę nie ma pojęcia, jakie są oczekiwania jej męża. Nie każda żona dysponuje tak błyskotliwym umysłem, aby od razu utrafić w sedno jego potrzeb i pragnień. Najczęściej zachodzi konieczność wyjaśnienia jej co i w jaki sposób może zrobić. Wiele żon bardzo chce pomóc swojemu mężowi ale obawia się, że ich koncepcja pomocy może spotkać się z brakiem zrozumienia albo z całkowitym odrzuceniem i wyśmianiem. W rezultacie, mąż denerwuje się, że żona jest tak niedomyślna, a żona cierpi psychicznie, bo czuje, że powinna coś rozbić, aby wesprzeć swojego męża, lecz tkwi w miejscu, w obawie przed fałszywym krokiem.
 
Bracia, mąż powinien nie tylko wyjaśnić żonie swoje potrzeby ale również pouczać ją dokładnie, co mogłaby zrobić, aby mu pomóc w ich zaspokojeniu. Gdyby któremuś z nas potrzebne były przykłady, w jakich dziedzinach pomoc naszej żony jest nam nieodzowna i jak bardzo może być ona dla nas korzystna, to podaję kilka pierwszych lepszych z brzegu:
• Żona jest naszą podporą w pełnieniu najważniejszego zadania chrześcijańskiego, czyli w pozyskiwaniu dusz dla Chrystusa. Jest u twojego boku naocznym przykładem tego, jak Chrystus umiłował Kościół.
• Żona wspomaga cię w modlitwie [1Pt 3,7].
• Jest systemem alarmowym przeciwko obcym kobietom mającym w stosunku do ciebie niewłaściwe zamiary.
• Żona jest odzwierciedleniem twojego stanu duchowego. Gdy słabniesz duchowo, zobaczysz to w oczach twojej żony.
• Żona może dać ci radość wypływającą ze stosunków fizycznych [Prz 5,18-20].
• Żona ochrania cię przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Wypływa to z jej potrzeby poczucia bezpieczeństwa.
• Żona buduje osobowość waszych dzieci. Potrafi zauważyć ich prawdziwe potrzeby, bo spędza z nimi najwięcej czasu i wnikliwie obserwuje ich reakcje.
 
 
III. POTRZEBA BYCIA OBIEKTEM MIŁOŚCI I ADORACJI MĘŻA
 
Dając odczuć naszej żonie, że jest bardzo użyteczna w naszym życiu, nie zaspokaja jeszcze wszystkich jej potrzeb. To za mało dla niej, zwłaszcza, że są takie dziedziny w życiu mężczyzny, jak np. praca, które zajmują lwią część jego życia, a które niekoniecznie lubi i czerpie z nich przyjemność. Są rzeczy bardzo użyteczne w jego życiu, jak np. samochód, a które traktuje bardzo przedmiotowo i zwyczajnie używa ich dla swoich celów. Do takiej kategorii spraw i rzeczy żona nigdy nie chciałaby być zaliczana. Zawsze chce czuć się ważna i potrzebna, ale nigdy nie powinna być przez nas traktowana instrumentalnie. Z przykrością trzeba jednak stwierdzić, że wciąż jeszcze są mężowie, dla których żony są przede wszystkim super robotami,  zaprogramowanymi na sprzątanie, pranie, gotowanie itd.
 
Oczywiście, żona może czerpać satysfakcję i z takich rzeczy, widząc, że w ten sposób zaspokaja ważne potrzeby męża, ale przy tym pragnie czegoś więcej. Pragnie wyraźnego poczucia, że jest także ukochaną osobą, że rozkoszujemy się jej obecnością w naszym życiu. Chce być obiektem naszej miłości i adoracji.
 
Ważne jest, aby nie tylko o tym wiedziała, ale też często i wciąż na nowo słyszała to z ust męża. Znana jest anegdota o szkockim małżeństwie, w którym mąż – z racji swej narodowej cechy – był oszczędny także w słowach. Po wielu latach małżeństwa żona nie wytrzymała już tego i z płaczem wyrzuciła z siebie: John, powiedz mi dlaczego przez te wszystkie lata nie mówisz mi, że mnie kochasz? Na to John wyraźnie zdziwiony zachowaniem żony: - Posłuchaj Mary. Wyznałem ci miłość na początku, w kościele i jeżeli się coś zmieni, to wtedy ci powiem.
 
Bracia, nasze żony chcą, aby im mówić, że je kochamy. Chcą być przez nas adorowane i słowa odgrywają w tym niepoślednią rolę. Swego czasu na wczasach małżeńskich zapytałem młode mężatki czy i jak często pragną, aby mężowie wyznawali im miłość? Wszystkie były zgodne. Chciały to słyszeć codziennie. Oczywiście, każdy mąż powinien pamiętać, że wraz z adoracją słowną, z wyznawaniem miłości, muszą iść w parze jego czyny, pomoc i troska.
 
Jeżeli tak się nie dzieje, małżeństwo popada w przykry stan błędnego koła. Polega to na tym, że mężczyźni chcą adorować żonę uśmiechniętą i zadbaną, jednym słowem – atrakcyjną. Gdy zaś żona z powodu przeciążenia obowiązkami jest niewyspana, zmęczona fizycznie i poirytowana, odchodzi im ochota do adoracji. W konsekwencji między żoną i mężem pojawia się pewien rodzaj napięcia. Żona chciałaby być atrakcyjną dla męża, ale zwyczajnie brakuje jej na to sił. Mąż chciałby adorować i podziwiać żonę, ale trudno mu to przychodzi, gdy ona całymi wieczorami do upadłego sprząta, pierze i gotuje, a na dodatek mówi, że jeszcze chce poczytać Biblię.
 
Najprostszym sposobem wyrwania się z tego błędnego koła jest zaangażowanie męża w część obowiązków domowych, tak aby żona nie musiała wszystkiego robić w domu sama. Być może w różnym stopniu, ale w każdym małżeństwie jest to możliwe. Inną, wcale nie mniej możliwą opcją jest odłożenie przez żonę części obowiązków na potem, gdy widzi, że mąż wrócił do domu i chciałby z nią spędzić trochę czasu. Przecież nieumyte naczynia, nawet jeśli poleżą do jutra nie grożą inwazją bakterii i nie umiera się z powodu niewytartego kurzu. Chwila uwagi poświęcona mężowi mimo licznych obowiązków może natomiast wspaniale zaowocować miłymi słowami z jego strony i przerodzić się w chęć praktycznej pomocy.
 
Żona nigdy nie będzie dostatecznie promienna i szczęśliwa, jeżeli nie będzie przekonana, że mąż rozkoszuje się jej osobą. Nigdy w pełni nie rozkwitnie, jeżeli mąż nie będzie w przekonujący sposób jej adorować i wyznawać jej miłości. Taka po prostu jest jej potrzeba.
 
Spróbujmy teraz być bardzo praktyczni. W jaki sposób mąż może w satysfakcjonujący sposób zaspokoić potrzebę żony w omawianym tu zakresie? Oto kilka wskazówek:
• Przypomnij sobie i na nowo przeanalizuj cechy charakteru i osobowości twojej żony, które przybliżyły cię do niej. Chodzi o te walory, które na początku przykuły twoją uwagę do niej i miały związek z zakochaniem.
• Zadbaj o to, aby twoja żona – od czasu do czasu – usłyszała, jak mówisz o tych jej cnotach i cechach, które miały wpływ na to, że zwróciłeś na nią uwagę i zapragnąłeś się z nią ożenić.
• Ponieważ żona chce być pewna, że te cechy są nadal ważne dla ciebie, staraj się wskazywać jej na to, umiejętnie wykorzystując nadarzające się okazje. Może to być nie zmieniający się przez lata uśmiech, wrodzona gościnność lub życzliwe zainteresowanie losem napotykanych ludzi.
• Żona powinna też słyszeć, jak czasem przypominasz dowody Bożego kierownictwa, które was połączyły.
• Bądź stale gotowy do wykorzystywania przeszłych doświadczeń i przykrych spraw, przez które przeszła twoja żona, w celu uwypuklania w tym jej pozytywnych cech i postaw. Ucz ją także patrzeć na doświadczenia życiowe w świetle Słowa Bożego. Gdy tego się nauczy – to nie tylko wyjdzie z ewentualnych kompleksów i zahamowani, ale będzie promienna i otwarta na nowe doświadczenia.

Mógłbym dalej ciągnąć listę podobnych rad, ale ni to tu chodzi. Bardziej zależy mi na tym, aby każdy mąż, uwzględniając powyższe, postarał się ustalić, w jaki sposób i na ile wzmacnia to lub na nowo wytwarza w jego żonie takie cechy i postawy, które z rozkoszą zawsze chciałby w niej podziwiać.
 
Podsumowując ten punkt należałoby zaapelować: Rozkoszuj się swoją żoną. Spełnisz w ten sposób jej oczekiwania, zaspokoisz jej ważną potrzebę, a do tego sam będziesz miał z tego wiele pożytku, to znaczy – szczęśliwą, promienną i atrakcyjną towarzyszkę życia.
 
 
IV. POTRZEBA ZROZUMIENIA I OCHRONY W SPRAWACH GROŻĄCYCH NIEPOWODZENIEM
 
Każda żona odczuwa silną potrzebę bycia rozumianą. Staje się to szczególnie istotne w tych dziedzinach jej życia, w których nie czuje się pewnie i w związku z tym jest narażona na szereg zranień i niepowodzeń. Aby skutecznie ochronić ją przed nimi, trzeba zatroszczyć się o upewnienie żony, że naprawdę ją rozumiemy. Obowiązkowo więc powinniśmy być przy naszych żonach, gdy znajdują się w jakimś krytycznym okresie życia, gdy coś im w życiu nie wyszło, gdy poniosły jakąś porażkę. Musimy wtedy znaleźć się szczególnie blisko nich, aby im pomóc zrozumieć powody niepowodzenia, wyciągnąć stosowne wnioski, a zwłaszcza, aby je pocieszyć, wskazać drogę wyjścia i praktycznie im współczuć, zapewniając o niezmienności naszej miłości.
 
Taka postawa męża daje żonie schronienie i uspokaja ją wewnętrznie. Przekonuje ją także o tym, że mąż ją rozumie, bo jest blisko i uczestniczy w jej bólu i rozterkach. Trudno być ochroną i oparciem dla żony, będąc od niej daleko. Nie można zbudować w niej przekonania, że ją rozumiemy, zaniedbując ją z powodu wielu, skądinąd nawet bardzo ważnych obowiązków.
 
Nie stanowi wystarczającej ochrony dla żony samo zabezpieczenie jej od strony finansowej i materialnej. Faktycznie w tej sferze jej potrzeb, nie ma to dla niej większego znaczenia. Zauważmy, że nawet świeckie kobiety porzucają fortunę, bogatych mężczyzn, aby związać się nawet z biedakiem, ale takim, który ma dla nich czas i dlatego może je zrozumieć.
 
Dalszym krokiem w zaspokajaniu tej potrzeby jest uświadamianie naszym żonom ich duchowych, intelektualnych i fizycznych wartości oraz wad. Każda żona chce je znać i najlepiej, gdy pomaga jej w tym jej własny mąż. Żadna mądra kobieta nie chce, aby mąż przekonywał ją, że robi coś dobrze, jeśli obiektywnie rzecz biorąc tak nie jest. Raczej oczekuje od niego, aby – jako jej najbliższy przyjaciel – był  szczerym krytykiem jej czynów i możliwości.
 
Mamy więc, jako mężowie, nie lada zadanie. Musimy troszczyć się o to, aby dobrze znać nasze żony, by móc zapewnić im właściwą ochronę i kierownictwo w tym względzie. Z jednej strony, to kierownictwo powinno być czułe, a z drugiej, musi być stanowcze, jeżeli chcemy ochronić żonę przed niepowodzeniem, gdy widzimy, że zaczyna podejmować się zadanie, które przerasta jej możliwości.
 
Potrzebny jakiś przykład? Wiesz, że twoja żona – chociaż z powodzeniem śpiewa w grupie – nie ma szczególnych uzdolnień wokalnych i nie powinna podejmować się samodzielnych występów. Dowiadujesz się jednak, że kilku znajomych ze zboru namówiło ją do występu solowego na dużej imprezie. Modlą się już o to i są pewni, że śpiew twojej żony wszystkim przyniesie zbudowanie. W takiej sytuacji, chociaż podoba ci to, że twoja żona jest tak doceniona – mimo wszystko – powinieneś czule ale stanowczo odwieść ją od realizacji tego pomysłu. W przeciwnym razie spotka ją niepowodzenie, a powstały uraz może na zawsze zgasić w niej ochotę do jakichkolwiek występów przed publicznością. Ludzie w swoich komentarzach potrafią być bardzo okrutni.
 
Bracia, poruszamy tu poważną sprawę. Powinniśmy się modlić o mądrość i odwagę, abyśmy zawsze umieli zapewnić naszej żonie właściwe kierownictwo. W jej życiu pełnimy rolę osobistego agenta i na nas spoczywa odpowiedzialność, aby ochronić ją od niepotrzebnych porażek. Z drugiej zaś strony, koniecznie winniśmy swoją żonę zachęcić i wyprowadzić na szerokie wody w dziedzinach, w których jest uzdolniona. Zawsze jednak musimy się troszczyć o to, aby żona mogła czuć się przy nas bezpieczna. Czasem wymaga to z naszej strony bardzo kategorycznej i zdecydowanej postawy.
 
Czasem może się zdarzyć i tak, że żona poprosi nas o coś, czego właściwie nie chce i nie potrzebuje. Zrobi tak, aby sprawdzić, czy znamy jej faktyczne potrzeby i upodobania. Jeżeli w takich sytuacjach będziemy bezmyślnie spełniać jej prośby – to straci przy nas poczucie pewności. Przestanie ufać, że jesteśmy całym sercem i umysłem zaangażowani w tworzenie jej szczęśliwej przyszłości. Aby więc dobrze zaspokoić w jej życiu potrzebę zrozumienia i ochrony, potrzeba nam mądrości nie spełniania każdej jej zachcianki. A jeśli jakąś zdecydujemy się spełnić – bo przecież jest to miłe – to przynajmniej dajmy jej do zrozumienia, że orientujemy się w sytuacji i nie robimy tego z czystej naiwności ani braku ochoty na wnikanie w szczegóły. Nie ma nic gorszego od lekceważenia własnej żony.
 
Jeszcze jedna, ważna uwaga. Powinniśmy brać pod uwagę fakt, że nasza żona jest wrażliwa na takiego mężczyznę, który potrafi ją zrozumieć. Jednocześnie, jest zrażona do takiego, który mówi, że rozumie, a postępuje całkiem inaczej. Biada nam, gdy w oczach żony jesteśmy tym drugim. Z przykrością stwierdzam, że wiele żon, nawet u wierzących mężów, nie znajduje dostatecznego zrozumienia. W sprawach, w których nie czują się mocne i samodzielne, rozpaczliwie rozglądają się więc za pomocą u jakiegoś innego mężczyzny. Dobrze, jeśli trafią na kogoś czystego moralnie, kto nie nadużyje ich zaufania i nie wystawi na szwank ich reputacji. Ale czasem dochodzi w takich sytuacjach do moralnej komplikacji. Kobieta, która wreszcie czuje się zrozumiana, traci konieczną w tej sferze ostrożność i – jeżeli ma do czynienia z niedoświadczonym duchowo mężczyzną – może zaangażować się uczuciowo i wpaść z deszczu pod rynnę.
 
Dlatego chrześcijańscy mężowie mają troszczyć się o to, aby samemu być tym mężczyzną, na którego nasza żona jest najbardziej wrażliwa. Nie jest trudno zrozumieć żonę, jeśli naprawdę się ją kocha i przebywa z nią, interesując się jej wewnętrznym życiem.
 
Na zakończenie tej części rozważań kilka praktycznych wskazówek:
• Spróbuj na swój prywatny użytek ustalić strategię działania wobec swojej żony. Które jej działania należy promować, a które raczej hamować i odwracać od nich jej uwagę.
• Przemyśl najlepsze sposoby i okoliczność sygnalizowania jej w czym jest dobra, a co wychodzi jej słabo, żeby nie powiedzieć, fatalnie.
• Zastanów się, czy to, że żona w rozmowie z tobą nie porusza niektórych spraw, oznacza, że nie ma z tym żadnych problemów, czy też z braku pewności, że ty możesz ją naprawdę zrozumieć.
• Zastanów się, w jaki sposób mógłbyś ochronić swoją żonę przed bardzo żywotnymi dla niej problemami, takimi jak: tycie, choroba, starzenie się, samotność czy niepowodzenia zawodowe.
 
 
V. POTRZEBA INTYMNEJ ROZMOWY Z MĘŻEM
 
Podstawowym warunkiem intymnego porozumienia między małżonkami jest ich jedność duchowa. Gdy w małżeństwie brakuje tego elementu, partnerzy są poważnie ograniczeni we wzajemnych kontaktach. Mogą oczywiście całkiem nieźle się porozumiewać w niektórych sprawach, ale nigdy nie będzie to naprawdę intymne porozumienie. Bez jedności duchowej jest to po prostu niemożliwe. To właśnie dlatego Biblia tak jednoznacznie przestrzega przed zawieraniem związku małżeńskiego z partnerem, który nie należy do Chrystusa. Tego przykazania nie należy rozumieć jako ograniczania wolności wyboru partnera, lecz jako wyraz troski Boga o nasze szczęście w małżeństwie.
 
Jedność duchowa, jedność wiary i wyznania – to podstawa, to baza wyjściowa dla intymnych, swobodnych relacji małżeńskich. Chcę jednak wyraźnie zaznaczyć, że spełnienie tego podstawowego warunku nie rodzi intymnego porozumienia w sposób automatyczny. Potrzebne tu jest świadome dążenie małżonków do tej intymności.  mężczyźnie wystarczają kontakty o bardziej powierzchownym  charakterze. Wymiana zdań na temat spraw domowych. Zdawkowa relacja z pracy lub podróży. Kilka uwag na temat znajomych. Tempo życia i natłok spraw zawodowych sprawiają, że mężowie nie bardzo troszczą się o dłuższą rozmowę z żoną. Nie dbają o to, aby wsłuchać się w to, co stara się im powiedzieć. A dla niej jest to niezwykle istotne. Ona bardzo potrzebuje dłuższej i spokojnej rozmowy z mężem. Rozmowy innej niż rozmowa z sąsiadką, dziećmi czy koleżankami z pracy. Pragnie intymnej rozmowy ze swoim mężem.
 
Bracia, weźmy to pod uwagę i stale uwzględniajmy w naszych małżeństwach. Zatroszczmy się o nasze żony również pod tym względem. Oto kilka uwag, które mogą okazać się w tym przydatne:
 
1. Kluczem do intymnej rozmowy jest wyznaczenie i zaplanowanie odpowiedniego czasu. Z uwagi na różnorodność i zmienność życiowych obowiązków lepiej nie wyznaczać na to "żelaznej" godziny. Bardziej chodzi o uzgodnienie najdogodniejszej dla obydwojga małżonków pory i potem właśnie w tym przedziale czasowym takie rozmowy aranżować. Wkrótce odkryjemy, że żona polubiła ten czas. Należy podkreślić, że nie może to być pora, w której często będziemy się gdzieś śpieszyć i nerwowo spoglądać na zegarek. Takie napięcie sprawi, że będziemy rozmawiać tylko o niektórych, mniej poważnych sprawach. Problemy zalegające na głębszych pokładach jej serca będą pozostawać nietknięte, co może doprowadzić do zniechęcenia i utraty nadziei na głębokie, intymne porozumienie.
 
2. Warto pomyśleć także o miejscu intymnych rozmów z żoną. Z pewnością są takie miejsca, które żona lubi bardziej od innych. Miejsca, które pomagają intymności są przytulne, spokojne i – broń Boże - nie kojarzące się żonie z niczym przykrym. Jeżeli nie znamy takiego miejsca, to warto spróbować je w życiu żony odkryć,  względnie takie miejsce dopiero stworzyć. Bez wątpienia okaże się to bardzo pomocne w osiągnięciu naszego celu. Zlekceważenie tej sprawy i próba intymnej rozmowy w miejscach przypadkowych, a zwłaszcza dla żony niemiłych, może bardzo utrudniać kontakt. Jeżeli natomiast rozmowę zaplanujemy w stosownym czasie i stworzymy dla niej odpowiednią oprawę, to nasza żona wkrótce polubi ten czas i to miejsce. Już samo wyczekiwanie na porę takiej rozmowy z mężem będzie sprawiało jej radość.
 
3. Należy także zadbać o tematy intymnych rozmów z żoną. Oczywiste, że jakąś część wspólnego czasu zajmą wydarzenia dnia. Byłoby błędem unikać przekazania nowin i omówienia zasłyszanych sensacji. Jest to przecież bardzo dobra okazja do wspólnego spojrzenia na takie nowe sprawy od strony Biblii i wiary w Boga. Okazja do wypracowywania chrześcijańskiego stanowiska w bardzo różnych kwestiach. Jednakże w intymnych rozmowach powinniśmy poruszać także sprawy nienowe. Czasem warto dyskretnie wprowadzić temat dotyczący jakiegoś przeżycia sprzed lat, które nie zostało przez nas dostatecznie docenione lub zinterpretowane. Warto wrócić i omówić je już z perspektywy czasu. Wdzięcznym tematem intymnych rozmów małżonków mogą być ich nowe pomysły i marzenia na przyszłość. Właściwie, każdy temat jest dobry, jeżeli nie został sztucznie do tej rozmowy wprowadzony.
 
4. Wykorzystanie takich chwil na rozprawienie się z obawami żony. Nie każdy mąż jednakowo zdaje sobie sprawę z tego, że myśli jego żony są niepokojone różnego rodzaju obawami. Może to być obawa, że przestaje podobać się mężowi. Trapić ją może słabnące zdrowie, lęk przed bezradnością na wypadek, gdyby męża nagle przy niej zabrakło, obawa przed starzeniem się, kompleksy z tytułu słabego wykształcenia itd.  Jeżeli żona w jakiś dyskretny sposób sygnalizuje takie obawy, otwiera się przed nami w tak ważnych dla niej kwestiach, to nie wolno nam bagatelizować jej obaw, a tym bardziej z nich żartować. Żadnej z obaw nie usuniemy z serca żony poprzez mówienie jej, że są one nieważne.
 
Rzeczywiste rozprawienie się z tym, co niepokoi naszą żonę, musi odbywać się na płaszczyźnie duchowej. Koniecznie trzeba to robić w świetle Słowa Bożego. To jest jedyne kryterium, jedyny autorytet, któremu chrześcijanka podda się bez zastrzeżeń. Należy więc wziąć każdą z obaw żony i modląc się do Boga o jej rozwiązanie, szukać argumentów biblijnych, które stanowiły oparcie dla naszych zapewnień.
 
Czasem może się zdarzyć, że żona przedstawi nam problemy jakiejś innej kobiety, aby sprawdzić, jak na nie zareagujemy. Chce w ten sposób upewnić się, czy może nam zaufać i przedstawić nam swoje osobiste sprawy. Jeżeli zauważy, że się wyśmiewamy, albo że w ogóle nie zainteresowaliśmy się tym, co nam powiedziała, wówczas wycofa się nieufnie z zamiaru zwierzenia się przed nami ze swoich obaw. Pamiętajmy, że to, czy mamy współczucie dla innych, czy potrafimy praktycznie pomóc innym osobom, stanowi dla naszej żony kryterium oceny naszego podejścia do jej spraw. Obserwując nasz stosunek do innych, albo otworzy się przed nami, albo też zamknie się jeszcze bardziej.
 
Ostateczny cel intymnych rozmów osiąga się wówczas, gdy żona zaczyna nam zwierzać tajniki swych głębokich uczuć. Niestety, nie jest to łatwe do osiągnięcia. Ciągle jeszcze bardzo wiele żon przeżywa obawy i różne stany emocjonalne, którymi nigdy nie dzielą się ze swoimi mężami. Owszem, w chrześcijańskich małżeństwach relacje między małżonkami są podtrzymywane i stymulowane przez fakt jedności duchowej. Lecz uwaga! To, że żona modli się z nami, rozmawia, chodzi na nabożeństwa, odwiedza z nami znajomych i uśmiecha się do nas, nie oznacza, że nie ma w stosunku do nas żadnego zahamowania, że jest w naszej obecności całkowicie swobodna i otwarta. Ona pragnie intymnego kontaktu z nami, bo tylko wtedy może zrzucić z siebie ciężar dokuczających jej tajemnic. Dopóki w jej sercu pozostaje coś, z czego nam się nie zwierzyła, dopóty jej ważna potrzeba emocjonalna pozostaje nie zaspokojona.
 
I jeszcze jedna uwaga. Nasza żona pragnie widzieć, że intymna rozmowa z nią sprawia nam przyjemność. Że nie jest to dla nas chłodny obowiązek wobec niej. Zadbajmy więc także i o to, aby w naturalny sposób widziała, że cieszymy się, gdy możemy poświęcić czas na wspólną rozmowę, że takie chwile są dla nas  prawdziwą przyjemnością. To w jaki sposób żonie okazać, że tak jest naprawdę, pozostawiam już osobistej inwencji każdego z nas.
 
 
VI. POTRZEBA DOSTRZEGANIA U MĘŻA WRAŻLIWOŚCI NA JEJ OBECNOŚĆ
 
Jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że uwaga mężczyzny bywa nieraz pochłonięta sprawami, których żona nie rozumie, albo które zupełnie ją nie obchodzą. Może to być np. oglądanie meczu albo jakieś eksperymenty elektroniczne. W związku z tym dochodzi czasem do następującej sytuacji: Mąż z pasją oddaje się jakiemuś zajęciu. Wchodzi żona pragnąca kontaktu z mężem i – nie przerywając mu - siada obok niego. Oczekuje, że mąż zauważy jej obecność i poświęci jej chociaż chwilkę uwagi. Niestety, czasem zostaje potraktowana zupełnie tak, jakby była powietrzem. Więc, po chwili oczekiwania, powraca rozczarowana do swoich zajęć.
 
Najczęściej w takich sytuacjach żonie wcale nie chodzi o to, aby mąż natychmiast porzucał to, co robi. Nie chce odrywać go od tego, co jest dla niego ważne. Pragnie jednak, aby – gdy pojawia się w jego pobliżu – reagował na to w jakiś sposób. Chce dostrzec w nim wrażliwość na jej obecność. Chce widzieć, że mąż jest świadomy jej obecności nawet wtedy, gdy jego uwaga jest skoncentrowana na innych sprawach.
 
Zaspokojenie tej potrzeby żony nie jest wcale trudne. Wymaga jedynie uświadomienia sobie tego, jak ważne dla jej dobrego samopoczucia są nasze gesty wrażliwości na jej obecność. Z drugiej strony, żona powinna zdawać sobie sprawę z tego, że brak takich gestów u męża nie wypływa z braku miłości do niej, a jedynie z faktu odmiennej psychiki męża. Po prostu, nie zawsze jesteśmy jednakowo świadomi różnicy, jaka występuje pomiędzy naszymi oczekiwaniami, a oczekiwaniami partnera.
 
By zaspokoić tę potrzebę żony wystarczy więc czasem zwykły gest zainteresowania. Ciepłe słówko, nawet bez odrywania wzroku od swojego zajęcia, które przekona ją, że ucieszyliśmy się z jej obecności, że zwróciliśmy na nią uwagę.
 
Omawiana potrzeba żony odzwierciedla pragnienie, które kryje dusza każdej kobiety. Normalna, zdrowa psychicznie kobieta lubi, gdy zwraca się na nią uwagę, a nawet tego pragnie. Gdy tego nie doznaje ze strony męża, jest emocjonalnie niezaspokojona.
 
Wrażliwość męża na obecność żony mówi jej, w jakim stopniu jest ona częścią jego życia. Gdy zajmuje ważne miejsce – to bez względu na stopień zaabsorbowania swoimi sprawami – mąż zawsze zareaguje, gdy żona pojawi się w pobliżu, gdy usłyszy jej głos albo poczuje zapach jej kosmetyków.
Wrażliwość męża na obecność żony wyraża się także w dobrych manierach. Miłość ma dobre maniery. Z jakąż przyjemnością obserwuje się zakochanego po uszy młodzieńca, troszczącego się o dziewczynę w tramwaju, przy stole, czy podczas górskiej wędrówki. A jakże smuci obraz małżeństwa, w którym mąż traktuje żonę jak uciążliwy balast. Oto przykłady dobrych manier, które świadczą o wrażliwości męża na obecność żony: Pomaganie żonie przy zakładaniu i zdejmowaniu płaszcza. Siadanie obok niej przy stole. Otwieranie przed nią drzwi. Punktualność. Właściwe przedstawianie jej w towarzystwie. Całkowite powstrzymanie się od krytykowania jej wśród znajomych. Informowanie jej o swoich zajęciach. Używanie właściwego języka w rozmowie z nią. Utrzymywanie schludnego wyglądu i higieny osobistej.
 
Każdy mąż powinien zatroszczyć się o wypracowanie w sobie takich manier. Dobre jest – zwłaszcza, gdy nie mieliśmy sposobności nauczenia się ich w rodzinnym domu – powiedzieć o tym zonie i poprosić ją, by zechciała nam w tym pomóc. Jej wskazówki i dyskretne sygnały ułatwią nam wyrobienie w sobie dobrych nawyków, które obojgu przyniosą satysfakcję.
 
Podsumowując można powiedzieć, że żona pragnie być w sercu męża, podobnie jak człowiek wierzący jest w sercu Boga. Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję, rozumiesz myśl moją z daleka [Ps 139,2]. Czy korzystasz z tego wzorca w kontaktach ze swoją żoną? Bądź wrażliwy na jej obecność. Okazuj zainteresowanie jej osobą, tak jak Bóg okazuje zainteresowanie tobie.
 
 
VII. POTRZEBA WZBOGACENIA ŚWIATA ŻONY PRZY APROBACIE I DZIĘKI STARANIOM MĘŻA
 
Kiedy mężczyzna coś zrobi, to z reguły jest to widoczne i pozostaje po tym jakiś trwały ślad. Inaczej mają się sprawy z codzienną pracą żony. Na przykład posprząta ładnie mieszkanie z myślą zrobienia tym przyjemności mężowi, który jest w pracy. Jednakże zanim mąż powróci, dzieci ponownie wszystko porozrzucają. W ten sposób jej praca nie została nawet zauważona. Żona najczęściej sprząta, aby znowu sprzątać. Myje naczynia, aby je pobrudzić i znowu je myć. Takich czynności każdego dnia wykonuje bardzo wiele.
 
Czy można sądzić, że nie zależy jej na zrobieniu czegoś, co byłoby zauważalne i trwałe? Z całą pewnością każda żona głęboko pragnie, aby jej świat został wzbogacony o takie rzeczy. Mąż powinien wiedzieć, że właśnie z powodu totalnego niezaspokojenia tej potrzeby zrodziła się emancypacja kobiet.
 
Wzbogacanie świata żony bez udziału męża i wbrew jego woli – a z tym wiąże się emancypacja – wpędza kobietę w inne, często gorsze jeszcze napięcie i niezaspokojenie. Wiele nieświadomych tego kobiet zabrnęło w ślepy zaułek i nie wie, jak się z niego wycofać. Jednakże z drugiej strony, każda kobieta pragnie wzbogacenia swojego życia i będzie do tego dążyć, decydując się na płacenie za to czasem bardzo wysokiej ceny.
 
Jedynym właściwym sposobem zaspokajania tej potrzeby żony jest wzbogacanie jej świata poprzez troskę i za aprobatą męża. Chrześcijanin wie z Biblii, że mąż jest głową żony. Podstawową funkcją głowy jest prawidłowe kierowanie ciałem i troska o jego rozwój. To głowa jest odpowiedzialna za to, aby cała osoba była w stanie osiągnąć najwyższe cele. Podejmuje więc decyzje mające na celu kształcenie umysłu, zwiększanie sprawności ciała czy też wyrabiania silnej woli. Podobnie mąż – głowa żony – powinien zatroszczyć się o jej rozwój, o poszerzanie jej horyzontów, o wzbogacanie jej świata.
 
Zaspokojenie tej potrzeby żony wymaga od męża rozpoznania jej talentów, jej duchowych i naturalnych darów i stałe obserwowanie ich rozwoju. Czasem potrzebna jest stymulacja, a czasem uspokojenie jej aktywności. Zawsze potrzebne jest dodanie otuchy i mądre, dyskretne wspieranie żony w osiąganiu przez nią trwałych celów. Nierzadko w związku z tym potrzebne jest wsparcie lub czasowe zastąpienie żony w jej obowiązkach domowych, tak aby wzbogacanie jej świata stało się praktycznie możliwe.
 
Gdy żona zauważy, że towarzyszymy jej w jej dążeniach, że popieramy ją w tym, do czego zmierza, wówczas poczuje się na tej drodze bezpieczna i błogosławiona. Przecież między innymi dlatego zdecydowała się wyjść za mąż.
 
Uświadomiliśmy sobie, że nasze żony potrzebują: (1) Stabilności i przywództwa duchowego. (2) Poczucia użyteczności w życiu i pracy swojego męża. (3) Bycia obiektem miłości i adoracji męża. (4) Zrozumienia i ochrony w sprawach grożących niepowodzeniem. (5) Intymnej rozmowy z mężem. (6) Dostrzegania w mężu wrażliwości na ich obecność. (7) Wzbogacenie ich świata przy aprobacie i dzięki staraniom męża.
 
Pamiętajmy, że w zaspokajaniu tych potrzeb występuje ścisła zależność. Nie da się dobrze zaspokoić jednej potrzeby pomijając drugą. Wszystkim znanym mi mężom życzę powodzenia w zdobywaniu opinii męża, który dobrze zaspokaja potrzeby swojej żony.
 
Marian Biernacki